sobota, 10 lipca 2010

Wydawanie, decydowanie, załatwianie...

Ciężkie dni za nami. Jeszcze się nie skończyły, ale już idzie ku lepszemu. Przez ostatni tydzień byliśmy oboje z Michałem chorzy. No niby nic takiego, klasyczne objawy przeziębienia, żadnych ekstremów, ale jest to dla mnie najgorsze przeziębienie w życiu, jakie sobie przypominam. Bo dwójka dzieci nie robi sobie nic z tego, że boli cię głowa, że nie masz siły, że potrzebujesz się odrobinę wyspać, aby zwalczyć zarazki i ta dwójka dzieci funkcjonuje sobie całkowicie normalnie krzycząc, skacząc, marudząc, budząc cię w nocy na karmienie i kończąc nocny wypoczynek około 6 rano, kiedy w domu strasznie zimno, a na dworze totalna ciemnica. Walka z chorobą i regeneracja sił w takich warunkach jest bardzo utrudniona, a momentami wydawało mi się, że totalnie niemożliwa, i że już do końca zimy będziemy tacy zombie. Tego jakoś natura nie obmyśliła do końca i możliwy jest scenariusz, że oboje opiekunów ledwo żyje, a dzieci ze swoją super odpornością i magicznymi zdolnościami zwalczania chorób w ciągu kilku godzin hasają cały dzień i wymagają twojego funkcjonowania na 100% wydajności. Jednak na szczęście ta nasza wydajność powoli wraca i mam nadzieję, że już drugi raz nas tak nic nie rozłoży w tym sezonie chorobowym.
Takie dni, kiedy więcej siedzi się w domu, bo zwyczajnie nie ma się siły na wyjście na spacer, a pogoda trochę w kratkę i nic nie ułatwia, mocno uświadamiają jak Nowa Zelandia uzależnia od przebywania na zewnątrz. Normalnie nie wiadomo co ze sobą począć siedząc w domu (czytanie czy film odpadają ze względu na warunki opisane powyżej). No ale mamy teraz piękny, słoneczny weekend wg prognoz (zazwyczaj trafnych), więc trzeba będzie gdzieś uderzyć i się trochę doładować energią.
To nasze chorowanie to z takich najbardziej bieżących spraw. Ale z takich większych wydarzeń ostatnich tygodni, to mogę wreszcie oficjalnie ogłosić, że lecimy we wrześniu do Polski! Był to dla nas niesamowicie długi i trudny proces decyzyjny. Głównie z uwagi na cenę biletów, o czym już wspominałam kiedyś, ale także za względu na przemyślenie tego organizacyjnie (długość urlopu, możliwość pracy zdalnej itp.) oraz zdecydowanie się co tak naprawdę wolimy zrobić z naszym urlopem i kasą jaką na ten cel mamy. Byliśmy już mocno po stronie wyjazdu urlopowego na wyspy. Piękne katalogi ze zdjęciami rajskich plaż, błękitnych lagun, uśmiechniętych i opalonych par wylegujących się w cieniu palm, gościnnych i kwieciście barwnych tubylców, luksusowych domków na wodzie itp. zostały przestudiowane i z łatwością wywołały u mnie uczucie typu „chcę tam jechać i tego spróbować”. Mieliśmy już kilka ofert z biura podróży. Zachwalali nam zacięcie super popularne, wysoko oceniane rodzinne resorty z plażami, basenami, palmami itd. Wszystko pięknie, ale nam coś nie do końca pasowało. Bo my jesteśmy z tych, co to nigdy nie byli jeszcze na zorganizowanych przez biuro turystyczne wakacjach, resorty z basenami, w którym spędza się cały czas i można nawet poza nie nosa nie wyściubić to dla nas miejsca, które zawsze omijaliśmy szerokim łukiem preferując pola namiotowe i hostele i jakoś cała ta wizja kolorowych wakacji odbiegała od naszych wyobrażeń o spędzaniu urlopu. Dla mnie wypoczynek niekoniecznie polega na tym żeby było wygodnie i leniwie, wypoczynek to jest robienie czegoś innego niż na co dzień i dlatego słońce, woda, plaża, basen... nie są atrakcjami za które chciało nam się płacić grube pieniądze. To czego ja teraz potrzebuję od wakacji, to możliwość spędzenia kilku wieczorów bez dzieci, wyjścia sobie do fajnej knajpki itp. no i wygrał wyjazd do Polski :) Może za jakiś czas „dojrzejemy” do takich wakacji w resorcie, nic nie przekreślam, chcę tego spróbować, ale to za jakiś czas :)
Tak więc zrobiliśmy w końcu ten ruch i kupiliśmy te nieprzyzwoicie drogie bilety. Pierwszy raz w życiu korzystaliśmy z usług agenta i wiem teraz, że warto – oni mają dostęp do całkowicie innych cen i innych ofert i w efekcie mamy bilety na wysokiej klasy Asiana Airlines w takiej samej cenie jak najtańsza z ofert (Royal Brunei), gdy wyszukujesz lotów sam. Szykujcie się więc tam na nas, przyjeżdżamy spłukani, ale będziemy i chcemy się z wami wszystkimi zobaczyć.
Teraz skupiamy się na jak najszybszym odbiciu się finansowym i rozglądamy się za możliwościami zdobycia tych pieniędzy, które poszły na bilety. Jest szansa, że Michała bilet będzie pokryty przez firmę (będzie musiał jechać na delegację do Niemiec podczas naszych wakacji, ale to dzięki temu możemy pozwolić sobie na 6-tygodniowy pobyt), ja już pracuję i zbieram grosik do grosika (czy raczej cencik do cencika), więc coś z tego będzie, a poza tym orientujemy się czy coś się da wyciągnąć z jakiś zwrotów podatków, dofinansowań rządowych itp. Zwrot podatku już zdobyty. Rewelacyjny ten tutejszy urząd podatkowy (po ichniemu IRD) – 3 kliknięcia na stronie internetowej urzędu i po 4 dniach pieniądze wpłynęły na konto. No po prostu powalili nas tą swoją sprawnością na kolana. Dodam, że tutaj żadnych zeznań podatkowych się nie składa samemu, niczym się nie musisz zajmować, jeśli przysługuje ci jakiś zwrot podatku, to zgadzasz się na niego na przez internet i to byłoby na tyle. Poza tym okazuje się, że Kiwi mają też dofinansowania dla rodzin z dziećmi. My już mamy tą naszą dwójkę i jest jakaś szansa coś od nich tu wyciągnąć. Program nazywa się „Working for Families”, wszystko zależy od wysokości dochodu i od liczby dzieci. Żeby w ogóle zacząć całe procedury wszyscy członkowie rodziny (łącznie z dziećmi) muszą mieć wyrobiony numery podatkowe. I znowu miłe zakończenie urzędowymi procedurami – wszystko załatwia się na poczcie, sami nawet kserują ci dokumenty, nic oczywiście nie płacisz za pośrednictwo poczty i po krótkim czasie wszystko ci przysyłają. Mają też dopłaty do wynajmu mieszkań, nawet do przedszkoli, czyli jednak jest to kraj, który ma różne programy wsparcia socjalnego. Jeszcze się orientujemy co i jak, ale może coś z tego będzie.
Co do urzędów, to jeszcze krótko o paszporcie. No bo Emilek na tą wielką podróż musi mieć swój własny. Zdjęcie zrobiliśmy sami. Zobaczcie sobie jaki nasz synek jest słodki w wydaniu x6 :)


Paszport NZ też wyrabia się zdalnie, do żadnego urzędu nie trzeba się wybierać. Wniosek łatwy do wypełnienia, jedynym „zabiegiem” jaki trzeba zrobić, to konieczny jest podpis świadka poświadczający tożsamość osoby ubiegającej się o paszport. My oczywiście myślimy od razu o jakiś notariuszach, urzędnikach itp., ale tutaj poświadczyć może każdy, kto jest obywatelem NZ. A nawet nie musi być obywatelem, jeśli jest księdzem, pracownikiem medycznym, nauczycielem lub przedstawicielem jeszcze kilku innych profesji zaufania społecznego. Osoba ta podpisuje zdjęcie osobnika i już. Wniosek wysłany i na dniach emilkowy paszport powinien być w skrzynce. Och jakie to proste :) Pochwalę się jak paszport będzie.
W związku ze sprawami paszportowymi, to mieliśmy trochę nerwów, kilka dni poszukiwania informacji w sieci i zastanawiania się jak przebrnąć przez procedury urzędnicze. Dotyczyło to jednak naszego szacownego polskiego paszportu. Zaczęliśmy mianowicie zastanawiać się czy aby na 100% możliwe jest wjechanie do Polski, kiedy my wszyscy mamy polskie paszporty, a Emilek jakiś odstający kiwi paszport. Żadnej jasnej informacji na oficjalnych polskich stronach rządowych oczywiście nie ma. Znaleźliśmy już jakieś straszne opisy na blogach jak to nie wpuszczają do Polski polskich dzieci urodzonych za granicą (niby polski obywatel, a Emilek takim jest z założenia, może wjechać do kraju i z niego wyjechać tylko na polskim paszporcie). Już nam się krew gotowała w żyłach na samą myśl załatwiania tego wszystkiego (już próbkę mieliśmy przecież przy Tymonie) – tłumaczenia poświadczane notarialnie, pesele, zaświadczenia, błędne koła i urzędnicy, którzy po prostu stwierdzają, że się nie da i tyle. Stanęło jednak na tym, że nie będziemy przez to szaleństwo przechodzić. Napisałam do ambasady polskiej w NZ z prośbą o informację jak to wygląda i otrzymałam zapewnienie (od konsula osobiście – taka to kameralna jest ambasada PL w Nowej Zelandii), że Emilkowi wystarczy paszport NZ. Nie będziemy już sprawy roztrząsać, w ostateczności niemile się rozczarujemy na polskiej granicy i naprawdę mocno zrazimy się do naszego rodzinnego kraju. Ale zakładamy, że taki scenariusz nie wchodzi w grę.

1 komentarz:

  1. Juz możecie zaklepywać dla nas jakiś termin na spotkanie - czekamy tu na Was:)

    PS: Jeśli chcecie się zatrzymać na Gałczyńskiego na kilka dni, nie ma żadnego problemu! Jak sami wiecie, miejsce mamy:)
    Ściskam!
    AA & AA

    OdpowiedzUsuń