sobota, 20 marca 2010

Czekanie

Właśnie minął sobie przewidywany termin mojego porodu. Nic się nie dzieje, mały spokojnie czeka i tak jak Tymon nie spieszy się z wyjściem ze mnie. Mówimy sobie z Michałem, że w ten weekend rodzimy i już. No zobaczymy :) Miałam specyficzny tydzień, to ten czas czekania, nie wiesz czy się za coś zabierać czy nie, chciałby człowiek gdzieś się ruszyć, ale nie wie, czy się nie zacznie za chwilę i tak się to ciągnie. Jestem już w 100% gotowa, w miarę wypoczęta, zrelaksowana (w przeciwieństwie do mojego stanu po przeprowadzce) i nic tylko już rodzić. Tematy w stylu z kim zostawić starszego synka zaplanowane, znajomi oferują pomoc, w pracy Michała też przygotowani na jego krótką nieobecność, nawet dyskutowali o tym na specjalnym spotkaniu :), czyli nie tylko my i rodzina w Polsce czekają :) Mamy też już wszystkie podstawowe rzeczy dla dzieciaczka, częściowo nowe, częściowo używane (udało mi się dorwać pakę ciuszków za grosze na TradeMe), małe łóżeczko (bassinet wielkości kołyski) stoi sobie w sypialni, fotelik do samochodu czeka... Jak sobie przypomnę, to z Tymonem było tak samo, też czekałam w takim zawieszeniu i spokoju. Było trochę więcej wizyt u lekarza, jakiś badań itp., ale to mi akurat nie przeszkadza, że mnie nie ciągają tutaj za dużo na jakieś kontrole, bo czuję, że wszystko jest OK i nie trzeba tego potwierdzać specjalistycznymi aparaturami :)
Od kiedy przeprowadziliśmy się w nowe miejsce, w ramach ogólnego przygotowania się do nowej sytuacji Michał jeszcze intensywniej przejął zajmowanie się Tymonkiem (tak żebym ja miała potem trochę więcej czasu dla nowego synka). No i co tu dużo mówić, mój mąż jest na tym polu po prostu rewelacyjny, mógłby być ekspertem w programach typu „Niania” itp. (całkowita konsekwencja w działaniu i nie poddawanie się manipulacji małego, w czym ten jest mistrzem). Dziecko zostało pięknie uregulowane i ustawione, chodzi sam grzecznie spać codziennie o tej samej godzinie, rano przyzwoicie sprawnie wybiera się do przedszkola i ogólnie jest kochany i daje żyć :) Skumplowali się też mocniej z tatą i synek czasami odwiedza go w pracy po przedszkolu, jak ja nie wyrobię z odebraniem go na czas. Bardzo lubi tam zaglądać, bo jest dużo komputerów, telefony, można sobie obejrzeć fajną bajkę, no i jakieś klocki czy coś do rysowania też się zawsze znajdzie.
To co ja robię teraz, to staram się trochę więcej spacerować, to podobno może zmobilizować szkraba do przyjścia na ten świat. Jest też kilka innych sposobów, z których też korzystamy ;) Warunki do spacerów idealne, nie ma już upałów i nic tylko łazić. Oprócz szwędania się po plaży, zwiedzam wiec sobie też pomału okolicę. Nowe miejsce naprawdę nam się udało. Nie tylko domek i ogródek super, ale też to co wokół bardzo przyjemne. Na naszej ulicy rosną palmy, arukarie, eukaliptusy pięknie pachnące jak jest troszkę wilgotniej i masa innych drzew. Bardzo ładna okolica, blisko boiska i parki, w odległości krótkiego spaceru małe centrum handlowe, community centre, lekarze, szkoły i ogólnie cywilizacja. Mamy widok na city, do plaży to raczej samochodem, ale to nie przeszkadza. Jest mniej stromo niż w ostatnim miejscu, ale nadal nie ma to nic wspólnego z naszym polskim totalnie płaskim :) Chyba warto będzie zrobić sobie rutynę ze spacerowania i po porodzie też codziennie robić jakąś trasę. W ogóle warto będzie wrócić do jakiegoś bardziej aktywnego trybu życia, znowu pochodzić na basen, trochę pobiegać. Już mocno za tym tęsknię :) Michał znalazł sobie sport, który uprawia z przyjemnością raz w tygodniu (no teraz akurat zrobił sobie przerwę). Od początku roku chodzi na lekcje windserfingu i podoba mu się bardziej i bardziej. Ja wiem, że to akurat nie dla mnie, ale coś sobie znajdę :) Możliwości tutaj sporo, trzeba tylko się zmobilizować.
