czwartek, 7 października 2010

Pozdrowienia z wakacji

Dzisiaj bedzie bez polskich znakow (poradzicie sobie mam nadzieje). Siedze sobie wlasnie przu kieliszku rewelacyjnego chilijskiego wina w Mleczarni na krakowskim Kazimierzu, gra cicho muzyczka, jestesmy po spacerze po Wawelu i nad Wisla i dzieki przenosnym zdobyczom techniki komputerowej (moj maz gadzeciaz przez miesiac wyrzekl sie jedzenia kupnych lunchow, sprzedal tez kilka innych nieuzywanych swoich gadzetow i kupil to cacko marki Apple) moge wreszcie skrobnac kilka slow.
Jestemy na wakacjach! W Polsce! I wiecie co... jestem zachwycona, olsniona, oczarowana... odpoczywam i chlone. Musimy nazbierac jak najwiecej tych polskich/europejskich klimatow i zabrac ze soba do tej naszej totalnie innej (tak innej, ze az teraz wydaje mi sie nierzeczywistej) Nowej Zelandii. Przyjazd do Krakowa byl strzalem w dziesiatke. To czego oczekiwalismy od naszych tegorocznych wakacji to:
1. Kilka dni bez dzieci - szkraby zadwolone zostaly pod opieka babci i dziadka. Emil juz uniezalezniony ode mnie pije kilka razy dziennie mleko z butelki (poszlo zadziwiajaco gladko).
2. Przyzwoity nocleg z wygodnym lozkiem - nocujemy w swiecacych nowoscia hostelach, tych wysoko ocenianych i polecanych. Lepiej byc nie moglo - wysoki standard, fajne wnetrza, swietni ludzie na kazdym kroku. Gdziekolwiek sie wybieracie, planujac nocleg polecam zajrzec na www.hostelworld.com
3. Jakies wydarzenia kulturalne, aby porobic troche rzeczy, ktorych w ostatnich czasach robimy duzo mniej niz by sie chcialo - dzisiaj wieczorem bedzie teatr, bylo juz kino studyjne (film obowiazkowo nie angielskojezyczny), byl juz koncert w jazzclubie, jeszcze moze raz kino, jakas wystawa, koncert... Na wybor w ciagu tych 3 dni jakie mamy dla siebie nie narzekamy.
4. No i w koncu knajpki z klimatem i pyszne jedzenie - od wczoraj snujemy sie od knajpki do knajpki, od restauracji do restauracji, co jedna to fajniejsza, kazde miejsce ma to COS w sobie. A my tu kawka, tam deser, jeszcze gdzies indziej piwo, wino, przekaska w koncu wieczorem obiad no i co tu duzo mowic - jest rewelacyjnie!
A ponad to wszystko mamy jeszcze piekna, sloneczna pogode, ktora jest przemilym gratisem :)
Pozdrawiamy Was wszystkich serdecznie, przesylamy troche tego naszego wakacyjnego klimatu i jak bedziecie planowac sobie nastepnym razem krotki wyjazd urlopowy, rozwazcie Krakow :)
P.S. Jeszcze nam troche urlopu zostalo, wiec jak bede w nastroju, to cos jeszcze napisze.




sobota, 10 lipca 2010

Wydawanie, decydowanie, załatwianie...

Ciężkie dni za nami. Jeszcze się nie skończyły, ale już idzie ku lepszemu. Przez ostatni tydzień byliśmy oboje z Michałem chorzy. No niby nic takiego, klasyczne objawy przeziębienia, żadnych ekstremów, ale jest to dla mnie najgorsze przeziębienie w życiu, jakie sobie przypominam. Bo dwójka dzieci nie robi sobie nic z tego, że boli cię głowa, że nie masz siły, że potrzebujesz się odrobinę wyspać, aby zwalczyć zarazki i ta dwójka dzieci funkcjonuje sobie całkowicie normalnie krzycząc, skacząc, marudząc, budząc cię w nocy na karmienie i kończąc nocny wypoczynek około 6 rano, kiedy w domu strasznie zimno, a na dworze totalna ciemnica. Walka z chorobą i regeneracja sił w takich warunkach jest bardzo utrudniona, a momentami wydawało mi się, że totalnie niemożliwa, i że już do końca zimy będziemy tacy zombie. Tego jakoś natura nie obmyśliła do końca i możliwy jest scenariusz, że oboje opiekunów ledwo żyje, a dzieci ze swoją super odpornością i magicznymi zdolnościami zwalczania chorób w ciągu kilku godzin hasają cały dzień i wymagają twojego funkcjonowania na 100% wydajności. Jednak na szczęście ta nasza wydajność powoli wraca i mam nadzieję, że już drugi raz nas tak nic nie rozłoży w tym sezonie chorobowym.
Takie dni, kiedy więcej siedzi się w domu, bo zwyczajnie nie ma się siły na wyjście na spacer, a pogoda trochę w kratkę i nic nie ułatwia, mocno uświadamiają jak Nowa Zelandia uzależnia od przebywania na zewnątrz. Normalnie nie wiadomo co ze sobą począć siedząc w domu (czytanie czy film odpadają ze względu na warunki opisane powyżej). No ale mamy teraz piękny, słoneczny weekend wg prognoz (zazwyczaj trafnych), więc trzeba będzie gdzieś uderzyć i się trochę doładować energią.
To nasze chorowanie to z takich najbardziej bieżących spraw. Ale z takich większych wydarzeń ostatnich tygodni, to mogę wreszcie oficjalnie ogłosić, że lecimy we wrześniu do Polski! Był to dla nas niesamowicie długi i trudny proces decyzyjny. Głównie z uwagi na cenę biletów, o czym już wspominałam kiedyś, ale także za względu na przemyślenie tego organizacyjnie (długość urlopu, możliwość pracy zdalnej itp.) oraz zdecydowanie się co tak naprawdę wolimy zrobić z naszym urlopem i kasą jaką na ten cel mamy. Byliśmy już mocno po stronie wyjazdu urlopowego na wyspy. Piękne katalogi ze zdjęciami rajskich plaż, błękitnych lagun, uśmiechniętych i opalonych par wylegujących się w cieniu palm, gościnnych i kwieciście barwnych tubylców, luksusowych domków na wodzie itp. zostały przestudiowane i z łatwością wywołały u mnie uczucie typu „chcę tam jechać i tego spróbować”. Mieliśmy już kilka ofert z biura podróży. Zachwalali nam zacięcie super popularne, wysoko oceniane rodzinne resorty z plażami, basenami, palmami itd. Wszystko pięknie, ale nam coś nie do końca pasowało. Bo my jesteśmy z tych, co to nigdy nie byli jeszcze na zorganizowanych przez biuro turystyczne wakacjach, resorty z basenami, w którym spędza się cały czas i można nawet poza nie nosa nie wyściubić to dla nas miejsca, które zawsze omijaliśmy szerokim łukiem preferując pola namiotowe i hostele i jakoś cała ta wizja kolorowych wakacji odbiegała od naszych wyobrażeń o spędzaniu urlopu. Dla mnie wypoczynek niekoniecznie polega na tym żeby było wygodnie i leniwie, wypoczynek to jest robienie czegoś innego niż na co dzień i dlatego słońce, woda, plaża, basen... nie są atrakcjami za które chciało nam się płacić grube pieniądze. To czego ja teraz potrzebuję od wakacji, to możliwość spędzenia kilku wieczorów bez dzieci, wyjścia sobie do fajnej knajpki itp. no i wygrał wyjazd do Polski :) Może za jakiś czas „dojrzejemy” do takich wakacji w resorcie, nic nie przekreślam, chcę tego spróbować, ale to za jakiś czas :)
Tak więc zrobiliśmy w końcu ten ruch i kupiliśmy te nieprzyzwoicie drogie bilety. Pierwszy raz w życiu korzystaliśmy z usług agenta i wiem teraz, że warto – oni mają dostęp do całkowicie innych cen i innych ofert i w efekcie mamy bilety na wysokiej klasy Asiana Airlines w takiej samej cenie jak najtańsza z ofert (Royal Brunei), gdy wyszukujesz lotów sam. Szykujcie się więc tam na nas, przyjeżdżamy spłukani, ale będziemy i chcemy się z wami wszystkimi zobaczyć.
Teraz skupiamy się na jak najszybszym odbiciu się finansowym i rozglądamy się za możliwościami zdobycia tych pieniędzy, które poszły na bilety. Jest szansa, że Michała bilet będzie pokryty przez firmę (będzie musiał jechać na delegację do Niemiec podczas naszych wakacji, ale to dzięki temu możemy pozwolić sobie na 6-tygodniowy pobyt), ja już pracuję i zbieram grosik do grosika (czy raczej cencik do cencika), więc coś z tego będzie, a poza tym orientujemy się czy coś się da wyciągnąć z jakiś zwrotów podatków, dofinansowań rządowych itp. Zwrot podatku już zdobyty. Rewelacyjny ten tutejszy urząd podatkowy (po ichniemu IRD) – 3 kliknięcia na stronie internetowej urzędu i po 4 dniach pieniądze wpłynęły na konto. No po prostu powalili nas tą swoją sprawnością na kolana. Dodam, że tutaj żadnych zeznań podatkowych się nie składa samemu, niczym się nie musisz zajmować, jeśli przysługuje ci jakiś zwrot podatku, to zgadzasz się na niego na przez internet i to byłoby na tyle. Poza tym okazuje się, że Kiwi mają też dofinansowania dla rodzin z dziećmi. My już mamy tą naszą dwójkę i jest jakaś szansa coś od nich tu wyciągnąć. Program nazywa się „Working for Families”, wszystko zależy od wysokości dochodu i od liczby dzieci. Żeby w ogóle zacząć całe procedury wszyscy członkowie rodziny (łącznie z dziećmi) muszą mieć wyrobiony numery podatkowe. I znowu miłe zakończenie urzędowymi procedurami – wszystko załatwia się na poczcie, sami nawet kserują ci dokumenty, nic oczywiście nie płacisz za pośrednictwo poczty i po krótkim czasie wszystko ci przysyłają. Mają też dopłaty do wynajmu mieszkań, nawet do przedszkoli, czyli jednak jest to kraj, który ma różne programy wsparcia socjalnego. Jeszcze się orientujemy co i jak, ale może coś z tego będzie.
Co do urzędów, to jeszcze krótko o paszporcie. No bo Emilek na tą wielką podróż musi mieć swój własny. Zdjęcie zrobiliśmy sami. Zobaczcie sobie jaki nasz synek jest słodki w wydaniu x6 :)


Paszport NZ też wyrabia się zdalnie, do żadnego urzędu nie trzeba się wybierać. Wniosek łatwy do wypełnienia, jedynym „zabiegiem” jaki trzeba zrobić, to konieczny jest podpis świadka poświadczający tożsamość osoby ubiegającej się o paszport. My oczywiście myślimy od razu o jakiś notariuszach, urzędnikach itp., ale tutaj poświadczyć może każdy, kto jest obywatelem NZ. A nawet nie musi być obywatelem, jeśli jest księdzem, pracownikiem medycznym, nauczycielem lub przedstawicielem jeszcze kilku innych profesji zaufania społecznego. Osoba ta podpisuje zdjęcie osobnika i już. Wniosek wysłany i na dniach emilkowy paszport powinien być w skrzynce. Och jakie to proste :) Pochwalę się jak paszport będzie.
W związku ze sprawami paszportowymi, to mieliśmy trochę nerwów, kilka dni poszukiwania informacji w sieci i zastanawiania się jak przebrnąć przez procedury urzędnicze. Dotyczyło to jednak naszego szacownego polskiego paszportu. Zaczęliśmy mianowicie zastanawiać się czy aby na 100% możliwe jest wjechanie do Polski, kiedy my wszyscy mamy polskie paszporty, a Emilek jakiś odstający kiwi paszport. Żadnej jasnej informacji na oficjalnych polskich stronach rządowych oczywiście nie ma. Znaleźliśmy już jakieś straszne opisy na blogach jak to nie wpuszczają do Polski polskich dzieci urodzonych za granicą (niby polski obywatel, a Emilek takim jest z założenia, może wjechać do kraju i z niego wyjechać tylko na polskim paszporcie). Już nam się krew gotowała w żyłach na samą myśl załatwiania tego wszystkiego (już próbkę mieliśmy przecież przy Tymonie) – tłumaczenia poświadczane notarialnie, pesele, zaświadczenia, błędne koła i urzędnicy, którzy po prostu stwierdzają, że się nie da i tyle. Stanęło jednak na tym, że nie będziemy przez to szaleństwo przechodzić. Napisałam do ambasady polskiej w NZ z prośbą o informację jak to wygląda i otrzymałam zapewnienie (od konsula osobiście – taka to kameralna jest ambasada PL w Nowej Zelandii), że Emilkowi wystarczy paszport NZ. Nie będziemy już sprawy roztrząsać, w ostateczności niemile się rozczarujemy na polskiej granicy i naprawdę mocno zrazimy się do naszego rodzinnego kraju. Ale zakładamy, że taki scenariusz nie wchodzi w grę.

niedziela, 6 czerwca 2010

Wrastamy i obrastamy...

Miałam niedawno przecudny wypad na plażę. Błękitne niebo bez ani jednej chmurki, niebieska woda, pięknie kontrastująca z soczyście zieloną trawą, która po deszczach wreszcie nabrała koloru, niesamowita widoczność (Rangitoto jak na wyciągnięcie ręki, dalej super wyraźne Great Barrier i Coromandel, a w drodze powrotnej do domu ładny widoczek na city i wyjątkowo dobrze widoczne rozciągające się za nim Waitakere Ranges). Zaliczyłam pyszną kawkę w ulubionej cafe w Mairangi, którą popijałam sobie czytając i wygrzewając się na słoneczku (obecnie czytam drugą część „Twilight” sagi, ale trochę mniej mnie wciąga, bo niestety super piękny i romantyczny wampir Edward postanowił opuścić Bellę), był spacer po plaży i wzdłuż klifów, szum fal, pachnące świeżością powietrze, łódeczki pływające sobie w oddali, cieplutkie słońce, uśmiechający się ludzie, zagadujący nas (mnie z Emilkiem) o tym jaki to piękny dzień no i ogólnie cudnie :) Nie chciało mi się za szybko wracać do domu, no ale przecież nic mnie nie poganiało, bo tego mojego małego skarba można nakarmić gdzie się ma ochotę, więc usiedliśmy sobie w zacisznym miejscu na plaży i synek podjadł sobie w tej pięknej scenerii... relaks, spokój i uśmiech na twarzy, który po prostu sam się pojawia w takich warunkach. Wiem, że takie opisy już tu na blogu były, ale jakoś nie mogę się opanować i mam potrzebę podzielenia się tymi moimi chwilami zachwytu nad nowozelandzkim otoczeniem.
W tych momentach zachwytu nie raz stwierdzam sobie, że Nowa Zelandia to jest właśnie to miejsce na ziemi, w którym chciałabym być na stałe, osiedlić się tutaj, mieć dom... Od takich decyzji jeszcze jesteśmy daleko (to do rodziców – nie przerażajcie się, Europa też ma sporo plusów), ale gdzieś tam w głowie różne myśli sobie kiełkują... To, że człowiek coraz bardziej widzi siebie tutaj na stałe wiąże się chyba też z tym, że z czasem samoistnie buduje się to codzienne życie (na które nie narzekam), rozrasta się też krąg otaczających cię ludzi i jakoś tak jesteś coraz bardziej i bardziej u siebie. To zajmuje czas, nie dzieje się w ciągu miesiąca (to już nie czasy studenckie, kiedy to wystarczało kilka imprez i otaczała człowieka masa znajomych), ale po tym czasie, jaki jesteśmy w NZ, mam już z kim wyjść do kina (ostatnio byłam na „The Blind Side” z oskarową rolą Sandry Bullock – polecam), jest z kim umówić się na kawę, czy na weekendowy wypad, a Michał coś mi znika ostatnio na jakieś wieczory filmowe lub sesje gier komputerowych w towarzystwie kolegów geeków. Zataczamy już nawet tutaj kręgi i trafiamy na ludzi, na których już wcześniej się natknęliśmy – wybrałam się ostatnio na coffee group i prowadzącą okazała się być Helene (od niej i Kurta wynajmowaliśmy nasze pierwsze mieszkanie tutaj). Ogólnie rzecz biorąc nie jesteśmy już tutaj w żadnym wypadku sami i bardzo dobrze się z tym czuję :)
Każdy, kto kiedyś wyjechał w nowe miejsce wie, że nawiązywanie znajomości jest procesem, w którym bardzo sprzyjającym elementem jest posiadanie wspólnych cech, zainteresowań itp., coś musi cię łączyć z innymi. Kiedy jest się poza krajem rodzinnym, w szczególności w miejscu tak odległym od stron rodzinnych, okazuje się, że taką wspólną cechą może być po prostu bycie Polakiem. I nie chodzi wcale o to, że zamykasz się na kontakty z innymi narodowościami, że nie chcesz integrować się z tubylcami itp., ale po prostu łatwiej i szybciej jest „złapać wspólny język” i po spotkaniu wymienić się numerami telefonów ze „swoimi” :), co przecież i tak nie wyklucza kontaktów z innymi ludźmi. A ponadto jak to bywa na emigracji, każdy Polak prędzej czy później tęskni (chociaż odrobinę) za kapustą kiszoną, ogórkami kiszonymi, dobrym chlebem, czy twarogiem i rodacy przydają się jako cenne źródło informacji o miejscach gdzie takie rarytasy można zdobyć ;) (chociaż z doświadczenia wiem, że pod tym względem pomocni są też Rosjanie).
Tak więc grono naszych znajomych to w sporej części Polacy, choć oczywiście nie wyłącznie (w Niemczech też tak było). Jak już wspominałam w poprzednich wpisach, ostatnio przekonujemy się, że jest tu nas nie tak mało jak wcześniej mi się wydawało. Jak gdziekolwiek na świecie, miejscem gdzie najlepiej się udać w poszukiwaniu Polaków jest kościół. Tutaj w Auckland są polskie msze co niedzielę i kościół podobno nie świeci pustkami. Może dlatego tyle czasu zajęło nam natknięcie się na Polaków, bo działo się to innymi drogami, nie za pośrednictwem kościoła... W żadnym wypadku nie znamy jakiejś szerszej społeczności Polaków w Auckland, ale mam kilka swoich obserwacji i przemyśleń (całkowicie prywatnych i nie popartych żadnymi badaniami itp., ale może trafnych) na temat tych, co tu trafiają.
Nowa Zelandia nie jest jakimś niesamowicie popularnym miejscem emigracji Polaków, chociaż mam wrażenie, że wśród ludzi naszego pokroju (nasza grupa wiekowa, podobne zawody) zaistniała trochę bardziej w ostatnich latach. Z moich obserwacji wynika, że jest ileś cech wspólnych Polaków, którzy tu przyjeżdżają. Przede wszystkim nie jest to emigracja stricte zarobkowa (są lepsze i łatwiejsze miejsca do wyjechania w celu zarobienia kasy), ale z drugiej strony nie jest tak, że chwytamy się tutaj każdej, nawet mało płatnej pracy, bo jednak emigracja ostatnich lat to raczej wykwalifikowani specjaliści, którzy już mieli szansę pracować za konkretne pieniądze, nawet w Polsce. Polacy tutaj (ci z nowszych fal), to ludzie, którzy niekoniecznie uciekli z Polski w poszukiwaniu jakiegoś lepszego świata, bo w kraju totalnie nie dało się żyć, ale też swoje zastrzeżenia co do Polski mają. Wybierając Nową Zelandię (bo zazwyczaj jest to świadomy wybór, ludzi nie rzuca tutaj czysty przypadek, no poza motywami sercowymi) jako miejsce emigracji, kierujemy się chyba przede wszystkim chęcią zdobycia nowych i ciekawych doświadczeń i ogólnie panuje nastawienie typu „czemu nie spróbować, jakby co można zawsze wrócić”. Znamy język, nie potrzebujemy pomocy w stawianiu swoich pierwszych kroków u Kiwi. Oczywiście, jak każdy imigrant w Nowej Zelandii (jakiegokolwiek pochodzenia), przyjeżdżamy tutaj początkowo tylko na jakiś czas, potem różnie się to kończy :) Polacy, którzy trafiają do NZ, to też w sporej części ludzie, którzy „zaliczyli” już jakąś emigrację (mogła to być Wielka Brytania albo Australia) i mają już jakieś doświadczenia z osiedlaniem się w nowym miejscu, szukaniem pracy itd., lub ludzie z globalnych firm, podróżujący sporo po świecie, przez co łatwiej jest się im zdecydować na taki dziwny ruch, jak wyjazd na koniec świata. Ponadto gdzieś się trzeba było o tej NZ dowiedzieć :)
Jak teraz to czytam, to widzę, że w sporej mierze opisałam siebie, ale chyba też trochę tacy są inni tutejsi „emigranci z wyboru” :)
Ja od jutra wracam już tak trochę do pracy, znaleźli dla mnie w firmie jakieś nowe zadania i nie wiem jak to teraz będzie z tym moim blogowaniem, bo jednak czas, jaki dziennie mogę przeznaczyć na siedzenie przy kompie, jest mocno ograniczony. Ale wszystkim, którzy regularnie czytają te moje przydługawe wpisy obiecuję, że będę się starać raz na jakiś czas coś skrobnąć. Tak więc do następnego :)

wtorek, 1 czerwca 2010

O feijoa

Dzisiaj mamy z Emilkiem miły i bardzo jesienny kiwi-klimat. Za oknem pada, w domu natomiast intensywnie pachnie owocami feijoa, które bulgocząc sobie w garnku powolutku zmieniają się w pyszną konfiturę. Nie będzie dzisiaj tych pyszności za dużo, ale na poranne tosty będzie przez kilka dni jak znalazł no i jakieś ciasto może też uda mi się zrobić. Może jeszcze przed końcem feijoa sezonu kupię tego trochę więcej i kilka słoiczków się zaprawi, bo potem nie ma wiele w tym smaku w sklepach poza feijoa napojem w formie smoothie, który i tak nie zawsze można dostać.
Zapach i smak feijoa będzie mi się już na zawsze miło kojarzył z jesienną Nową Zelandią. Szkoda, że przez internet nie da się przekazać zapachu i smaku :), jedyne czym mogę się z wami podzielić, to zdjęcie:


Smak natomiast mogę tylko opisać: trochę kwaskowaty, słodki, ale nie jakoś bardzo, delikatnie cierpki. Generalnie smak bardzo specyficzny, nie da się go porównać do niczego, co znamy z naszych rejonów. Owoce te początkowo mnie wcale nie zachwyciły (w zeszłym roku mieliśmy tego dużo na ogródku przy domku, w którym mieszkaliśmy), ale po jakimś czasie bardzo je polubiliśmy i feijoa jest teraz dla nas jesiennym rarytasem :)
Feijoa to drzewko, które rośnie sobie w niektórych ogródkach tutaj, często w formie żywopłotu. Owocuje ono raz w roku - jesienią, najsmaczniejsze okazy owoców są późną jesienią. Oryginalnie roślina ta pochodzi z Brazylii, jednak ktoś to kiedyś tu przywlókł i okazało się, że NZ ma idealne warunki, w których drzewko to rodzi duże i smaczne owoce. No i Kiwi to prawie jedyny na świecie naród, który się tym zajada. Poza NZ feijoa można spotkać jeszcze w Kalifornii i w niektórych miejscach w Ameryce Płd. (tak wyczytałam w sieci, gdzie, jak się okazuje, większość stron o tej roślinie jest z NZ). Z ciekawostek, to podobno jednym z częściej wyszukiwanych haseł w google.co.nz. w miesiącach jesiennych jest „feijoa recipes”.
Jak dla mnie feijoa mogłoby być spokojnie takim samym symbolem NZ, jakim jest owoc kiwi (którym nota bene teraz też się zajadamy). Różnica jest taka, że smak kiwi znacie (chociaż tutejsze smakuje trochę lepiej niż to co mamy w Europie), a feijoa to coś, co można sobie posmakować tylko tutaj na miejscu i to tylko przez 2 miesiące w roku.

piątek, 28 maja 2010

Wilgotno, mokro, deszczowo...

Wielka woda już chyba przechodzi w Polsce. Miejmy przynajmniej taką nadzieję i życzę Wam wszystkim tam żeby jak najszybciej przyszło ciepłe i suche lato. Jakieś dziwne czasy się porobiły – katastrofy, wulkany, powodzie, trzęsienia, tsunami... To już drugi raz w ostatnich miesiącach kiedy można było usłyszeć w NZ o Polsce, niestety w kontekście samych złych wydarzeń – najpierw katastrofa, potem we wiadomościach pojawiły się kilka razy zdjęcia z zalanej południowej Polski.
U nas też mokro się zrobiło i biorąc pod uwagę, że zbliża się zima jeszcze trochę wilgoci zażyjemy w najbliższych miesiącach. Mieliśmy ostatnio (cała NZ) bardzo ciężkie ulewy, są i zniszczone drogi, mosty, i zalane farmy, ale wszystko to nie na taką dużą skalę, w końcu Nowa Zelandia to niezbyt gęsto zaludniony kraj i na terenach, które najbardziej ucierpiały nie ma miast itp. A teraz na płd. wyspie pojawił się nawet śnieg! (wcześnie jak na NZ). U nas w Auckland chyba już te wielkie deszcze przeszły, ale cały czas sporo pada i codziennie kilka razy można przemoczyć się do suchej nitki, a o wywieszeniu prania na dwór nie ma co marzyć. Na szczęście jest całkiem ciepło (w dzień 16-18 st.), słoneczko codziennie raz na jakiś czas wygląda, zdarzają się też całkowicie słoneczne dni z błękitnym niebem, tak więc nie jest źle.
To już nie pierwsza nasza pora jesienno zimowa i wiem, że czeka nas teraz permanentna walka z wilgocią (już się zaczęła, siedzę sobie teraz w towarzystwie szumu odwilżacza, który chodzi non stop), ręczniki, które nigdy nie są ostatecznie suche, jakieś mrówki, które wyłażą jak tylko trochę popada, ciepłe piżamy, dzieci ubrane w kilka warstw ciepłych ciuchów do spania i produkowanie elektrycznymi grzejnikami ciepła, które bardzo szybko ucieka z tych nieszczelnych kiwi domków. Wiem też z zeszłorocznych doświadczeń, że najlepszym sposobem na rozgrzanie się jest wyjście z domu i ruch na powietrzu, to też zaczęłam ostatnio z tego korzystać – jeśli tylko nie pada, rano, przed wyjściem chłopaków funduję sobie półgodzinną przebieżkę – jeśli tylko się przełamiesz, wyjdziesz z łóżka, to zastrzyk energii i dobre samopoczucie gwarantowane na cały dzień :) Ponadto jak jesteś na dworze, jak tylko się przejaśnia, to wybacza człowiek wszystko temu krajowi, bo powietrze świeże, zieleń, zapachy, kwitnące kwiaty (co z tego, że idzie zima, roślinki się i tak zielenią) no i często można się załapać na piękne, ogromne tęcze (jedna taka ostatnio wyrosła z drzewa jakieś 20 m ode mnie, nigdy jeszcze czegoś takiego nie widziałam – piękna sprawa).



Jeśli chodzi o nasze dzieciowe tematy, to zaczęliśmy wreszcie na całego tymonowy toilet training. Pierwsze próby pozbycia się pieluch były już podejmowane ponad pół roku temu (nawet z małymi sukcesami), ale nie byliśmy wystarczająco konsekwentni i do teraz synek korzystał sobie z dobrodziejstw pieluch. No ale już wystarczy, od prawie 2 tygodni pielucha to tylko luksus na czas spania. Przedszkole nas wspiera, zmieniają mu tam kilka razy dziennie przemoczone ciuchy no i walczymy :) Ciężki z niego przypadek, nikomu życia nie ułatwia, ale jakoś przez to przejdziemy, już jakieś postępy są. Dobrze, że przedszkole nie robi z tego problemu i też chce uczestniczyć w całym tym zamieszaniu. Z takich ciekawostek przedszkolnych, to otrzymaliśmy od nich ostatnio bardzo ciekawy „dokument”:


