wtorek, 5 stycznia 2010

Świąteczny czas

Dwa świąteczne długie weekendy za nami. Michał miał sporo wolnego, nie robiliśmy żadnych dalekich wycieczek i ogólnie naprawdę poleniuchowaliśmy i wypoczęliśmy. Życzymy wszystkim jak najbardziej udanego Nowego Roku i przesyłamy trochę ciepełka z południowej półkuli.


Cały ten świąteczny czas przyniósł masę różnych obserwacji i był dla nas nowym, trochę „egzotycznym” doświadczeniem. Wiadomo, chodzi o pogodę. Północna półkula pogrążona w mrozach, śnieżycach itp., a my tutaj rozpoczęliśmy na całego okres letnio wakacyjny. I w tej letniej aurze przyszło nam spędzać Gwiazdkę i Sylwestra, co dało ciekawą perspektywę na masę świątecznych tradycji i zwyczajów. Tak więc jak to tutaj wyglądało?
W grudniu dużo się dzieje. Ale nie jest to wyłącznie związane z nadchodzącymi świętami. W grudniu wszyscy planują wakacje, kończą różne sprawy w pracy, dzieciaki kończą rok szkolny i wszystko przestawia się na wakacyjny tryb funkcjonowania. W grudniu zakłada się coraz częściej strój kąpielowy, należy zaopatrzyć się w sprzęt plażowy i sprzęt do grillowania, wszyscy wygrzebują ze swoich garaży, mieszczących tysiące różnych rzeczy, kajaki, deski surfingowe, łódki, wędki i masę innego sprzętu weekendowo-wodnego. Oprócz tego na zewnątrz wszędzie kwitną przeróżne kwiaty, zaczynają latać i brzęczeć muchy, pszczoły, bąki itp. (Tymon już się z różnymi tego typu stworzeniami dobrze zapoznał i jedną z jego ulubionych czynności/zabaw jest „zabijanie ich gazetą”), zakwitają też pięknie na czerwono charakterystyczne dla Nowej Zelandii drzewa pohutukawa, zwane tutaj też Christmas Tree. No i w to wszystko wplecione są święta. I jest to trochę dziwne, bo te święta są tak jakby trochę niepotrzebne, i tak jest przecież co robić. W naszej części świata, skąd pochodzą wszystkie świąteczne tradycje, grudzień to naprawdę nieciekawa pora roku, szaro, ciemno, zimno, nic się fajnego nie robi i umiejscowienie w tym czasie świąt ma sens. Ludzie od listopada się szykują, jest na co czekać, jest coś miłego o czym można pomyśleć i na co się nastawiać. Ozdoby i lampki świąteczne mają wnieść trochę koloru w niekolorowe otoczenie, przyprawy korzenne mają rozgrzać, tak jak pieczenie ciast i całodzienne gotowanie, a Mikołaj jeździ na saniach i jest ciepło ubrany, bo przecież wokół jest śnieg i jest zimno. Tutaj natomiast ozdoby raczej giną w bujnej zieleni i kwiatach, a aby podziwiać lampki świąteczne trzeba czekać do godziny 10 wieczorem (mamy teraz najdłuższe dni w roku). Toteż Kiwi nie ozdabiają jakoś bardzo specjalnie domów, ulic, sklepów itp. Są widoczne akcenty świąteczne w wystroju, ale jest to raczej skromne (momentami też trochę komiczne, bo motyw śnieżynki, sopla lodu, czy bałwanka jakoś tu nie gra). Jest za to jedna ulica w całym Auckland, której mieszkańcy (najprawdopodobniej wspomagani finansowo przez miasto) mają za zadanie przyozdobić swoje domy i ogródki na całego. I wizyta na Franklin Rd jest atrakcją świąteczną - któregoś dnia w okresie około 25 grudnia należy wybrać się tam wieczorem na spacer i podziwiać. Byliśmy i podziwialiśmy i muszę przyznać, że było bardzo ładnie, ale też kompletnie inaczej niż choinki i światełka u nas, bo jednak wieczorny spacer w krótkim rękawku odbiera się inaczej :)



Tradycyjne bożonarodzeniowe potrawy, słodkości i smaki też odbiera się tutaj inaczej. Na tłuste i gorące niekoniecznie człowiek ma ochotę, czekolada (której jest tutaj sporo w sklepach przed świętami) jakoś dłużej leży czekając na zjedzenie, nie trzeba do ciast używać suszonych owoców, miodów i orzechów jako bakalii, bo jest właśnie sezon na truskawki, czereśnie, brzoskwinie itp. Wino grzane (które było takie fajne na Weinachtsmarkt w Ulm) też oczywiście nie wchodzi w grę i nikt się nie bawi w jego przygotowywanie, chociaż globalny Starbucks ma w swojej ofercie specjalne świąteczne kawy z przyprawami korzennymi i cynamonem, które niekoniecznie tutaj mają wzięcie (bardziej popularne są różne wersje frappe).
Jak spędza się tutaj święta? Głównym dniem jest 25 grudnia, jest to dzień na rodzinne spotkanie przy stole, serwuje się wtedy wielką szynkę (nie wiem tego z faktu uczestniczenia w jakimś przyjęciu, ale dlatego, że był to główny towar spożywczy sprzedawany tylko teraz, specjalnie na święta), jest bardziej uroczyście, rano są prezenty itp. i to byłoby na tyle. Potem, w kolejne dni zaczyna się wielkie grillowanie i wakacyjne lenistwo. Albo wyjeżdżasz z rodziną na urlop (bardzo często w warunkach campingowych) gdzieś na jakąś plażę, zazwyczaj masz jakiś basen w zasięgu, serfuje się, pływa, żegluje, kajakuje, wędkuje, wieczorem grilluje i robi się po prostu te wszystkie letnie rzeczy. Jeśli nie wyjeżdżasz, to i tak spędzasz czas nad basenem czy na plaży, bo przecież blisko domu też masz morze, plaże i różne tereny rekreacyjne. Grillowanie i piknikowanie to bardzo ważny element świąt i sezonu wakacyjnego, co ciekawe Kiwi bardzo często nie organizują tych imprez w domu na ogródkach, ale jadą ze wszystkim co możliwe w teren (krzesła, stoły, wielkie grille gazowe, lodówki ...), rozkładają się na trawie pod jakąś pohutukawą i w towarzystwie masy innych piknikowiczów spędzają sobie leniwy dzień na powietrzu. Fajnie.
Nasze święta wyglądały następująco: Wigilia była, skromna, ale zawsze :) Przed Wigilią, kiedy wszystko było już gotowe poszliśmy sobie na spacer do parku i na plażę. Na Wigilię były własnoręcznie robione pierogi z kapustą i grzybami, barszczyk, ryba. Mieliśmy malutką, sztuczną choinkę z robionymi przez Tymonka i Babcię ozdobami, a pod choinką znalazła się masa prezentów i było naprawdę dużo radości, bo patrzenie na malucha podekscytowanego do granic możliwości, rozpakowującego paczkę za paczką to naprawdę frajda. Z ciekawostek, to wśród naszych dorosłych prezentów znalazły się kąpielówki (odpowiednik naszych swetrów, szalików i ciepłych skarpet), kurs windsufingu i prawdziwe drzewko pohutukawa, które zostało zasadzone do wielkiej donicy i ozdabia teraz nasze małe podwóreczko. Kolejne dni spędziliśmy już bardziej w Kiwi stylu – nad basenem przy grillu i na plaży. Kilka zdjęć dla ilustracji.



Wszystko to wygląda fajnie i jest fajne, ale jak dla mnie byłoby tak samo fajnie gdyby to nie były święta tylko po prostu rozpoczęcie wakacji. A Gwiazdka ma dla mnie lepszy klimat u nas, w tym smętnym czasie zimowym, kiedy nic się nie dzieje i święta są odskocznią od tej szarości i zimna. Ale za to powiem, że Sylwester i karnawał jest dużo lepszy kiedy jest ciepło.
Auckland jest pierwszym na całym świecie dużym miastem witającym Nowy Rok. Wcześniej 2010 zaczął się tylko na niewielkich wyspach Pacyfiku. Ciekawe wrażenie rozpoczynać Nowy Rok 12 godzin wcześniej niż Europa. Mocno też uświadamiające, że 1 stycznia to w efekcie taki sam dzień jak inne, w naszej kulturze i naszym kalendarzu jest pierwszym dniem nowego roku i tyle. My żadnej imprezy na ten dzień zaplanowanej nie mieliśmy, ale okazało się, że tutaj wcale żadnej imprezy nie trzeba planować. Skycity organizuje darmową (!) wielką imprezę otwartą dla wszystkich. Trzeba mieć tylko 20 lat i można się bawić na Skytower. My wybraliśmy się do miasta z synkiem, więc na zabawę na wieży się nie załapaliśmy, ale popatrzyliśmy sobie trochę jak Sylwester tu wygląda. Ogólnie w mieście masa ludzi, ubrani imprezowo, ale nie balowo (na pewno jakieś bale są, ale większość bawi się po prostu w pubach, knajpach itp.), wszystkie lokale szeroko otwarte i wszędzie wchodzisz bez żadnych wstępów (!). Nie musisz wcześniej planować gdzie spędzisz ten wieczór, możesz po prostu iść do miasta i bawić się gdziekolwiek. I to mi się najbardziej w tym wszystkim podobało. Pełen luz i spontan, nie trzeba rezerwować jakiejś drętwej imprezy i zastanawiać się czy chcesz zjeść barszcz i krokiety, czy bigos, ale po prostu idziesz się pobawić i spędzić ten wieczór w otoczeniu innych. Na ulicach też sporo ludzi, ciepło, więc czuje się klimat wakacyjnej zabawy, gdzieniegdzie ktoś gra na żywo, można nawet załapać się na tańczenie na ulicy jak na karnawale w Rio. A o północy można pooglądać sobie fajerwerki odpalane ze Skytower i potem dalej się bawić do białego rana. My za bardzo się nie naimprezowaliśmy (alkohol odpada ze względu na ciążę no i nie zorganizowaliśmy sobie opieki do synka), ale chyba trzeba będzie jeszcze na jednego Sylwestra gdzieś na płd. półkuli się załapać i wtedy sobie odbijemy :)



2 komentarze:

  1. Hej Bogna, podczas porannej prasówki trafiłam na ten artykuł: http://biznes.onet.pl/fatalna-obsługa-klientow-w-polsce,18572,3117546,1,prasa-detal
    Potwierdzają się nieco moje wrażenia z każdorazowego pobytu w Polsce, a przy okazji przypomniały się czasy studenckie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Trochę to było off-topic w świetle Twojego bloga, ale nie jestem pewna jakiego maila teraz używasz. Pozdrawiam z mroźnej Finlandii!

    OdpowiedzUsuń