środa, 14 kwietnia 2010

Dwa synki

No i mamy od ponad dwóch tygodni dwójkę dzieci w domu :) Jedno z tych dzieci to ponadto mały Kiwi!!! (okazuje się, że Emil z automatu będzie miał paszport NZ – fakt że jesteśmy rezydentami i że dziecko urodziło się w NZ wystarczy). Poród wydaje się już odległą przeszłością. Dla mnie teraz centralnym punktem domu jest kanapa, która już się trochę wysiedziała po dwóch tygodniach karmienia, a najważniejszym zagadnieniem jest ogarnąć jakoś tą nową sytuację i zorganizować sobie wszystko trochę od nowa, bo jednak mieć dwóch synków to kompletnie coś innego i dużo bardziej wymagającego niż jednego. Ja czuję się zadziwiająco dobrze jak na tak krótki czas po porodzie, tym razem wróciłam do normy ekspresowo i już mam ochotę ćwiczyć, chodzić na spacery, ale jeszcze nie ten etap z dzieckiem, które jeszcze ma całkowicie nieuregulowany dzień i wymaga permanentnego karmienia, czyli mojego siedzenia na kanapie. Jest trochę tak, że teraz mamy z Michałem po jednym dziecku do obsługi. To mniejsze wymaga mniej zachodu, ale to przy nim nie da się nocy przespać (to dotyczy tylko mnie, Michała nic nie jest w stanie obudzić poza kopniakiem, no i on dziecka nie nakarmi). To większe znika na sporą część dnia do przedszkola, ale jak przychodzi weekend, to daje popalić swoją gadatliwością, ruchliwością i ogólnym wymaganiem permanentnej uwagi skoncentrowanej wyłącznie na nim. Udaje nam się jakoś mieć wszystko pod kontrolą. Michał jak na razie nie wziął nawet ani dnia urlopu, chodzi do pracy na 6 godzin i resztę odrabia w domu. Jakoś to działa, jesteśmy ogólnie padnięci, ale podobno w naszym wieku i tak ma się najwięcej sił na małe dzieci no i potem się to zmęczenie zapomina. Zobaczymy.
Tytuł tego wpisu nie jest przypadkowy - to tekst Tymona, którym komunikuje on chęć przytulenia się do rodzica, który w danym momencie trzyma małego Emila na rękach. Wygląda to mniej więcej tak:


i myślę, że całkiem dobrze opisuje naszą obecną sytuację – po prostu naszym życiem zawładnęły „dwa synki” i już :)
Fakt, że jesteśmy w tej nowej sytuacji w Nowej Zelandii, a nie gdzieś bliżej stron rodzinnych, nie wpływa jakoś specjalnie na to co się u nas dzieje, wszędzie przecież przechodzi się przez to samo. Jedyna różnica, to że nie mamy pomocy bliskich, którzy by się przydali żeby raz na jakiś czas zabrać tego starszego synka i dać nam trochę wytchnienia. Ale według zasady „co nas nie zabije, to nas wzmocni” jest szansa, że będziemy mieli co wspominać i będziemy mogli być dumni, że poradziliśmy sobie sami w tak dalekim świecie. Ponadto rodzenie na obczyźnie ma taką zaletę, że po całym tym doświadczeniu, kiedy czujesz, że traktują cię normalnie, jak każdego innego obywatela, kiedy otrzymujesz pomoc i wsparcie w tak ważnym przeżyciu, jakim są narodziny dziecka, zaczynasz czuć, że jesteś u siebie, że wszyscy cię tu akceptują i traktują jak swojego (takie same odczucie miałam po porodzie w Niemczech). To, że jesteśmy daleko od rodziny, to dla mnie jedyny minus rodzenia dziecka w NZ. Poza tym jest to kraj jak najbardziej przyjazny rodzeniu dzieci. Jak to wyglądało w naszym przypadku?
Mam to szczęście, że obydwa porody były dla mnie i dla nas naprawdę pozytywnym przeżyciem. Ekspresowo, naturalnie, bez żadnych komplikacji, duże i zdrowe dzieci. Tym razem cała akcja w szpitalu trwała tylko 40 minut. Oczywiście zaczęło się trochę wcześniej w domu, zdążyliśmy skontaktować sę z położną, zadzwonić do znajomej żeby przyjechała do opieki nad starszym synkiem, spakować się ostatecznie i jak tylko Gosia przyjechała ruszyliśmy do szpitala. Byliśmy tam przed położną, przyjęli nas całkowicie bez żadnej papierologii (przez cały pobyt w szpitalu nie trzeba było nic kompletnie wypełniać, podpisywać itp., działa to tak, że wszystkim zajęła się położna, która już kilka miesięcy wcześniej zgłosiła mnie do porodu w tym szpitalu). Wszystko jest tutaj tak zorganizowane, że przez całą ciążę, poród i przez pierwsze 6 tygodni po porodzie nie masz styczności z lekarzem (jeśli nie ma takiej potrzeby, czyli wszystko z tobą i z dzieckiem jest w porządku). Z nami wszystko było w porządku, żadnych lekarzy na oczy jak dotychczas nie widzieliśmy.
No i nad ranem, dokładnie o 04:39, w piątek 26 marca 2010 urodził się ważący 4320 g, mierzący 53 cm Emil.
Jako, że tutejsze nastawienie jest takie żeby wszystko przebiegło jak najbardziej naturalnie, pierwsze pół godziny na świecie synek spędził przytulony do maminego brzucha, ważenie itp. odbyło się na spokojnie dopiero po jakimś czasie. Ogólnie, to tutaj bardzo popularne są porody w wannie, też miałam w planie spróbować, ale nie było mi to dane, Emilek za bardzo spieszył się na ten świat i w takim czasie nawet nie udało by się napełnić wanny wodą :)
Po porodzie przeszłam na oddział położniczy (po angielsku oczywiście te nazwy są zawsze prostsze, nazywa się to po prostu maternity ward – oddział macierzyński). W North Shore jest tylko jeden szpital (o ładnej nazwie Waitemata Hospital), a nie jest to aż tak maleńkie miasto (ok. 300 tys. mieszkańców), tak więc szpital, jak i cała porodówka, są całkiem spore. Na oddziale było kilkadziesiąt kobiet w czasie mojego pobytu, ale totalnie się tego nie czuło. Miałam prywatny pokój, ogólnie warunki super i cały pobyt w szpitalu był jak najbardziej przyjemny. Ale różnił się od tego w Niemczech. Mają tutaj inne nastawienie, mianowicie są bardzo dumni ze swojej polityki przyjazności dla dzieci, która sprowadza się do tego, że dziecko ani na moment nie jest zabierane od mamy, jest cały czas przy tobie, śpi w twoim pokoju itd. W Niemczech też tak było, ale w momencie jak chciałam żeby coś mi pomogli czy zrobili przy maluchu, kiedy chciałam się trochę wyspać itp., to była masa osób chętnych do pomocy i do odciążenia mnie. Tutaj natomiast dziecko cały czas jest z tobą, ale jesteś jedyną osobą zajmującą się nim. Nikt nie pomaga w przewijaniu, przebieraniu, kąpaniu, usypianiu itd. Pierwsza kąpiel Emilka (taka całkowicie pierwsza, bo po porodzie synek został tylko lekko wytarty i owinięty) wyglądała tak, że miła pani przyniosła nam do pokoju wanienkę, powiedziała, że jak chcemy, to możemy synka wykąpać i sobie wyszła. No i oczywiście poradziliśmy sobie z Michałem, bo przecież to są rzeczy, z którymi człowiek w domu i tak będzie musiał sobie radzić. W szpitalu ma być się jak najkrócej, mnie chcieli wypisać już po 2 dniach, co jest tutaj całkowita normą, jeśli wszystko jest OK, udało mi się przedłużyć pobyt o jeszcze jedną dobę, bo aż tak mi się do domu w którym króluje Tymon nie spieszyło :) W domu jest się przez pierwsze tygodnie pod opieką położnej. Wpada ona tutaj do nas, waży Emilka (żarłoczek waży już 4500 g wg danych z ubiegłego tygodnia), ogląda go i mnie czy wszystko w porządku i ogólnie dba o nas i naprawdę mam odczucie, że wszystko jest tu dobrze zorganizowane i mam się gdzie i do koga zwrócić w razie jakichkolwiek problemów. Po 6 tygodniach dziecko i mama przechodzą pod opiekę lekarza (tego ogólnego rodzinnego, żadnych pediatrów i specjalistów nie widujesz) i pielęgniarki środowiskowej.
Z takich ciekawostek dotyczących różnego od naszego podejścia tutaj, to wspomnę jeszcze o tym, że tutaj dzieci aż tak się nie opatula, nie ubiera ciepło itp. W naszym pokoju w szpitalu była całkiem mocno dmuchająca klima, mały sobie pod nią leżał i nikt się tym nie przejmował, gołe stópki i główka to norma. Wynika to chyba z tego, że klimat jest tutaj dużo łagodniejszy i kontakt dziecka ze świeżym, nawet trochę chłodniejszym powietrzem nie jest traktowany jako jakieś specjalne wydarzenie. Drugą ciekawą rzeczą, taką która mi się osobiście dużo mniej podoba, to było to, że przez pierwszy tydzień po porodzie faszerują tutaj człowieka lekami przeciwbólowymi – miałam brać pełną dawkę paracetamolu i ponadto czegoś w stylu voltarenu, co miało działać także przeciwzapalnie. Utrzymują, że to całkowicie dziecku nie szkodzi, można wg nich brać nawet ibuprofen. Ja tam nie wiem, podchodzę do tego po europejsku i raczej nie zapodaję sobie leków jak nie czuję potrzeby ich brania, no ale oni tu tak robią i nic się złego nikomu nie dzieje, czyli widocznie też tak można.
Wiem, że publikuję ten wpis o masie osobistych przeżyć kiedy w Polsce czas wielkiej żałoby narodowej po ostatnim weekendzie i trochę te moje wywody odstają od ogólnego klimatu w kraju. My tutaj jednak aż tak tym nie jesteśmy otoczeni i skupiamy się na osobistych sprawach. Szokujące wieści oczywiście do nas dotarły na bieżąco, w tutejszej TV był to główny news w pierwszy dzień po katastrofie, ale teraz już się o tym specjalnie nie mówi. Można oczywiście poczytać o całym zdarzeniu, artykuły są, ale nie jest już to żaden news na pierwszej stronie. Jest to oczywiście zrozumiałe, to naprawdę ich tu w tym odległym świecie nie bardzo dotyczy. To co zauważyłam, to fakt, że tutaj dużo mniej mówiło się o tym, że samolot leciał na obchody rocznicy Katynia i nie było wcale tego połączenia miejsca tragedii sprzed 70 lat z obecną katastrofą. Najprawdopodobniej poza bardzo mocno zainteresowanymi historią osobami ogół nie ma pojęcia o tym co wydarzyło się w Katyniu. No ale znowu trudno mieć do nich o to pretensje, dla nich tutaj w ogóle II wojna światowa wygląda też trochę inaczej, skupiają się dużo mocniej na tym co się działo na Pacyfiku między Amerykanami i Japończykami. Ogólnie cały nasz pobyt w Nowej Zelandii bardzo mocno uświadomił mi jaki świat jest wielki, różny, że są miejsca i kraje na świecie, które znałam tylko z nazwy, albo wcale i jak można różnie patrzeć na masę spraw, skupiać się na różnych rzeczach, rozumieć różnie w zależności od tego w jakiej części świata się żyje (jest to dla mnie bardzo ciekawe rozszerzenie perspektywy). Wiem, że teraz w Polsce nie mówi się o niczym innym jak o żałobie, pogrzebach, wspomnieniach itd., dlatego mam nadzieję, że mój wpis będzie trochę odskocznią i przez chwilę będziecie mogli poczytać o czymś trochę innym. Pozdrowienia dla wszystkich od całej naszej rodzinki.

7 komentarzy:

  1. Bogna i Michał: gratulacje i życzę sił do wychowania dwóch synków :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratulujemy małego kiwi Emila
    Pozdrowienia z Wrocławia
    Ania Mirek i nasze synki

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratulujemy!!!
    Justyna i Daniel

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale super Bogna! Tak o Tobie właśnie myślałam i dlatego zajrzałam na Wasz blog, a tu takie super wieści:)) Ściskamy serdecznie z Wro całą rodzinkę - Ania z Adrianem

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam,
    Na wstepie gratulujemy powiekszenia rodziny!
    Tak sie sklada ze od 2 miesiecy rowniez jestesmy w Auckland i jestesy prawie sąsiadami. Jest szansa aby się z Wami skontaktować poprzez e-mail?

    Pozdrawiam
    Tomasz & Ania & Marysia

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  7. No wlasnie Bogna
    piekny synek i super sie czyta twoje opowiadania! I fajnie wiedziec co u ciebie!
    Kacha R.

    OdpowiedzUsuń