Wspomnę jeszcze tylko o naszych ostatnich doświadczeniach kulturalnych. Nie jest tego wiele, bo głównie to oglądamy filmy i seriale w domu, ale lato jest tutaj okresem, kiedy naprawdę się sporo dzieje i jest się na co wybrać, jeśli człowiek ma ochotę. Przez 2 miesiące Auckland organizuje duży cykl Music in Parks i Movies in Parks. W każdy weekend w lutym i w marcu można wybrać się do jednego z parków i w piknikowej atmosferze posłuchać sobie dobrej muzyki na żywo, czy wieczorem obejrzeć jakiś film. Byliśmy, fajna sprawa. Oprócz tego luty i marzec to czas dwóch ogromnych festiwali dwóch najbardziej istotnych kultur tutaj poza europejską – w bliskim odstępie czasu organizowane są Lantern Festival (połączony z obchodami chińskiego nowego roku – obecnie rok tygrysa) i Pasifika Festival. Odwiedziliśmy obie imprezy. Obie są tłoczne i bardzo popularne, to takie „must do” jeśli mieszkasz w Auckland. Ale też obie bardzo się od siebie różnią, tak jak bardzo różnią się kultura dalekiego wschodu i kultura wysp Pacyfiku (upraszczam, bo nie jest to jedna kultura, ale ogólnie podobne klimaty). Na Lantern Festival tłok w wydaniu azjatyckim, masy azjatów (to akurat widok, do którego jesteśmy przyzwyczajeni), wszyscy gdzieś idą, coś kupują, stoją w kolejkach do setek straganów z jedzeniem wszelkiej maści i tak naprawdę ze wszystkim co sobie wymyślisz. Jest ciasno, ale czuć, że jest to mocno zorganizowane przedsięwzięcie, na którym też sporo osób robi jakiś biznes. Pasifika natomiast wywarła na mnie kompletnie inne wrażenie. Też masa ludzi, ale wszystko jakoś tak bardziej powoli, spokojniej. Różne wyspy mają zorganizowane małe wioski, w których mogą siebie zaprezentować. Tam ludzie po prostu siedzą całymi ogromnymi rodzinami na trawie, słuchają jakiejś muzyki ze sceny, coś tam przekąszą z tego co jest dostępne na kilku stoiskach w każdej wiosce i tak im mija błogo czas w atmosferze mañana, przy dźwiękach ukulele. Azjatów nie ma wcale, za to pierwszy raz widziałam tylu pacific islanders w jednym miejscu (my jednak mieszkamy w kompletnie innej części Auckland, gdzie ich akurat spotyka się dużo rzadziej). Chodzisz po tych wioskach i czujesz, że tu się nikomu nie spieszy (kolejki po jedzenie ogromne, ale obsługa nie wydaje się tym być specjalnie przejęta i pracuje w swoim żółwim tempie), masz wrażenie, że to wszystko jest jakoś zorganizowane, ale tak nie do końca. Nic tylko się wyluzować, usiąść z nimi, nacieszyć się otaczającymi cię kolorami, pooglądać sobie dziewczyny z kwiatami we włosach i super przystojnych brązowoskórych chłopaków występujących na scenie i poczuć trochę tego wyspiarskiego nastawienia do świata.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz