poniedziałek, 3 maja 2010

Na co dzień

Dzisiaj po prostu relacja z tego co u nas słychać. Nic tutaj specjalnego nie wymyślę, bo wszystko kręci się powolutku swoim już utartym torem (miesiąc wystarczył żeby się wdrożyć w nową sytuację) i tak sobie mija dzień za dniem. Ja spędzam sobie ostatnio czas w „towarzystwie” wampirów – podczas karmień i trochę pomiędzy nimi przeczytałam pierwszą część „Twilight”, którą dorwałam w wersji niemieckiej w bibliotece (jak znalazł żeby odświeżyć sobie trochę język). Jeśli nie macie pomysłu co sobie przeczytać, polecam, przyjemna rozrywka.
Nasz kiwi synek dostał jakiś czas temu swój nowozelandzki akt urodzenia. Będzie z tego fajna pamiątka, bo jest to kolorowy dokument z nowozelandzkimi motywami i tekstami w maori:


Niedługo trzeba będzie mu wyrobić paszport, na szczęście znając biurokrację w wydaniu Kiwi powinno pójść sprawnie i przyjemnie. Paszport będzie potrzebny, bo plany są (może powinnam napisać były) takie, żeby naszą zimą (waszym latem) uderzyć do Polski na miesięczny urlop. Czekają tam na nas, wszyscy chcą poznać osobiście Emilka i w ogóle byłoby miło. Ostatnio serwisy sprzedające bilety lotnicze są w coraz częstszym użyciu przeze mnie i niestety nie wygląda to różowo. Ten przedziwnie nazywający się wulkan i jego wyziewy narobiły sporo zamieszania i z moich obserwacji wynika, że chmura pyłu z Islandii mocno wpłynęła na ceny biletów (oczywiście w niekorzystny sposób – ceny poszły mocno w górę). W takich momentach, kiedy szuka się biletów i widzi się te horrendalnie wysokie ceny, odczuwa człowiek ten największy minus Nowej Zelandii – to, że jest to kraj naprawdę daleko od reszty świata i wyprawa gdziekolwiek (szczególnie rodziną z dziećmi) wymaga naprawdę sporych nakładów pieniężnych, dużo czasu i wysiłku. Cały czas polujemy na jakieś promocje, ale coraz częściej krąży nam po głowach myśl, żeby za dużo mniejsze pieniądze zrobić sobie egzotyczny, pełen słońca urlop na jakiejś wyspie na Pacyfiku z lagunami, palmami, drinkami owocowymi... No zobaczymy na co się zdecydujemy :)
Emilek miewa się dobrze. Leży sobie teraz obok mnie, bo to bardzo towarzyski człowieczek i nie bardzo da się go zostawić w łóżeczku w pokoju obok :) Przeszliśmy już pod opiekę Planketu (pielęgniarka) i czeka nas teraz pierwsza wizyta u lekarza i szczepienia. Jako, że nie jestem pewna czy synek przybiera odpowiednio na wadze (po Tymonie jestem trochę przewrażliwiona na tym punkcie) obrotna pielęgniarka, która była już u nas na wizycie domowej, umówiła mnie do poradni laktacyjnej, gdzie spędzę sobie cały dzień w przyszłym tygodniu i mają tam ocenić jak idzie to nasze karmienie i jakby co pomóc i nauczyć robić to lepiej. Wszystko jest za darmo, zagwarantowane są przekąski i lunch, można spotkać inne mamy z okolicy, czyli warto skorzystać. Chciałabym zostać przy karmieniu piersią, bo to takie praktyczne. Byliśmy już na kilku wycieczkach z Emilkiem, na jednej to nawet tylko z nim (Michał miał wolne z powodu nadgodzin jakie wyrobił, a Tymon był w przedszkolu) i widzę, że takie maleństwo to tak mało zachodu! Trzeba tylko nakarmić, przewinąć, przytulić i śpi. Lekkie to, można wszędzie je zabrać, nie trzeba nosić dodatkowego jedzenia i picia. Nie wiem skąd bierze się przekonanie, że jak chce się gdzieś jechać, coś zrobić itp. to lepiej poczekać aż dziecko trochę podrośnie. Im mniejsze dziecko tym wszystko jest dużo łatwiejsze, potem z każdym miesiącem tylko trudniej. Widzę to teraz bardzo wyraźnie i nawet patrząc na ile byliśmy mobilni rok temu, kiedy tu przyjechaliśmy (Tymon miał 16 miesięcy) w porównaniu do teraz, kiedy jest starszy, cięższy, ma coraz wyraźniejsze swoje zdanie, które potrafi wyegzekwować, mogę wszystkim z czystym sumieniem poradzić żeby nie odkładali różnych swoich planów na „za jakiś czas kiedy dziecko podrośnie”. Uwierzcie mi, będzie tylko trudniej :)
Ale z takich głównych wydarzeń w ostatnim miesiącu, to muszę wspomnieć o nowych znajomościach. Nasze skromne grono znajomych poszerzyło się ostatnio o dwie przemiłe rodzinki świeżo upieczonych polskich imigrantów :) (pozdrawiam Was, jeśli czytacie). Był już wypad na plażę, była polska majówka z grillowaniem na Piha i najprawdopodobniej będzie jeszcze dużo więcej wspólnych wycieczek i spotkań.




Fajnie przypomnieć sobie, patrząc na nowych przybyszów, jak tutaj jest fajnie. Bo ogólnie Nowa Zelandia wypada raczej korzystnie na tle Polski chyba pod każdym względem i to, że późną jesienią jest cały czas tak ciepło i ładnie, i że jest gdzie wyjść z dzieckiem na kilkugodzinny spacer gdziekolwiek się mieszka itd. nie może się nie podobać. No i życzę wszystkim świeżo przybyłym do NZ aby odkrywali jak najwięcej fajnych rzeczy tutaj, żeby się tu łatwo zadomowili i korzystali jak najwięcej ze wszystkich zalet jakie oferuje kraj kiwi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz