piątek, 14 maja 2010

O przedszkolu

Tymon w przedszkolu ma założone swoje portfolio, do którego raz na jakiś czas wpisywane są różne historyjki z jego codziennego życia tam, obserwacje dotyczące jego rozwoju, mocnych i słabych stron itp. Nie jest to żaden oficjalny dokument, ale takie portfolio na przykład „idzie” za dzieckiem do szkoły. Ostatnio wzięliśmy je sobie do przejrzenia. Fajna sprawa, nie jest to w żaden profesjonalny sposób edytowane, ale daje odrobinę wglądu w synka przedszkolne życie i można się uśmiechnąć kilka razy jak się czyta. Są jakieś zdjęcia, są historyjki o codziennych aktywnościach Tymona, można dowiedzieć się z kim się tam przyjaźni, w co się bawi itd. Na razie nie jest to rozbudowana książka, bo założyli to dopiero 2 miesiące temu, ale widać, że będzie się rozwijać, bo nauczyciele zapisują skrupulatnie na karteczkach swoje różne obserwacje dotyczące synka. Wygląda to w skrócie tak:



Na pewno będziemy mieć z tego fajną pamiątkę :) Nie odkrywają tam oczywiście żadnej Ameryki, zaobserwowali np. że Tymon najbardziej lubi bawić się klockami wszelkiej maści, buduje bardzo zaawansowane konstrukcje (oni nawet nie mają pojęcia co to jest, ale my z domu wiemy, że są to myjnie samochodowe, garaże, baseny, parkingi, windy, roboty, aparaty fotograficzne itp.), sortuje wszystko wg sobie tylko znanych systemów, układa puzzle i dopasowuje kształty. Wszystko to na całkiem zaawansowanym poziomie i planują go w tym kierunku rozwijać i stymulować – dostał już podobno do zabawy bardziej zaawansowane klocki ze starszej grupy :)

Ogólnie wysłanie synka do przedszkola było bardzo dobrym pomysłem pod każdym względem. Kompletnie nie widzę siebie w domu z dwójką małych dzieci i moje wyrazy szacunku dla wszystkich mam, które to robią. Ale w naszym przypadku przedszkole nie spełnia tylko funkcji opieki nad dzieckiem, dla nas istotne było też aby synek się trochę uspołeczniał i żeby uczył się angielskiego. Uspołecznianie jakoś idzie, Tymon jak najbardziej akceptuje towarzystwo innych dzieci, podobno coraz częściej bawi się ze swoimi kolegami i nawet organizuje innym zabawy (np. w strażaków czy w coś na kształt berka). Jego angielski natomiast rozwija się rewelacyjnie. Z nauczycielami i innymi dziećmi komunikuje się bezbłędnie, takie nas przynajmniej słuchy dochodzą :), a jednymi z jego ulubionych zdań są What’s this? i What are you doing? / What’s happening?, dzięki którym uczy się więcej i więcej nowych słów i zwrotów. W naszym towarzystwie obok polskiego (oczywiście to jego główny język w jakim mówi do nas i tak ma być) przemyca coraz częściej i więcej angielskiego. Jest tego bardzo dużo, mówi całe zdania, śpiewa kawałki piosenek i nie raz powoduje, że zwijamy się ze śmiechu, kiedy np. komentując coś stwierdza: Oh, that’s creepy, albo It’s amazing. Jego wymowa jest czasami dla nas niezrozumiała i bez szerszego kontekstu, nie zawsze go rozumiemy, ale jedno jest pewne – mówi po angielsku w wydaniu Kiwi! Dla ilustracji mała scenka rodzajowa:
Synek ogląda książeczkę i opowiada co jest na obrazkach. W pewnym momencie mówi „o, ig” (zapisuję tak, jak się wymawia). Nie mam pojęcia co to znaczy, więc patrzę na rysunek, a tam jajko. No bo tutaj „e” nie wymawia się tak jak powinno się wymawiać, tylko z jakiejś dziwnej przyczyny Kiwi wymawiają je jak „ee” (po polsku „i”).
Wniosek z tego wszystkiego potwierdza, że dziecko uczy się języka (tego, którym mówią rodzice jak i obcego) kompleksowo i opanowuje obok słów i zwrotów także akcent, wymowę, intonację. Wszystko to jest naprawdę ciekawe i obserwowanie Tymona zaczynającego mówić po angielsku sprawia mi naprawdę frajdę :) A z ciekawostek wspomnę jeszcze o tym, że Tymon też zostawia ślad po sobie w tym jego angielskojęzycznym otoczeniu – Michał miał okazję słyszeć ostatnio jak jeden chłopczyk bawiąc się z Tymonem użył polskiego słowa!

