piątek, 28 maja 2010

Wilgotno, mokro, deszczowo...

Wielka woda już chyba przechodzi w Polsce. Miejmy przynajmniej taką nadzieję i życzę Wam wszystkim tam żeby jak najszybciej przyszło ciepłe i suche lato. Jakieś dziwne czasy się porobiły – katastrofy, wulkany, powodzie, trzęsienia, tsunami... To już drugi raz w ostatnich miesiącach kiedy można było usłyszeć w NZ o Polsce, niestety w kontekście samych złych wydarzeń – najpierw katastrofa, potem we wiadomościach pojawiły się kilka razy zdjęcia z zalanej południowej Polski.
U nas też mokro się zrobiło i biorąc pod uwagę, że zbliża się zima jeszcze trochę wilgoci zażyjemy w najbliższych miesiącach. Mieliśmy ostatnio (cała NZ) bardzo ciężkie ulewy, są i zniszczone drogi, mosty, i zalane farmy, ale wszystko to nie na taką dużą skalę, w końcu Nowa Zelandia to niezbyt gęsto zaludniony kraj i na terenach, które najbardziej ucierpiały nie ma miast itp. A teraz na płd. wyspie pojawił się nawet śnieg! (wcześnie jak na NZ). U nas w Auckland chyba już te wielkie deszcze przeszły, ale cały czas sporo pada i codziennie kilka razy można przemoczyć się do suchej nitki, a o wywieszeniu prania na dwór nie ma co marzyć. Na szczęście jest całkiem ciepło (w dzień 16-18 st.), słoneczko codziennie raz na jakiś czas wygląda, zdarzają się też całkowicie słoneczne dni z błękitnym niebem, tak więc nie jest źle.
To już nie pierwsza nasza pora jesienno zimowa i wiem, że czeka nas teraz permanentna walka z wilgocią (już się zaczęła, siedzę sobie teraz w towarzystwie szumu odwilżacza, który chodzi non stop), ręczniki, które nigdy nie są ostatecznie suche, jakieś mrówki, które wyłażą jak tylko trochę popada, ciepłe piżamy, dzieci ubrane w kilka warstw ciepłych ciuchów do spania i produkowanie elektrycznymi grzejnikami ciepła, które bardzo szybko ucieka z tych nieszczelnych kiwi domków. Wiem też z zeszłorocznych doświadczeń, że najlepszym sposobem na rozgrzanie się jest wyjście z domu i ruch na powietrzu, to też zaczęłam ostatnio z tego korzystać – jeśli tylko nie pada, rano, przed wyjściem chłopaków funduję sobie półgodzinną przebieżkę – jeśli tylko się przełamiesz, wyjdziesz z łóżka, to zastrzyk energii i dobre samopoczucie gwarantowane na cały dzień :) Ponadto jak jesteś na dworze, jak tylko się przejaśnia, to wybacza człowiek wszystko temu krajowi, bo powietrze świeże, zieleń, zapachy, kwitnące kwiaty (co z tego, że idzie zima, roślinki się i tak zielenią) no i często można się załapać na piękne, ogromne tęcze (jedna taka ostatnio wyrosła z drzewa jakieś 20 m ode mnie, nigdy jeszcze czegoś takiego nie widziałam – piękna sprawa).



Jeśli chodzi o nasze dzieciowe tematy, to zaczęliśmy wreszcie na całego tymonowy toilet training. Pierwsze próby pozbycia się pieluch były już podejmowane ponad pół roku temu (nawet z małymi sukcesami), ale nie byliśmy wystarczająco konsekwentni i do teraz synek korzystał sobie z dobrodziejstw pieluch. No ale już wystarczy, od prawie 2 tygodni pielucha to tylko luksus na czas spania. Przedszkole nas wspiera, zmieniają mu tam kilka razy dziennie przemoczone ciuchy no i walczymy :) Ciężki z niego przypadek, nikomu życia nie ułatwia, ale jakoś przez to przejdziemy, już jakieś postępy są. Dobrze, że przedszkole nie robi z tego problemu i też chce uczestniczyć w całym tym zamieszaniu. Z takich ciekawostek przedszkolnych, to otrzymaliśmy od nich ostatnio bardzo ciekawy „dokument”:


Sytuacja wyglądała następująco: synek podczas zabawy uderzył się mocno w głowę - biegł i walnął w drzwi. Nic nadzwyczajnego, zdarza się. Zasady jakie mają nakazują im jednak napisanie raportu, który mówi co się dokładnie wydarzyło, kiedy i jakie środki zostały przedsięwzięte w celu załagodzenia sytuacji (w tym przypadku przytulanie, głaskanie, okłady z lodu i jakiś kremik). No i rodzic/opiekun ma to podpisać i zaświadczyć, że został poinformowany co się wydarzyło. Podpisane i cała sprawa już nie istnieje (z pewnością dla Tymona), ale raport z wypadku na pamiątkę mamy :)
Ja natomiast ostatnio zakochałam się już tak totalnie w tym naszym drugim maluchu. Emilek jest cudownym maleństwem, zadowolonym, uśmiechniętym i nieziemsko spokojnym i cierpliwym. Zazwyczaj grzecznie i spokojnie jakimś jęknięciem daje znać, że czas karmienia, przewijania itp. i cichutko sobie czeka aż ja np. skończę jeść, aż skończymy zajmować się Tymonem, aż wypiję kawę... Znosi też ze stoickim spokojem wszelkie zaczepiania Tymona, jego krzyki, nieustające gadanie i cały ten zgiełk jaki ten jego szalony starszy brat produkuje. Oczywiście zdarza mu się popłakiwać, ma jakieś tam bóle brzuszka czasami, ale znosi to wszystko bardzo dzielnie i ogólnie nie ma z nim żadnego specjalnego zachodu. No i tyle ile się człowiek ma okazję naprzytulać do takiego małego skarba, to już się potem nie zdarza. Z Tymonem możliwe, że było tak samo, ale jakoś tego wtedy nie zauważałam, no bo nie miałam porównania jak to jest ze starszym dzieckiem. A może Emilek to jest po prostu taki wyluzowany i zrelaksowany okaz Kiwi... :)
Dzięki temu, że mamy już jakoś opanowaną tą naszą małą dzieciarnię i zostawienie ich na kilka godzin u znajomych jest możliwe, oraz że są znajomi chętni do wyświadczania takich przysług :), udało się nam nawet wyjść w ostatni weekend do teatru. Byliśmy na świetnym musicalu rodem z Broadway’u. Super rozrywka, rewelacyjnie zaśpiewane i z pomysłem (tytuł "Avenue Q"). W przedstawieniu, obok aktorów, występowały kukiełki podobne do tych, które wszyscy znamy z ulicy sezamkowej. Nie było to jednak w żadnym wypadku przedstawienie dla dzieci – dorosła tematyka, dorosły język i nawet sceny łóżkowe :) Trochę zapomniałam już jak to jest fajnie się trochę czasami ukulturalnić. Na takie rzeczy nigdy nie należy żałować kasy i my obiecujemy sobie, że jak tylko nadarzy się kolejna okazja, to na coś ciekawego się znowu wybierzemy.
I jeszcze jedna ciekawostka – zaroiło się coś ostatnio wokół nas od Polaków, spotykamy ich nagle na każdym kroku (dzisiaj np. w biurze turystycznym obsługiwała nas Polka). Nie wiem o co chodzi, przez cały ubiegły rok spotkaliśmy tylko jedną osobę z Polski, a teraz nagle tłumy. Może powiększa się tutejsza Polonia? No ale o tym to już w jakimś kolejnym wpisie.

piątek, 14 maja 2010

O przedszkolu

Tymon w przedszkolu ma założone swoje portfolio, do którego raz na jakiś czas wpisywane są różne historyjki z jego codziennego życia tam, obserwacje dotyczące jego rozwoju, mocnych i słabych stron itp. Nie jest to żaden oficjalny dokument, ale takie portfolio na przykład „idzie” za dzieckiem do szkoły. Ostatnio wzięliśmy je sobie do przejrzenia. Fajna sprawa, nie jest to w żaden profesjonalny sposób edytowane, ale daje odrobinę wglądu w synka przedszkolne życie i można się uśmiechnąć kilka razy jak się czyta. Są jakieś zdjęcia, są historyjki o codziennych aktywnościach Tymona, można dowiedzieć się z kim się tam przyjaźni, w co się bawi itd. Na razie nie jest to rozbudowana książka, bo założyli to dopiero 2 miesiące temu, ale widać, że będzie się rozwijać, bo nauczyciele zapisują skrupulatnie na karteczkach swoje różne obserwacje dotyczące synka. Wygląda to w skrócie tak:



Na pewno będziemy mieć z tego fajną pamiątkę :) Nie odkrywają tam oczywiście żadnej Ameryki, zaobserwowali np. że Tymon najbardziej lubi bawić się klockami wszelkiej maści, buduje bardzo zaawansowane konstrukcje (oni nawet nie mają pojęcia co to jest, ale my z domu wiemy, że są to myjnie samochodowe, garaże, baseny, parkingi, windy, roboty, aparaty fotograficzne itp.), sortuje wszystko wg sobie tylko znanych systemów, układa puzzle i dopasowuje kształty. Wszystko to na całkiem zaawansowanym poziomie i planują go w tym kierunku rozwijać i stymulować – dostał już podobno do zabawy bardziej zaawansowane klocki ze starszej grupy :)

Ogólnie wysłanie synka do przedszkola było bardzo dobrym pomysłem pod każdym względem. Kompletnie nie widzę siebie w domu z dwójką małych dzieci i moje wyrazy szacunku dla wszystkich mam, które to robią. Ale w naszym przypadku przedszkole nie spełnia tylko funkcji opieki nad dzieckiem, dla nas istotne było też aby synek się trochę uspołeczniał i żeby uczył się angielskiego. Uspołecznianie jakoś idzie, Tymon jak najbardziej akceptuje towarzystwo innych dzieci, podobno coraz częściej bawi się ze swoimi kolegami i nawet organizuje innym zabawy (np. w strażaków czy w coś na kształt berka). Jego angielski natomiast rozwija się rewelacyjnie. Z nauczycielami i innymi dziećmi komunikuje się bezbłędnie, takie nas przynajmniej słuchy dochodzą :), a jednymi z jego ulubionych zdań są What’s this? i What are you doing? / What’s happening?, dzięki którym uczy się więcej i więcej nowych słów i zwrotów. W naszym towarzystwie obok polskiego (oczywiście to jego główny język w jakim mówi do nas i tak ma być) przemyca coraz częściej i więcej angielskiego. Jest tego bardzo dużo, mówi całe zdania, śpiewa kawałki piosenek i nie raz powoduje, że zwijamy się ze śmiechu, kiedy np. komentując coś stwierdza: Oh, that’s creepy, albo It’s amazing. Jego wymowa jest czasami dla nas niezrozumiała i bez szerszego kontekstu, nie zawsze go rozumiemy, ale jedno jest pewne – mówi po angielsku w wydaniu Kiwi! Dla ilustracji mała scenka rodzajowa:
Synek ogląda książeczkę i opowiada co jest na obrazkach. W pewnym momencie mówi „o, ig” (zapisuję tak, jak się wymawia). Nie mam pojęcia co to znaczy, więc patrzę na rysunek, a tam jajko. No bo tutaj „e” nie wymawia się tak jak powinno się wymawiać, tylko z jakiejś dziwnej przyczyny Kiwi wymawiają je jak „ee” (po polsku „i”).
Wniosek z tego wszystkiego potwierdza, że dziecko uczy się języka (tego, którym mówią rodzice jak i obcego) kompleksowo i opanowuje obok słów i zwrotów także akcent, wymowę, intonację. Wszystko to jest naprawdę ciekawe i obserwowanie Tymona zaczynającego mówić po angielsku sprawia mi naprawdę frajdę :) A z ciekawostek wspomnę jeszcze o tym, że Tymon też zostawia ślad po sobie w tym jego angielskojęzycznym otoczeniu – Michał miał okazję słyszeć ostatnio jak jeden chłopczyk bawiąc się z Tymonem użył polskiego słowa!

Czyli, jak już wspominałam, przedszkole to dla nas idealne rozwiązanie i ma masę zalet. Jednak jest też jedna wada, mianowicie nie jest to tanie rozwiązanie. Tutaj placówki oferujące całodniową opiekę nad dziećmi są prywatne i płatne, dzieciom poniżej 3-go roku życia nie przysługują jeszcze żadne dofinansowania, tak więc posyłając dwulatka do przedszkola trzeba liczyć się ze sporym kosztem. No ale musimy wytrwać do trzecich urodzin synka, a poza tym, to i tak wiem że jest to wydatek warty poniesienia i na pewno nie chcę z niego zrezygnować.
Kiedy szukaliśmy przedszkola dla Tymona sporo czasu zajęło mi zrozumienie systemu opieki nad małymi dziećmi (early childhood education) w Nowej Zelandii. Cały czas nie ogarnęłam jeszcze tego w 100%, ale chyba wiem już mniej więcej jak to tutaj działa. Jedna wielka zaleta systemu edukacji w NZ jest taka, że szkoła zaczyna się od 5-go roku życia (trwa do 18 roku życia = 13 lat), czyli nie ma człowiek aż tak wielu lat do pokrycia opieką przedszkolną (ja osobiście jak najbardziej popieram jak najwcześniejsze posyłanie dzieci do szkoły). Kiedy zaczęłam interesować się tematem przedszkoli, na wstępie trzeba było przebrnąć przez terminologię. Ja używam tutaj po prostu słowa przedszkole, ale określenia z jakimi się człowiek spotyka i musi je sobie jakoś rozróżnić i pogrupować co jest co i na jakich zasadach działa to: daycare, childcare centre, erly childhood centre, preschool, educare, learning centre, kindergarten, crèche, playcentre. Dużo w tym niepotrzebnego zamieszania wynikającego z tego, że w NZ jest masa ludzi z innych anglojęzycznych krajów (GB, RPA, USA, Australia), które to mają swoje własne określenia oraz z tego, że prywatne placówki mogą siebie nazwać jak sobie życzą. No, ale to co mi się udało ustalić to, że tylko 3 ostatnie wymienione wyżej pojęcia określają coś odmiennego, natomiast wszystkie inne nazwy można uznać za jedno i to samo. I to właśnie, jak się okazało, czegoś w stylu childcare centre poszukiwaliśmy.
Słowo kindergarten, które przychodzi mi pierwsze na myśl, kiedy mówię o przedszkolu oznacza tutaj miejsce, które jest placówką edukacyjną dla małych dzieci, prowadzoną przez wykwalifikowanych nauczycieli, ale nie jest to niestety opcja dla pracujących rodziców, którzy chcą mieć zapewnioną całodniową opiekę nad dzieckiem. Do kindergarten (w skrócie kindy)dziecko może uczęszczać dopiero od 3-go roku życia, zaletą jest fakt, że zazwyczaj nic się nie płaci za tą usługę lub opłata jest bardzo niska, wadą natomiast jest to, że nie jest tak łatwo zdobyć tam miejsce dla swojego dziecka (spore listy oczekujących) oraz, że placówki te działają w sesjach przedpołudniowych i popołudniowych, czyli wysyła się tam dziecko na ok. 3 godziny dziennie i to tyle. Takich rozwiązań zapewniających małym dzieciom edukację i kontakt z rówieśnikami jest tutaj więcej. Na każdym osiedlu/dzielnicy funkcjonuje sporo grup organizowanych przez społeczność, biblioteki, kościoły, Plunket (playgroups, spotkania muzyczne, spotkania z wierszykami i piosenkami itd.), tak więc każdy rodzic, który nie chce tylko siedzieć z dzieckiem w domu, ale zapewnić mu trochę rozwoju w grupie rówieśników ma bardzo dużo opcji do wyboru. A jeśli chcesz mieć kilka godzin w tygodniu (niestety to max) dla siebie bez posyłania dziecka do płatnej placówki, to trzeba znaleźć coś co się nazywa playcentre, zaangażować się trochę w ich działalność (są to miejsca prowadzone przez rodziców) i po jakimś czasie można tam zostawić malucha raz na jakiś czas.
Kiedy wiedzieliśmy już jakiego rodzaju miejsca szukamy, był to dopiero wstęp, bo tych centrów dla dzieci jest tutaj bardzo dużo i cały czas, jak grzyby po deszczu, wyrastają nowe. Wynika to chyba z faktu, że po pierwsze jest tu sporo młodych rodzin i na takie usługi jest ogromne zapotrzebowanie, a po drugie od kilku lat (dopiero!) działa rządowy program dofinansowujący 20 godzin tygodniowo dla 3 i 4-latków, dzięki czemu cena staje się dla rodziców możliwa do opłacenia. Wybór spośród tej masy miejsc oczywiście trudny, trzeba wziąć pod uwagę lokalizację i cenę (z którą można zapoznać się zazwyczaj dopiero kontaktując się z daną placówką) oraz masę innych czynników takich jak czy są grupy dla dwulatków, jakie są godziny sesji (Tymon nie chodzi na cały 8-godzinny dzień tylko na 6,5 h), czy serwują dzieciom jedzenie, czy też trzeba przygotowywać codziennie lunchbox samemu (tutejsze mamy są w tym mistrzyniami, ale mi się taka idea nie uśmiechała) itd. Po zapoznaniu się z ofertą różnych placówek i odwiedzeniu kilku żeby zobaczyć na własne oczy jak to jest zorganizowane (a bywa różnie - warunki od domów dostosowanych do prowadzenia przedszkola po specjalnie zaprojektowane w tym celu budynki) wybraliśmy najbardziej optymalną dla nas ofertę. Okazało się potem, że dostaliśmy jakąś specjalną promocyjną cenę (35 NZD za 6,5-godzinny dzień z wyżywieniem), która dla nas i tak wydaje się być wysoka i nie wiem czy bylibyśmy w stanie płacić więcej. Z wolnymi miejscami nie ma raczej kłopotów, chociaż niektóre przedszkola, pomimo wysokich cen mają kolejki oczekujących. Tak więc koniec końców mamy synka przedszkolaka, za pół roku cena dzięki dopłacie trochę nam spadnie, czyli wszystko gra – i synek i rodzice są bardzo zadowoleni z obecnej sytuacji.
Ten sześciogodzinny dzień pobytu w przedszkolu jest całkiem fajnym rozwiązaniem, które wdraża dzieci już w system szkolny – tutaj wszystkie dzieci chodzą do szkoły codziennie w takich samych godzinach, od 9:00 do 15:00/15:30, co widać bardzo wyraźnie w tych godzinach w okolicach szkół, kiedy to niesamowite masy dzieciaków w szkolnych strojach wylegają na ulicę i robią się nawet korki powodowane przez tzw. taxi mums odbierające swoje dzieci ze szkoły. Ogólnie moim zdaniem przedszkole jest bardzo istotnym przygotowaniem do szkoły i tutaj bardzo silnie zaleca się aby każde dziecko korzystało z jakiejś formy edukacji przedszkolnej. Opcji jest na szczęście dużo i każdy coś tam dla siebie może znaleźć.

środa, 12 maja 2010

Boy i Poi E

Jestem w trakcie produkowania kolejnego dłuższego wpisu, ale idzie mi jakoś bardzo ślimaczo, a w międzyczasie zbierają mi się inne tematy, więc dzisiaj krótko o moim ostatnim spotkaniu z kulturą maoryską. Obecnym hitem kinowym w NZ jest rodzimej produkcji „Boy”. Dzięki temu, że Michał jest jak najbardziej współpracujący i zostanie z dzieciami w domu nie jest dla niego problemem, zaliczyłam w ostatni piątek bardzo udany wypad do kina właśnie na ten film. Dobra i w żadnym wypadku nie głupia komedia. Akcja dzieje się w 1984 r, w jakiejś oddalonej sporo od jakiegoś większego miasta wiosce, w której żyją Maori. Jest barwnie, śmiesznie, biednie, głośno, ludzie wydają się być trochę szaleni i wszystko bardzo mocno przypomina klimaty jakie my znamy z filmów Kusturicy o Cyganach (jakoś tak jest, że wszędzie na świecie te bardziej wykluczone grupy społeczne żyją w bardzo podobny sposób). Film mocno polecam, nie wiem czy będzie do obejrzenia w polskich kinach, ale w sieci na pewno się coś znajdzie. Jako przedsmak obejrzyjcie sobie to wideo:



Jest to montaż 26-letniego klipu "Poi E" wykonywanego przez Patea Maori Group ze scenakmi z filmu. Fajne co? :)

poniedziałek, 3 maja 2010

Na co dzień

Dzisiaj po prostu relacja z tego co u nas słychać. Nic tutaj specjalnego nie wymyślę, bo wszystko kręci się powolutku swoim już utartym torem (miesiąc wystarczył żeby się wdrożyć w nową sytuację) i tak sobie mija dzień za dniem. Ja spędzam sobie ostatnio czas w „towarzystwie” wampirów – podczas karmień i trochę pomiędzy nimi przeczytałam pierwszą część „Twilight”, którą dorwałam w wersji niemieckiej w bibliotece (jak znalazł żeby odświeżyć sobie trochę język). Jeśli nie macie pomysłu co sobie przeczytać, polecam, przyjemna rozrywka.
Nasz kiwi synek dostał jakiś czas temu swój nowozelandzki akt urodzenia. Będzie z tego fajna pamiątka, bo jest to kolorowy dokument z nowozelandzkimi motywami i tekstami w maori:


Niedługo trzeba będzie mu wyrobić paszport, na szczęście znając biurokrację w wydaniu Kiwi powinno pójść sprawnie i przyjemnie. Paszport będzie potrzebny, bo plany są (może powinnam napisać były) takie, żeby naszą zimą (waszym latem) uderzyć do Polski na miesięczny urlop. Czekają tam na nas, wszyscy chcą poznać osobiście Emilka i w ogóle byłoby miło. Ostatnio serwisy sprzedające bilety lotnicze są w coraz częstszym użyciu przeze mnie i niestety nie wygląda to różowo. Ten przedziwnie nazywający się wulkan i jego wyziewy narobiły sporo zamieszania i z moich obserwacji wynika, że chmura pyłu z Islandii mocno wpłynęła na ceny biletów (oczywiście w niekorzystny sposób – ceny poszły mocno w górę). W takich momentach, kiedy szuka się biletów i widzi się te horrendalnie wysokie ceny, odczuwa człowiek ten największy minus Nowej Zelandii – to, że jest to kraj naprawdę daleko od reszty świata i wyprawa gdziekolwiek (szczególnie rodziną z dziećmi) wymaga naprawdę sporych nakładów pieniężnych, dużo czasu i wysiłku. Cały czas polujemy na jakieś promocje, ale coraz częściej krąży nam po głowach myśl, żeby za dużo mniejsze pieniądze zrobić sobie egzotyczny, pełen słońca urlop na jakiejś wyspie na Pacyfiku z lagunami, palmami, drinkami owocowymi... No zobaczymy na co się zdecydujemy :)
Emilek miewa się dobrze. Leży sobie teraz obok mnie, bo to bardzo towarzyski człowieczek i nie bardzo da się go zostawić w łóżeczku w pokoju obok :) Przeszliśmy już pod opiekę Planketu (pielęgniarka) i czeka nas teraz pierwsza wizyta u lekarza i szczepienia. Jako, że nie jestem pewna czy synek przybiera odpowiednio na wadze (po Tymonie jestem trochę przewrażliwiona na tym punkcie) obrotna pielęgniarka, która była już u nas na wizycie domowej, umówiła mnie do poradni laktacyjnej, gdzie spędzę sobie cały dzień w przyszłym tygodniu i mają tam ocenić jak idzie to nasze karmienie i jakby co pomóc i nauczyć robić to lepiej. Wszystko jest za darmo, zagwarantowane są przekąski i lunch, można spotkać inne mamy z okolicy, czyli warto skorzystać. Chciałabym zostać przy karmieniu piersią, bo to takie praktyczne. Byliśmy już na kilku wycieczkach z Emilkiem, na jednej to nawet tylko z nim (Michał miał wolne z powodu nadgodzin jakie wyrobił, a Tymon był w przedszkolu) i widzę, że takie maleństwo to tak mało zachodu! Trzeba tylko nakarmić, przewinąć, przytulić i śpi. Lekkie to, można wszędzie je zabrać, nie trzeba nosić dodatkowego jedzenia i picia. Nie wiem skąd bierze się przekonanie, że jak chce się gdzieś jechać, coś zrobić itp. to lepiej poczekać aż dziecko trochę podrośnie. Im mniejsze dziecko tym wszystko jest dużo łatwiejsze, potem z każdym miesiącem tylko trudniej. Widzę to teraz bardzo wyraźnie i nawet patrząc na ile byliśmy mobilni rok temu, kiedy tu przyjechaliśmy (Tymon miał 16 miesięcy) w porównaniu do teraz, kiedy jest starszy, cięższy, ma coraz wyraźniejsze swoje zdanie, które potrafi wyegzekwować, mogę wszystkim z czystym sumieniem poradzić żeby nie odkładali różnych swoich planów na „za jakiś czas kiedy dziecko podrośnie”. Uwierzcie mi, będzie tylko trudniej :)
Ale z takich głównych wydarzeń w ostatnim miesiącu, to muszę wspomnieć o nowych znajomościach. Nasze skromne grono znajomych poszerzyło się ostatnio o dwie przemiłe rodzinki świeżo upieczonych polskich imigrantów :) (pozdrawiam Was, jeśli czytacie). Był już wypad na plażę, była polska majówka z grillowaniem na Piha i najprawdopodobniej będzie jeszcze dużo więcej wspólnych wycieczek i spotkań.




Fajnie przypomnieć sobie, patrząc na nowych przybyszów, jak tutaj jest fajnie. Bo ogólnie Nowa Zelandia wypada raczej korzystnie na tle Polski chyba pod każdym względem i to, że późną jesienią jest cały czas tak ciepło i ładnie, i że jest gdzie wyjść z dzieckiem na kilkugodzinny spacer gdziekolwiek się mieszka itd. nie może się nie podobać. No i życzę wszystkim świeżo przybyłym do NZ aby odkrywali jak najwięcej fajnych rzeczy tutaj, żeby się tu łatwo zadomowili i korzystali jak najwięcej ze wszystkich zalet jakie oferuje kraj kiwi.