niedziela, 6 czerwca 2010

Wrastamy i obrastamy...

Miałam niedawno przecudny wypad na plażę. Błękitne niebo bez ani jednej chmurki, niebieska woda, pięknie kontrastująca z soczyście zieloną trawą, która po deszczach wreszcie nabrała koloru, niesamowita widoczność (Rangitoto jak na wyciągnięcie ręki, dalej super wyraźne Great Barrier i Coromandel, a w drodze powrotnej do domu ładny widoczek na city i wyjątkowo dobrze widoczne rozciągające się za nim Waitakere Ranges). Zaliczyłam pyszną kawkę w ulubionej cafe w Mairangi, którą popijałam sobie czytając i wygrzewając się na słoneczku (obecnie czytam drugą część „Twilight” sagi, ale trochę mniej mnie wciąga, bo niestety super piękny i romantyczny wampir Edward postanowił opuścić Bellę), był spacer po plaży i wzdłuż klifów, szum fal, pachnące świeżością powietrze, łódeczki pływające sobie w oddali, cieplutkie słońce, uśmiechający się ludzie, zagadujący nas (mnie z Emilkiem) o tym jaki to piękny dzień no i ogólnie cudnie :) Nie chciało mi się za szybko wracać do domu, no ale przecież nic mnie nie poganiało, bo tego mojego małego skarba można nakarmić gdzie się ma ochotę, więc usiedliśmy sobie w zacisznym miejscu na plaży i synek podjadł sobie w tej pięknej scenerii... relaks, spokój i uśmiech na twarzy, który po prostu sam się pojawia w takich warunkach. Wiem, że takie opisy już tu na blogu były, ale jakoś nie mogę się opanować i mam potrzebę podzielenia się tymi moimi chwilami zachwytu nad nowozelandzkim otoczeniem.
W tych momentach zachwytu nie raz stwierdzam sobie, że Nowa Zelandia to jest właśnie to miejsce na ziemi, w którym chciałabym być na stałe, osiedlić się tutaj, mieć dom... Od takich decyzji jeszcze jesteśmy daleko (to do rodziców – nie przerażajcie się, Europa też ma sporo plusów), ale gdzieś tam w głowie różne myśli sobie kiełkują... To, że człowiek coraz bardziej widzi siebie tutaj na stałe wiąże się chyba też z tym, że z czasem samoistnie buduje się to codzienne życie (na które nie narzekam), rozrasta się też krąg otaczających cię ludzi i jakoś tak jesteś coraz bardziej i bardziej u siebie. To zajmuje czas, nie dzieje się w ciągu miesiąca (to już nie czasy studenckie, kiedy to wystarczało kilka imprez i otaczała człowieka masa znajomych), ale po tym czasie, jaki jesteśmy w NZ, mam już z kim wyjść do kina (ostatnio byłam na „The Blind Side” z oskarową rolą Sandry Bullock – polecam), jest z kim umówić się na kawę, czy na weekendowy wypad, a Michał coś mi znika ostatnio na jakieś wieczory filmowe lub sesje gier komputerowych w towarzystwie kolegów geeków. Zataczamy już nawet tutaj kręgi i trafiamy na ludzi, na których już wcześniej się natknęliśmy – wybrałam się ostatnio na coffee group i prowadzącą okazała się być Helene (od niej i Kurta wynajmowaliśmy nasze pierwsze mieszkanie tutaj). Ogólnie rzecz biorąc nie jesteśmy już tutaj w żadnym wypadku sami i bardzo dobrze się z tym czuję :)
Każdy, kto kiedyś wyjechał w nowe miejsce wie, że nawiązywanie znajomości jest procesem, w którym bardzo sprzyjającym elementem jest posiadanie wspólnych cech, zainteresowań itp., coś musi cię łączyć z innymi. Kiedy jest się poza krajem rodzinnym, w szczególności w miejscu tak odległym od stron rodzinnych, okazuje się, że taką wspólną cechą może być po prostu bycie Polakiem. I nie chodzi wcale o to, że zamykasz się na kontakty z innymi narodowościami, że nie chcesz integrować się z tubylcami itp., ale po prostu łatwiej i szybciej jest „złapać wspólny język” i po spotkaniu wymienić się numerami telefonów ze „swoimi” :), co przecież i tak nie wyklucza kontaktów z innymi ludźmi. A ponadto jak to bywa na emigracji, każdy Polak prędzej czy później tęskni (chociaż odrobinę) za kapustą kiszoną, ogórkami kiszonymi, dobrym chlebem, czy twarogiem i rodacy przydają się jako cenne źródło informacji o miejscach gdzie takie rarytasy można zdobyć ;) (chociaż z doświadczenia wiem, że pod tym względem pomocni są też Rosjanie).
Tak więc grono naszych znajomych to w sporej części Polacy, choć oczywiście nie wyłącznie (w Niemczech też tak było). Jak już wspominałam w poprzednich wpisach, ostatnio przekonujemy się, że jest tu nas nie tak mało jak wcześniej mi się wydawało. Jak gdziekolwiek na świecie, miejscem gdzie najlepiej się udać w poszukiwaniu Polaków jest kościół. Tutaj w Auckland są polskie msze co niedzielę i kościół podobno nie świeci pustkami. Może dlatego tyle czasu zajęło nam natknięcie się na Polaków, bo działo się to innymi drogami, nie za pośrednictwem kościoła... W żadnym wypadku nie znamy jakiejś szerszej społeczności Polaków w Auckland, ale mam kilka swoich obserwacji i przemyśleń (całkowicie prywatnych i nie popartych żadnymi badaniami itp., ale może trafnych) na temat tych, co tu trafiają.
Nowa Zelandia nie jest jakimś niesamowicie popularnym miejscem emigracji Polaków, chociaż mam wrażenie, że wśród ludzi naszego pokroju (nasza grupa wiekowa, podobne zawody) zaistniała trochę bardziej w ostatnich latach. Z moich obserwacji wynika, że jest ileś cech wspólnych Polaków, którzy tu przyjeżdżają. Przede wszystkim nie jest to emigracja stricte zarobkowa (są lepsze i łatwiejsze miejsca do wyjechania w celu zarobienia kasy), ale z drugiej strony nie jest tak, że chwytamy się tutaj każdej, nawet mało płatnej pracy, bo jednak emigracja ostatnich lat to raczej wykwalifikowani specjaliści, którzy już mieli szansę pracować za konkretne pieniądze, nawet w Polsce. Polacy tutaj (ci z nowszych fal), to ludzie, którzy niekoniecznie uciekli z Polski w poszukiwaniu jakiegoś lepszego świata, bo w kraju totalnie nie dało się żyć, ale też swoje zastrzeżenia co do Polski mają. Wybierając Nową Zelandię (bo zazwyczaj jest to świadomy wybór, ludzi nie rzuca tutaj czysty przypadek, no poza motywami sercowymi) jako miejsce emigracji, kierujemy się chyba przede wszystkim chęcią zdobycia nowych i ciekawych doświadczeń i ogólnie panuje nastawienie typu „czemu nie spróbować, jakby co można zawsze wrócić”. Znamy język, nie potrzebujemy pomocy w stawianiu swoich pierwszych kroków u Kiwi. Oczywiście, jak każdy imigrant w Nowej Zelandii (jakiegokolwiek pochodzenia), przyjeżdżamy tutaj początkowo tylko na jakiś czas, potem różnie się to kończy :) Polacy, którzy trafiają do NZ, to też w sporej części ludzie, którzy „zaliczyli” już jakąś emigrację (mogła to być Wielka Brytania albo Australia) i mają już jakieś doświadczenia z osiedlaniem się w nowym miejscu, szukaniem pracy itd., lub ludzie z globalnych firm, podróżujący sporo po świecie, przez co łatwiej jest się im zdecydować na taki dziwny ruch, jak wyjazd na koniec świata. Ponadto gdzieś się trzeba było o tej NZ dowiedzieć :)
Jak teraz to czytam, to widzę, że w sporej mierze opisałam siebie, ale chyba też trochę tacy są inni tutejsi „emigranci z wyboru” :)
Ja od jutra wracam już tak trochę do pracy, znaleźli dla mnie w firmie jakieś nowe zadania i nie wiem jak to teraz będzie z tym moim blogowaniem, bo jednak czas, jaki dziennie mogę przeznaczyć na siedzenie przy kompie, jest mocno ograniczony. Ale wszystkim, którzy regularnie czytają te moje przydługawe wpisy obiecuję, że będę się starać raz na jakiś czas coś skrobnąć. Tak więc do następnego :)

3 komentarze:

  1. Bogna, serdeczne gratulacje z okazji narodzin synka, no i oczywiście z okazji 30 urodzin :) STO LAT !!Pozdrawiam ciepło, Karolina Łobczowska(Cieluch)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bogna, przypomnij mi swój adres - chciałabym do Ciebie napisać, ale nie chcę tak 'na forum'';))). Buziaki dla całej rodzinki!

    anna.aftowicz@amrest.eu

    OdpowiedzUsuń
  3. Cieszę się że Wam sie układa wyspiarskie życie. Pozdrawiamy:)
    Justyna i Daniel

    OdpowiedzUsuń