Czyli, jak już wspominałam, przedszkole to dla nas idealne rozwiązanie i ma masę zalet. Jednak jest też jedna wada, mianowicie nie jest to tanie rozwiązanie. Tutaj placówki oferujące całodniową opiekę nad dziećmi są prywatne i płatne, dzieciom poniżej 3-go roku życia nie przysługują jeszcze żadne dofinansowania, tak więc posyłając dwulatka do przedszkola trzeba liczyć się ze sporym kosztem. No ale musimy wytrwać do trzecich urodzin synka, a poza tym, to i tak wiem że jest to wydatek warty poniesienia i na pewno nie chcę z niego zrezygnować.
Kiedy szukaliśmy przedszkola dla Tymona sporo czasu zajęło mi zrozumienie systemu opieki nad małymi dziećmi (early childhood education) w Nowej Zelandii. Cały czas nie ogarnęłam jeszcze tego w 100%, ale chyba wiem już mniej więcej jak to tutaj działa. Jedna wielka zaleta systemu edukacji w NZ jest taka, że szkoła zaczyna się od 5-go roku życia (trwa do 18 roku życia = 13 lat), czyli nie ma człowiek aż tak wielu lat do pokrycia opieką przedszkolną (ja osobiście jak najbardziej popieram jak najwcześniejsze posyłanie dzieci do szkoły). Kiedy zaczęłam interesować się tematem przedszkoli, na wstępie trzeba było przebrnąć przez terminologię. Ja używam tutaj po prostu słowa przedszkole, ale określenia z jakimi się człowiek spotyka i musi je sobie jakoś rozróżnić i pogrupować co jest co i na jakich zasadach działa to: daycare, childcare centre, erly childhood centre, preschool, educare, learning centre, kindergarten, crèche, playcentre. Dużo w tym niepotrzebnego zamieszania wynikającego z tego, że w NZ jest masa ludzi z innych anglojęzycznych krajów (GB, RPA, USA, Australia), które to mają swoje własne określenia oraz z tego, że prywatne placówki mogą siebie nazwać jak sobie życzą. No, ale to co mi się udało ustalić to, że tylko 3 ostatnie wymienione wyżej pojęcia określają coś odmiennego, natomiast wszystkie inne nazwy można uznać za jedno i to samo. I to właśnie, jak się okazało, czegoś w stylu childcare centre poszukiwaliśmy.
Słowo kindergarten, które przychodzi mi pierwsze na myśl, kiedy mówię o przedszkolu oznacza tutaj miejsce, które jest placówką edukacyjną dla małych dzieci, prowadzoną przez wykwalifikowanych nauczycieli, ale nie jest to niestety opcja dla pracujących rodziców, którzy chcą mieć zapewnioną całodniową opiekę nad dzieckiem. Do kindergarten (w skrócie kindy)dziecko może uczęszczać dopiero od 3-go roku życia, zaletą jest fakt, że zazwyczaj nic się nie płaci za tą usługę lub opłata jest bardzo niska, wadą natomiast jest to, że nie jest tak łatwo zdobyć tam miejsce dla swojego dziecka (spore listy oczekujących) oraz, że placówki te działają w sesjach przedpołudniowych i popołudniowych, czyli wysyła się tam dziecko na ok. 3 godziny dziennie i to tyle. Takich rozwiązań zapewniających małym dzieciom edukację i kontakt z rówieśnikami jest tutaj więcej. Na każdym osiedlu/dzielnicy funkcjonuje sporo grup organizowanych przez społeczność, biblioteki, kościoły, Plunket (playgroups, spotkania muzyczne, spotkania z wierszykami i piosenkami itd.), tak więc każdy rodzic, który nie chce tylko siedzieć z dzieckiem w domu, ale zapewnić mu trochę rozwoju w grupie rówieśników ma bardzo dużo opcji do wyboru. A jeśli chcesz mieć kilka godzin w tygodniu (niestety to max) dla siebie bez posyłania dziecka do płatnej placówki, to trzeba znaleźć coś co się nazywa playcentre, zaangażować się trochę w ich działalność (są to miejsca prowadzone przez rodziców) i po jakimś czasie można tam zostawić malucha raz na jakiś czas.
Kiedy wiedzieliśmy już jakiego rodzaju miejsca szukamy, był to dopiero wstęp, bo tych centrów dla dzieci jest tutaj bardzo dużo i cały czas, jak grzyby po deszczu, wyrastają nowe. Wynika to chyba z faktu, że po pierwsze jest tu sporo młodych rodzin i na takie usługi jest ogromne zapotrzebowanie, a po drugie od kilku lat (dopiero!) działa rządowy program dofinansowujący 20 godzin tygodniowo dla 3 i 4-latków, dzięki czemu cena staje się dla rodziców możliwa do opłacenia. Wybór spośród tej masy miejsc oczywiście trudny, trzeba wziąć pod uwagę lokalizację i cenę (z którą można zapoznać się zazwyczaj dopiero kontaktując się z daną placówką) oraz masę innych czynników takich jak czy są grupy dla dwulatków, jakie są godziny sesji (Tymon nie chodzi na cały 8-godzinny dzień tylko na 6,5 h), czy serwują dzieciom jedzenie, czy też trzeba przygotowywać codziennie lunchbox samemu (tutejsze mamy są w tym mistrzyniami, ale mi się taka idea nie uśmiechała) itd. Po zapoznaniu się z ofertą różnych placówek i odwiedzeniu kilku żeby zobaczyć na własne oczy jak to jest zorganizowane (a bywa różnie - warunki od domów dostosowanych do prowadzenia przedszkola po specjalnie zaprojektowane w tym celu budynki) wybraliśmy najbardziej optymalną dla nas ofertę. Okazało się potem, że dostaliśmy jakąś specjalną promocyjną cenę (35 NZD za 6,5-godzinny dzień z wyżywieniem), która dla nas i tak wydaje się być wysoka i nie wiem czy bylibyśmy w stanie płacić więcej. Z wolnymi miejscami nie ma raczej kłopotów, chociaż niektóre przedszkola, pomimo wysokich cen mają kolejki oczekujących. Tak więc koniec końców mamy synka przedszkolaka, za pół roku cena dzięki dopłacie trochę nam spadnie, czyli wszystko gra – i synek i rodzice są bardzo zadowoleni z obecnej sytuacji.
Ten sześciogodzinny dzień pobytu w przedszkolu jest całkiem fajnym rozwiązaniem, które wdraża dzieci już w system szkolny – tutaj wszystkie dzieci chodzą do szkoły codziennie w takich samych godzinach, od 9:00 do 15:00/15:30, co widać bardzo wyraźnie w tych godzinach w okolicach szkół, kiedy to niesamowite masy dzieciaków w szkolnych strojach wylegają na ulicę i robią się nawet korki powodowane przez tzw. taxi mums odbierające swoje dzieci ze szkoły. Ogólnie moim zdaniem przedszkole jest bardzo istotnym przygotowaniem do szkoły i tutaj bardzo silnie zaleca się aby każde dziecko korzystało z jakiejś formy edukacji przedszkolnej. Opcji jest na szczęście dużo i każdy coś tam dla siebie może znaleźć.

1 komentarz:

  1. Czytam z zaciekawieniem.Mam w Nowej Zelandii rodzinę w Auckland mieszkają już 17 lat . Z początku byla straszna tęsknota ,odwiedzamy naszą rodzinę ,te miejsca co opisujesz to zwiedziliśmy .Podoba nam się NZ chciała bym tam zamieszkać ,może moje marzenie się ziści.Polonia Polska skupia się przy Kościele polskim i domy polskim.Te owoce z których robiłaś konfitury sa pyszne .Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń