wtorek, 9 lutego 2010

Po 10 miesiącach u Kiwi

Uświadomiłam sobie ostatnio jeszcze jedną przyczynę tego, że tak rzadko teraz piszę na blogu. Poza wielkim brzuchem i tym, że spędzenie dłuższego czasu przy kompie jest dla mnie ostatnio coraz trudniejsze oraz tym, że jeśli tylko Tymon jest w pobliżu, robienie czegoś nie związanego bezpośrednio z jego osobą jest niemożliwe, dochodzi jeszcze fakt, że my już się tu u Kiwi po prostu zadomowiliśmy (!) Początki to była masa wrażeń, wszystko nowe, wszystko warte opisania, a teraz po tych ponad 10 miesiącach zrobiło się jakoś zwyczajniej. Widoki, plaże, bujna zieleń, czarny piasek itp. są takie codzienne, że zdjęć już się nie chce robić i często nie bierzemy nawet ze sobą aparatu, codzienne spacery w wakacyjnej scenerii to też normalka, a funkcjonowanie tutaj mamy już na tyle opanowane, że masa spraw jest na tyle oczywista, że nie warta opisywania. No taka już kolej rzeczy, że się człowiek do wszystkiego przyzwyczaja i wszystko powszednieje. Ale muszę przyznać, że trochę szkoda, że tak jest, ta początkowa faza fascynacji nowym miejscem jest naprawdę fajna i odrobinę :) mi jej brakuje. No ale teraz nie czas na wielkie zmiany, teraz trzeba przygotować się na nowego członka rodziny, który przecież sam w sobie będzie dla nas nowym przeżyciem :)
Wcale nie jest tak, że nic się ostatnio u nas nie dzieje. Tak naprawdę nowy rok zaczął się całkiem dużą zmianą, mianowicie synek został przedszkolakiem. Jeszcze nie takim pełnoetatowym, ale ma już 3 dni w tygodniu po 6,5 godziny swojego pozadomowego życia, o którym ani mama, ani tata nie mają pojęcia. Cały czas jest w fazie adaptacji, nie jest tak, że biegnie rano do przedszkola jak na skrzydłach, ale też nie jest tak, że nie da się go tam zostawić. Dla mnie to spora zmiana w codziennym funkcjonowaniu – nagle mam ileś godzin bez dziecka w pobliżu (wow! Już zapomniałam jak to jest). Dane mi są tylko 2 takie miesiące, no ale zawsze to coś :) Całe to przedszkole to masa przeżyć dla mnie i dla Tymonka. Każda mama, która przeszła początki zostawiania takiego malucha rano poza domem wie o co chodzi. Synek już w samochodzie stwierdza, że nie lubi przedszkola („Kola lubi nie”) i zaczyna przekonywać swoim najbardziej sugestywnym głosikiem, że jedziemy teraz na zakupy, albo karmić kaczki albo coś jeszcze innego. Potem, kiedy wchodzimy na salę, minka robi mu się w podkówkę, a ja z łamiącym się sercem „uciekam”. Jednak kiedy wracam, synek zazwyczaj jest mocno czymś zajęty, widać, że wcale nie cierpiał jakoś bardzo cały dzień, wita mnie podskakując z radości i w bardzo dobrych nastrojach jedziemy sobie do domu. Można się od niego szczątkowych informacji o tym jak minął dzień dowiedzieć (były fish, birds, kopara, zabawki, dzieci, jadł crackers, bananas...), ale nie są to jeszcze sensowne i spójne wypowiedzi o tym jak to jest w przedszkolu. No ale czego się spodziewać po dwuletnim dzieciaczku :) Coś tam jednak zapamiętuje, bo przynosi do domu nowe słowa po angielsku (hi, bye bye, come back, sit down, feet, oopsy daisy, sorry, enough, good boy, big boy...). Umie już odpowiadać na pytanie „What’s your name”, zna też imiona swoich rodziców (ja jestem na razie Bonga w jego wersji). Ogólnie jeden z naszych celów oddania go do przedszkola – oswojenie się z angielskim – raczej będzie osiągnięty. Poza tym to naprawdę fajne miejsce, ja go zostawiam tam z przyjemnością, bo widzę, że dzieciaczki mają tam idealnie. No i synek nie nudzi się tak jak w domu z mamą, ma się z kim pobawić, buduje, rysuje, lepi zacięcie figurki z playdough, maluje, może bawić się czymkolwiek sobie w danej chwili zażyczy i ogólnie to jest dużo bardziej zadowolony w te dni, które spędził w przedszkolu niż w te dni domowe :) No i dorobiliśmy się już dwóch jego samodzielnie wykonanych prac, które wiszą sobie na lodówce.


Jednak najbardziej konsumującą czas rzeczą jaką ostatnio się zajmowaliśmy było ponowne szukanie mieszkania. W tym co teraz mieszkamy kontrakt kończy nam się z końcem lutego i nie chcemy już go przedłużać (zbyt duża przewaga minusów nad plusami). Zaczęliśmy na spokojnie w połowie stycznia od przeglądania ofert w sieci, orientowania się w cenach itp. Po jakimś czasie zaczęły pojawiać się oferty dostępne w czasie, który nas interesuje no więc zaczęło się na całego. Codzienne jeżdżenie i oglądanie domów z zewnątrz, potem dzwonienie, umawianie się, znowu oglądanie, aplikacje, czekanie na decyzje – szaleństwo. Nie było tak, że nie ma wcale ofert, ale też nie mieliśmy w czym przebierać, bo my już mamy mocno określone wymagania (lokalizacja, standard, ogródek, cena...), tak więc nie było łatwo. Piszę wszystko w czasie przeszłym, bo właśnie dzisiaj została podpisana umowa i będziemy niedługo mieć przeprowadzkę. Trochę to wszystko na wariackich papierach, ja będę tuż przed porodem, nie będę miała za dużo czasu na oswojenie sobie nowego miejsca, ale poradzimy sobie – w końcu zawsze sobie człowiek radzi. Tym razem wynajęliśmy mieszkanie przez agencję. Trafiliśmy na bardzo ruchliwy czas na rynku mieszkań na wynajem (bardzo dużo ludzi szuka teraz), co wiązało się z tym, że musieliśmy przechodzić przez coś w rodzaju procesów rekrutacyjnych! Jedziesz oglądać domek, jeśli jesteś zainteresowany wypełniasz aplikację, musisz zaprezentować się z jak najlepszej strony, załączasz różne dokumenty (np. rejestracja samochodu, rachunki itp.), sprawdzają twoje referencje (dzwonią do poprzednich landlordów) i podejmują decyzję, na którą ty czekasz jak na decyzję o przyjęciu do pracy albo coś :) Widzieliśmy sporo mieszkań nor - grzyb i wilgoć, przewiewne okna itp. to standard tutaj jeśli chodzi o mieszkania na wynajem. Ogólnie jest ogromna przepaść pomiędzy domami, które Kiwi mają na własność – te prezentują się naprawdę dobrze – a domami na wynajem – o te nikt nie dba i są to maszynki do robienia pieniędzy, a nie przyjemne miejsca do życia (taka przykra prawda). Wyjściem byłoby płacenie dwukrotności czynszu jaki teraz mamy, ale na to nas nie stać. Najbardziej idealną sytuacją na jaką chcieliśmy trafić było wynajęcie czegoś od ludzi, którzy mają swój dom i wyjeżdżają na rok lub dwa zagranicę (stąd to głównie do Australii lub UK). Wtedy jest szansa na przyjazny, dobrze urządzony dom. Nawet jedną taką ofertę mieliśmy, walczyliśmy ostro, ale wybrali kogoś innego. Na szczęście już mamy to całe zamieszanie za sobą.
Tak na całego uczestniczyliśmy w tym mieszkaniowym szaleństwie tylko niecały tydzień, ale i tak było ciężko i wiązało się to z jakimś dziwnym stresem itp. No ale teraz będzie relaks :) Planujemy w jakiś weekend skoczyć gdzieś nad morze (trochę dalej od domu) do jakiejś ładnej zatoczki (może Coromandel) i trochę sobie poplażować, popływać w błękitnej wodzie i napełnić się pozytywną energią.