Sytuacja wyglądała następująco: synek podczas zabawy uderzył się mocno w głowę - biegł i walnął w drzwi. Nic nadzwyczajnego, zdarza się. Zasady jakie mają nakazują im jednak napisanie raportu, który mówi co się dokładnie wydarzyło, kiedy i jakie środki zostały przedsięwzięte w celu załagodzenia sytuacji (w tym przypadku przytulanie, głaskanie, okłady z lodu i jakiś kremik). No i rodzic/opiekun ma to podpisać i zaświadczyć, że został poinformowany co się wydarzyło. Podpisane i cała sprawa już nie istnieje (z pewnością dla Tymona), ale raport z wypadku na pamiątkę mamy :)
Ja natomiast ostatnio zakochałam się już tak totalnie w tym naszym drugim maluchu. Emilek jest cudownym maleństwem, zadowolonym, uśmiechniętym i nieziemsko spokojnym i cierpliwym. Zazwyczaj grzecznie i spokojnie jakimś jęknięciem daje znać, że czas karmienia, przewijania itp. i cichutko sobie czeka aż ja np. skończę jeść, aż skończymy zajmować się Tymonem, aż wypiję kawę... Znosi też ze stoickim spokojem wszelkie zaczepiania Tymona, jego krzyki, nieustające gadanie i cały ten zgiełk jaki ten jego szalony starszy brat produkuje. Oczywiście zdarza mu się popłakiwać, ma jakieś tam bóle brzuszka czasami, ale znosi to wszystko bardzo dzielnie i ogólnie nie ma z nim żadnego specjalnego zachodu. No i tyle ile się człowiek ma okazję naprzytulać do takiego małego skarba, to już się potem nie zdarza. Z Tymonem możliwe, że było tak samo, ale jakoś tego wtedy nie zauważałam, no bo nie miałam porównania jak to jest ze starszym dzieckiem. A może Emilek to jest po prostu taki wyluzowany i zrelaksowany okaz Kiwi... :)
Dzięki temu, że mamy już jakoś opanowaną tą naszą małą dzieciarnię i zostawienie ich na kilka godzin u znajomych jest możliwe, oraz że są znajomi chętni do wyświadczania takich przysług :), udało się nam nawet wyjść w ostatni weekend do teatru. Byliśmy na świetnym musicalu rodem z Broadway’u. Super rozrywka, rewelacyjnie zaśpiewane i z pomysłem (tytuł "Avenue Q"). W przedstawieniu, obok aktorów, występowały kukiełki podobne do tych, które wszyscy znamy z ulicy sezamkowej. Nie było to jednak w żadnym wypadku przedstawienie dla dzieci – dorosła tematyka, dorosły język i nawet sceny łóżkowe :) Trochę zapomniałam już jak to jest fajnie się trochę czasami ukulturalnić. Na takie rzeczy nigdy nie należy żałować kasy i my obiecujemy sobie, że jak tylko nadarzy się kolejna okazja, to na coś ciekawego się znowu wybierzemy.
I jeszcze jedna ciekawostka – zaroiło się coś ostatnio wokół nas od Polaków, spotykamy ich nagle na każdym kroku (dzisiaj np. w biurze turystycznym obsługiwała nas Polka). Nie wiem o co chodzi, przez cały ubiegły rok spotkaliśmy tylko jedną osobę z Polski, a teraz nagle tłumy. Może powiększa się tutejsza Polonia? No ale o tym to już w jakimś kolejnym wpisie.

piątek, 14 maja 2010

O przedszkolu

Tymon w przedszkolu ma założone swoje portfolio, do którego raz na jakiś czas wpisywane są różne historyjki z jego codziennego życia tam, obserwacje dotyczące jego rozwoju, mocnych i słabych stron itp. Nie jest to żaden oficjalny dokument, ale takie portfolio na przykład „idzie” za dzieckiem do szkoły. Ostatnio wzięliśmy je sobie do przejrzenia. Fajna sprawa, nie jest to w żaden profesjonalny sposób edytowane, ale daje odrobinę wglądu w synka przedszkolne życie i można się uśmiechnąć kilka razy jak się czyta. Są jakieś zdjęcia, są historyjki o codziennych aktywnościach Tymona, można dowiedzieć się z kim się tam przyjaźni, w co się bawi itd. Na razie nie jest to rozbudowana książka, bo założyli to dopiero 2 miesiące temu, ale widać, że będzie się rozwijać, bo nauczyciele zapisują skrupulatnie na karteczkach swoje różne obserwacje dotyczące synka. Wygląda to w skrócie tak:



Na pewno będziemy mieć z tego fajną pamiątkę :) Nie odkrywają tam oczywiście żadnej Ameryki, zaobserwowali np. że Tymon najbardziej lubi bawić się klockami wszelkiej maści, buduje bardzo zaawansowane konstrukcje (oni nawet nie mają pojęcia co to jest, ale my z domu wiemy, że są to myjnie samochodowe, garaże, baseny, parkingi, windy, roboty, aparaty fotograficzne itp.), sortuje wszystko wg sobie tylko znanych systemów, układa puzzle i dopasowuje kształty. Wszystko to na całkiem zaawansowanym poziomie i planują go w tym kierunku rozwijać i stymulować – dostał już podobno do zabawy bardziej zaawansowane klocki ze starszej grupy :)

Ogólnie wysłanie synka do przedszkola było bardzo dobrym pomysłem pod każdym względem. Kompletnie nie widzę siebie w domu z dwójką małych dzieci i moje wyrazy szacunku dla wszystkich mam, które to robią. Ale w naszym przypadku przedszkole nie spełnia tylko funkcji opieki nad dzieckiem, dla nas istotne było też aby synek się trochę uspołeczniał i żeby uczył się angielskiego. Uspołecznianie jakoś idzie, Tymon jak najbardziej akceptuje towarzystwo innych dzieci, podobno coraz częściej bawi się ze swoimi kolegami i nawet organizuje innym zabawy (np. w strażaków czy w coś na kształt berka). Jego angielski natomiast rozwija się rewelacyjnie. Z nauczycielami i innymi dziećmi komunikuje się bezbłędnie, takie nas przynajmniej słuchy dochodzą :), a jednymi z jego ulubionych zdań są What’s this? i What are you doing? / What’s happening?, dzięki którym uczy się więcej i więcej nowych słów i zwrotów. W naszym towarzystwie obok polskiego (oczywiście to jego główny język w jakim mówi do nas i tak ma być) przemyca coraz częściej i więcej angielskiego. Jest tego bardzo dużo, mówi całe zdania, śpiewa kawałki piosenek i nie raz powoduje, że zwijamy się ze śmiechu, kiedy np. komentując coś stwierdza: Oh, that’s creepy, albo It’s amazing. Jego wymowa jest czasami dla nas niezrozumiała i bez szerszego kontekstu, nie zawsze go rozumiemy, ale jedno jest pewne – mówi po angielsku w wydaniu Kiwi! Dla ilustracji mała scenka rodzajowa:
Synek ogląda książeczkę i opowiada co jest na obrazkach. W pewnym momencie mówi „o, ig” (zapisuję tak, jak się wymawia). Nie mam pojęcia co to znaczy, więc patrzę na rysunek, a tam jajko. No bo tutaj „e” nie wymawia się tak jak powinno się wymawiać, tylko z jakiejś dziwnej przyczyny Kiwi wymawiają je jak „ee” (po polsku „i”).
Wniosek z tego wszystkiego potwierdza, że dziecko uczy się języka (tego, którym mówią rodzice jak i obcego) kompleksowo i opanowuje obok słów i zwrotów także akcent, wymowę, intonację. Wszystko to jest naprawdę ciekawe i obserwowanie Tymona zaczynającego mówić po angielsku sprawia mi naprawdę frajdę :) A z ciekawostek wspomnę jeszcze o tym, że Tymon też zostawia ślad po sobie w tym jego angielskojęzycznym otoczeniu – Michał miał okazję słyszeć ostatnio jak jeden chłopczyk bawiąc się z Tymonem użył polskiego słowa!

Czyli, jak już wspominałam, przedszkole to dla nas idealne rozwiązanie i ma masę zalet. Jednak jest też jedna wada, mianowicie nie jest to tanie rozwiązanie. Tutaj placówki oferujące całodniową opiekę nad dziećmi są prywatne i płatne, dzieciom poniżej 3-go roku życia nie przysługują jeszcze żadne dofinansowania, tak więc posyłając dwulatka do przedszkola trzeba liczyć się ze sporym kosztem. No ale musimy wytrwać do trzecich urodzin synka, a poza tym, to i tak wiem że jest to wydatek warty poniesienia i na pewno nie chcę z niego zrezygnować.
Kiedy szukaliśmy przedszkola dla Tymona sporo czasu zajęło mi zrozumienie systemu opieki nad małymi dziećmi (early childhood education) w Nowej Zelandii. Cały czas nie ogarnęłam jeszcze tego w 100%, ale chyba wiem już mniej więcej jak to tutaj działa. Jedna wielka zaleta systemu edukacji w NZ jest taka, że szkoła zaczyna się od 5-go roku życia (trwa do 18 roku życia = 13 lat), czyli nie ma człowiek aż tak wielu lat do pokrycia opieką przedszkolną (ja osobiście jak najbardziej popieram jak najwcześniejsze posyłanie dzieci do szkoły). Kiedy zaczęłam interesować się tematem przedszkoli, na wstępie trzeba było przebrnąć przez terminologię. Ja używam tutaj po prostu słowa przedszkole, ale określenia z jakimi się człowiek spotyka i musi je sobie jakoś rozróżnić i pogrupować co jest co i na jakich zasadach działa to: daycare, childcare centre, erly childhood centre, preschool, educare, learning centre, kindergarten, crèche, playcentre. Dużo w tym niepotrzebnego zamieszania wynikającego z tego, że w NZ jest masa ludzi z innych anglojęzycznych krajów (GB, RPA, USA, Australia), które to mają swoje własne określenia oraz z tego, że prywatne placówki mogą siebie nazwać jak sobie życzą. No, ale to co mi się udało ustalić to, że tylko 3 ostatnie wymienione wyżej pojęcia określają coś odmiennego, natomiast wszystkie inne nazwy można uznać za jedno i to samo. I to właśnie, jak się okazało, czegoś w stylu childcare centre poszukiwaliśmy.
Słowo kindergarten, które przychodzi mi pierwsze na myśl, kiedy mówię o przedszkolu oznacza tutaj miejsce, które jest placówką edukacyjną dla małych dzieci, prowadzoną przez wykwalifikowanych nauczycieli, ale nie jest to niestety opcja dla pracujących rodziców, którzy chcą mieć zapewnioną całodniową opiekę nad dzieckiem. Do kindergarten (w skrócie kindy)dziecko może uczęszczać dopiero od 3-go roku życia, zaletą jest fakt, że zazwyczaj nic się nie płaci za tą usługę lub opłata jest bardzo niska, wadą natomiast jest to, że nie jest tak łatwo zdobyć tam miejsce dla swojego dziecka (spore listy oczekujących) oraz, że placówki te działają w sesjach przedpołudniowych i popołudniowych, czyli wysyła się tam dziecko na ok. 3 godziny dziennie i to tyle. Takich rozwiązań zapewniających małym dzieciom edukację i kontakt z rówieśnikami jest tutaj więcej. Na każdym osiedlu/dzielnicy funkcjonuje sporo grup organizowanych przez społeczność, biblioteki, kościoły, Plunket (playgroups, spotkania muzyczne, spotkania z wierszykami i piosenkami itd.), tak więc każdy rodzic, który nie chce tylko siedzieć z dzieckiem w domu, ale zapewnić mu trochę rozwoju w grupie rówieśników ma bardzo dużo opcji do wyboru. A jeśli chcesz mieć kilka godzin w tygodniu (niestety to max) dla siebie bez posyłania dziecka do płatnej placówki, to trzeba znaleźć coś co się nazywa playcentre, zaangażować się trochę w ich działalność (są to miejsca prowadzone przez rodziców) i po jakimś czasie można tam zostawić malucha raz na jakiś czas.
Kiedy wiedzieliśmy już jakiego rodzaju miejsca szukamy, był to dopiero wstęp, bo tych centrów dla dzieci jest tutaj bardzo dużo i cały czas, jak grzyby po deszczu, wyrastają nowe. Wynika to chyba z faktu, że po pierwsze jest tu sporo młodych rodzin i na takie usługi jest ogromne zapotrzebowanie, a po drugie od kilku lat (dopiero!) działa rządowy program dofinansowujący 20 godzin tygodniowo dla 3 i 4-latków, dzięki czemu cena staje się dla rodziców możliwa do opłacenia. Wybór spośród tej masy miejsc oczywiście trudny, trzeba wziąć pod uwagę lokalizację i cenę (z którą można zapoznać się zazwyczaj dopiero kontaktując się z daną placówką) oraz masę innych czynników takich jak czy są grupy dla dwulatków, jakie są godziny sesji (Tymon nie chodzi na cały 8-godzinny dzień tylko na 6,5 h), czy serwują dzieciom jedzenie, czy też trzeba przygotowywać codziennie lunchbox samemu (tutejsze mamy są w tym mistrzyniami, ale mi się taka idea nie uśmiechała) itd. Po zapoznaniu się z ofertą różnych placówek i odwiedzeniu kilku żeby zobaczyć na własne oczy jak to jest zorganizowane (a bywa różnie - warunki od domów dostosowanych do prowadzenia przedszkola po specjalnie zaprojektowane w tym celu budynki) wybraliśmy najbardziej optymalną dla nas ofertę. Okazało się potem, że dostaliśmy jakąś specjalną promocyjną cenę (35 NZD za 6,5-godzinny dzień z wyżywieniem), która dla nas i tak wydaje się być wysoka i nie wiem czy bylibyśmy w stanie płacić więcej. Z wolnymi miejscami nie ma raczej kłopotów, chociaż niektóre przedszkola, pomimo wysokich cen mają kolejki oczekujących. Tak więc koniec końców mamy synka przedszkolaka, za pół roku cena dzięki dopłacie trochę nam spadnie, czyli wszystko gra – i synek i rodzice są bardzo zadowoleni z obecnej sytuacji.
Ten sześciogodzinny dzień pobytu w przedszkolu jest całkiem fajnym rozwiązaniem, które wdraża dzieci już w system szkolny – tutaj wszystkie dzieci chodzą do szkoły codziennie w takich samych godzinach, od 9:00 do 15:00/15:30, co widać bardzo wyraźnie w tych godzinach w okolicach szkół, kiedy to niesamowite masy dzieciaków w szkolnych strojach wylegają na ulicę i robią się nawet korki powodowane przez tzw. taxi mums odbierające swoje dzieci ze szkoły. Ogólnie moim zdaniem przedszkole jest bardzo istotnym przygotowaniem do szkoły i tutaj bardzo silnie zaleca się aby każde dziecko korzystało z jakiejś formy edukacji przedszkolnej. Opcji jest na szczęście dużo i każdy coś tam dla siebie może znaleźć.

środa, 12 maja 2010

Boy i Poi E

Jestem w trakcie produkowania kolejnego dłuższego wpisu, ale idzie mi jakoś bardzo ślimaczo, a w międzyczasie zbierają mi się inne tematy, więc dzisiaj krótko o moim ostatnim spotkaniu z kulturą maoryską. Obecnym hitem kinowym w NZ jest rodzimej produkcji „Boy”. Dzięki temu, że Michał jest jak najbardziej współpracujący i zostanie z dzieciami w domu nie jest dla niego problemem, zaliczyłam w ostatni piątek bardzo udany wypad do kina właśnie na ten film. Dobra i w żadnym wypadku nie głupia komedia. Akcja dzieje się w 1984 r, w jakiejś oddalonej sporo od jakiegoś większego miasta wiosce, w której żyją Maori. Jest barwnie, śmiesznie, biednie, głośno, ludzie wydają się być trochę szaleni i wszystko bardzo mocno przypomina klimaty jakie my znamy z filmów Kusturicy o Cyganach (jakoś tak jest, że wszędzie na świecie te bardziej wykluczone grupy społeczne żyją w bardzo podobny sposób). Film mocno polecam, nie wiem czy będzie do obejrzenia w polskich kinach, ale w sieci na pewno się coś znajdzie. Jako przedsmak obejrzyjcie sobie to wideo:



Jest to montaż 26-letniego klipu "Poi E" wykonywanego przez Patea Maori Group ze scenakmi z filmu. Fajne co? :)

poniedziałek, 3 maja 2010

Na co dzień

Dzisiaj po prostu relacja z tego co u nas słychać. Nic tutaj specjalnego nie wymyślę, bo wszystko kręci się powolutku swoim już utartym torem (miesiąc wystarczył żeby się wdrożyć w nową sytuację) i tak sobie mija dzień za dniem. Ja spędzam sobie ostatnio czas w „towarzystwie” wampirów – podczas karmień i trochę pomiędzy nimi przeczytałam pierwszą część „Twilight”, którą dorwałam w wersji niemieckiej w bibliotece (jak znalazł żeby odświeżyć sobie trochę język). Jeśli nie macie pomysłu co sobie przeczytać, polecam, przyjemna rozrywka.
Nasz kiwi synek dostał jakiś czas temu swój nowozelandzki akt urodzenia. Będzie z tego fajna pamiątka, bo jest to kolorowy dokument z nowozelandzkimi motywami i tekstami w maori:


Niedługo trzeba będzie mu wyrobić paszport, na szczęście znając biurokrację w wydaniu Kiwi powinno pójść sprawnie i przyjemnie. Paszport będzie potrzebny, bo plany są (może powinnam napisać były) takie, żeby naszą zimą (waszym latem) uderzyć do Polski na miesięczny urlop. Czekają tam na nas, wszyscy chcą poznać osobiście Emilka i w ogóle byłoby miło. Ostatnio serwisy sprzedające bilety lotnicze są w coraz częstszym użyciu przeze mnie i niestety nie wygląda to różowo. Ten przedziwnie nazywający się wulkan i jego wyziewy narobiły sporo zamieszania i z moich obserwacji wynika, że chmura pyłu z Islandii mocno wpłynęła na ceny biletów (oczywiście w niekorzystny sposób – ceny poszły mocno w górę). W takich momentach, kiedy szuka się biletów i widzi się te horrendalnie wysokie ceny, odczuwa człowiek ten największy minus Nowej Zelandii – to, że jest to kraj naprawdę daleko od reszty świata i wyprawa gdziekolwiek (szczególnie rodziną z dziećmi) wymaga naprawdę sporych nakładów pieniężnych, dużo czasu i wysiłku. Cały czas polujemy na jakieś promocje, ale coraz częściej krąży nam po głowach myśl, żeby za dużo mniejsze pieniądze zrobić sobie egzotyczny, pełen słońca urlop na jakiejś wyspie na Pacyfiku z lagunami, palmami, drinkami owocowymi... No zobaczymy na co się zdecydujemy :)
Emilek miewa się dobrze. Leży sobie teraz obok mnie, bo to bardzo towarzyski człowieczek i nie bardzo da się go zostawić w łóżeczku w pokoju obok :) Przeszliśmy już pod opiekę Planketu (pielęgniarka) i czeka nas teraz pierwsza wizyta u lekarza i szczepienia. Jako, że nie jestem pewna czy synek przybiera odpowiednio na wadze (po Tymonie jestem trochę przewrażliwiona na tym punkcie) obrotna pielęgniarka, która była już u nas na wizycie domowej, umówiła mnie do poradni laktacyjnej, gdzie spędzę sobie cały dzień w przyszłym tygodniu i mają tam ocenić jak idzie to nasze karmienie i jakby co pomóc i nauczyć robić to lepiej. Wszystko jest za darmo, zagwarantowane są przekąski i lunch, można spotkać inne mamy z okolicy, czyli warto skorzystać. Chciałabym zostać przy karmieniu piersią, bo to takie praktyczne. Byliśmy już na kilku wycieczkach z Emilkiem, na jednej to nawet tylko z nim (Michał miał wolne z powodu nadgodzin jakie wyrobił, a Tymon był w przedszkolu) i widzę, że takie maleństwo to tak mało zachodu! Trzeba tylko nakarmić, przewinąć, przytulić i śpi. Lekkie to, można wszędzie je zabrać, nie trzeba nosić dodatkowego jedzenia i picia. Nie wiem skąd bierze się przekonanie, że jak chce się gdzieś jechać, coś zrobić itp. to lepiej poczekać aż dziecko trochę podrośnie. Im mniejsze dziecko tym wszystko jest dużo łatwiejsze, potem z każdym miesiącem tylko trudniej. Widzę to teraz bardzo wyraźnie i nawet patrząc na ile byliśmy mobilni rok temu, kiedy tu przyjechaliśmy (Tymon miał 16 miesięcy) w porównaniu do teraz, kiedy jest starszy, cięższy, ma coraz wyraźniejsze swoje zdanie, które potrafi wyegzekwować, mogę wszystkim z czystym sumieniem poradzić żeby nie odkładali różnych swoich planów na „za jakiś czas kiedy dziecko podrośnie”. Uwierzcie mi, będzie tylko trudniej :)
Ale z takich głównych wydarzeń w ostatnim miesiącu, to muszę wspomnieć o nowych znajomościach. Nasze skromne grono znajomych poszerzyło się ostatnio o dwie przemiłe rodzinki świeżo upieczonych polskich imigrantów :) (pozdrawiam Was, jeśli czytacie). Był już wypad na plażę, była polska majówka z grillowaniem na Piha i najprawdopodobniej będzie jeszcze dużo więcej wspólnych wycieczek i spotkań.




Fajnie przypomnieć sobie, patrząc na nowych przybyszów, jak tutaj jest fajnie. Bo ogólnie Nowa Zelandia wypada raczej korzystnie na tle Polski chyba pod każdym względem i to, że późną jesienią jest cały czas tak ciepło i ładnie, i że jest gdzie wyjść z dzieckiem na kilkugodzinny spacer gdziekolwiek się mieszka itd. nie może się nie podobać. No i życzę wszystkim świeżo przybyłym do NZ aby odkrywali jak najwięcej fajnych rzeczy tutaj, żeby się tu łatwo zadomowili i korzystali jak najwięcej ze wszystkich zalet jakie oferuje kraj kiwi.

środa, 14 kwietnia 2010

Dwa synki

No i mamy od ponad dwóch tygodni dwójkę dzieci w domu :) Jedno z tych dzieci to ponadto mały Kiwi!!! (okazuje się, że Emil z automatu będzie miał paszport NZ – fakt że jesteśmy rezydentami i że dziecko urodziło się w NZ wystarczy). Poród wydaje się już odległą przeszłością. Dla mnie teraz centralnym punktem domu jest kanapa, która już się trochę wysiedziała po dwóch tygodniach karmienia, a najważniejszym zagadnieniem jest ogarnąć jakoś tą nową sytuację i zorganizować sobie wszystko trochę od nowa, bo jednak mieć dwóch synków to kompletnie coś innego i dużo bardziej wymagającego niż jednego. Ja czuję się zadziwiająco dobrze jak na tak krótki czas po porodzie, tym razem wróciłam do normy ekspresowo i już mam ochotę ćwiczyć, chodzić na spacery, ale jeszcze nie ten etap z dzieckiem, które jeszcze ma całkowicie nieuregulowany dzień i wymaga permanentnego karmienia, czyli mojego siedzenia na kanapie. Jest trochę tak, że teraz mamy z Michałem po jednym dziecku do obsługi. To mniejsze wymaga mniej zachodu, ale to przy nim nie da się nocy przespać (to dotyczy tylko mnie, Michała nic nie jest w stanie obudzić poza kopniakiem, no i on dziecka nie nakarmi). To większe znika na sporą część dnia do przedszkola, ale jak przychodzi weekend, to daje popalić swoją gadatliwością, ruchliwością i ogólnym wymaganiem permanentnej uwagi skoncentrowanej wyłącznie na nim. Udaje nam się jakoś mieć wszystko pod kontrolą. Michał jak na razie nie wziął nawet ani dnia urlopu, chodzi do pracy na 6 godzin i resztę odrabia w domu. Jakoś to działa, jesteśmy ogólnie padnięci, ale podobno w naszym wieku i tak ma się najwięcej sił na małe dzieci no i potem się to zmęczenie zapomina. Zobaczymy.
Tytuł tego wpisu nie jest przypadkowy - to tekst Tymona, którym komunikuje on chęć przytulenia się do rodzica, który w danym momencie trzyma małego Emila na rękach. Wygląda to mniej więcej tak:


i myślę, że całkiem dobrze opisuje naszą obecną sytuację – po prostu naszym życiem zawładnęły „dwa synki” i już :)
Fakt, że jesteśmy w tej nowej sytuacji w Nowej Zelandii, a nie gdzieś bliżej stron rodzinnych, nie wpływa jakoś specjalnie na to co się u nas dzieje, wszędzie przecież przechodzi się przez to samo. Jedyna różnica, to że nie mamy pomocy bliskich, którzy by się przydali żeby raz na jakiś czas zabrać tego starszego synka i dać nam trochę wytchnienia. Ale według zasady „co nas nie zabije, to nas wzmocni” jest szansa, że będziemy mieli co wspominać i będziemy mogli być dumni, że poradziliśmy sobie sami w tak dalekim świecie. Ponadto rodzenie na obczyźnie ma taką zaletę, że po całym tym doświadczeniu, kiedy czujesz, że traktują cię normalnie, jak każdego innego obywatela, kiedy otrzymujesz pomoc i wsparcie w tak ważnym przeżyciu, jakim są narodziny dziecka, zaczynasz czuć, że jesteś u siebie, że wszyscy cię tu akceptują i traktują jak swojego (takie same odczucie miałam po porodzie w Niemczech). To, że jesteśmy daleko od rodziny, to dla mnie jedyny minus rodzenia dziecka w NZ. Poza tym jest to kraj jak najbardziej przyjazny rodzeniu dzieci. Jak to wyglądało w naszym przypadku?
Mam to szczęście, że obydwa porody były dla mnie i dla nas naprawdę pozytywnym przeżyciem. Ekspresowo, naturalnie, bez żadnych komplikacji, duże i zdrowe dzieci. Tym razem cała akcja w szpitalu trwała tylko 40 minut. Oczywiście zaczęło się trochę wcześniej w domu, zdążyliśmy skontaktować sę z położną, zadzwonić do znajomej żeby przyjechała do opieki nad starszym synkiem, spakować się ostatecznie i jak tylko Gosia przyjechała ruszyliśmy do szpitala. Byliśmy tam przed położną, przyjęli nas całkowicie bez żadnej papierologii (przez cały pobyt w szpitalu nie trzeba było nic kompletnie wypełniać, podpisywać itp., działa to tak, że wszystkim zajęła się położna, która już kilka miesięcy wcześniej zgłosiła mnie do porodu w tym szpitalu). Wszystko jest tutaj tak zorganizowane, że przez całą ciążę, poród i przez pierwsze 6 tygodni po porodzie nie masz styczności z lekarzem (jeśli nie ma takiej potrzeby, czyli wszystko z tobą i z dzieckiem jest w porządku). Z nami wszystko było w porządku, żadnych lekarzy na oczy jak dotychczas nie widzieliśmy.
No i nad ranem, dokładnie o 04:39, w piątek 26 marca 2010 urodził się ważący 4320 g, mierzący 53 cm Emil.
Jako, że tutejsze nastawienie jest takie żeby wszystko przebiegło jak najbardziej naturalnie, pierwsze pół godziny na świecie synek spędził przytulony do maminego brzucha, ważenie itp. odbyło się na spokojnie dopiero po jakimś czasie. Ogólnie, to tutaj bardzo popularne są porody w wannie, też miałam w planie spróbować, ale nie było mi to dane, Emilek za bardzo spieszył się na ten świat i w takim czasie nawet nie udało by się napełnić wanny wodą :)
Po porodzie przeszłam na oddział położniczy (po angielsku oczywiście te nazwy są zawsze prostsze, nazywa się to po prostu maternity ward – oddział macierzyński). W North Shore jest tylko jeden szpital (o ładnej nazwie Waitemata Hospital), a nie jest to aż tak maleńkie miasto (ok. 300 tys. mieszkańców), tak więc szpital, jak i cała porodówka, są całkiem spore. Na oddziale było kilkadziesiąt kobiet w czasie mojego pobytu, ale totalnie się tego nie czuło. Miałam prywatny pokój, ogólnie warunki super i cały pobyt w szpitalu był jak najbardziej przyjemny. Ale różnił się od tego w Niemczech. Mają tutaj inne nastawienie, mianowicie są bardzo dumni ze swojej polityki przyjazności dla dzieci, która sprowadza się do tego, że dziecko ani na moment nie jest zabierane od mamy, jest cały czas przy tobie, śpi w twoim pokoju itd. W Niemczech też tak było, ale w momencie jak chciałam żeby coś mi pomogli czy zrobili przy maluchu, kiedy chciałam się trochę wyspać itp., to była masa osób chętnych do pomocy i do odciążenia mnie. Tutaj natomiast dziecko cały czas jest z tobą, ale jesteś jedyną osobą zajmującą się nim. Nikt nie pomaga w przewijaniu, przebieraniu, kąpaniu, usypianiu itd. Pierwsza kąpiel Emilka (taka całkowicie pierwsza, bo po porodzie synek został tylko lekko wytarty i owinięty) wyglądała tak, że miła pani przyniosła nam do pokoju wanienkę, powiedziała, że jak chcemy, to możemy synka wykąpać i sobie wyszła. No i oczywiście poradziliśmy sobie z Michałem, bo przecież to są rzeczy, z którymi człowiek w domu i tak będzie musiał sobie radzić. W szpitalu ma być się jak najkrócej, mnie chcieli wypisać już po 2 dniach, co jest tutaj całkowita normą, jeśli wszystko jest OK, udało mi się przedłużyć pobyt o jeszcze jedną dobę, bo aż tak mi się do domu w którym króluje Tymon nie spieszyło :) W domu jest się przez pierwsze tygodnie pod opieką położnej. Wpada ona tutaj do nas, waży Emilka (żarłoczek waży już 4500 g wg danych z ubiegłego tygodnia), ogląda go i mnie czy wszystko w porządku i ogólnie dba o nas i naprawdę mam odczucie, że wszystko jest tu dobrze zorganizowane i mam się gdzie i do koga zwrócić w razie jakichkolwiek problemów. Po 6 tygodniach dziecko i mama przechodzą pod opiekę lekarza (tego ogólnego rodzinnego, żadnych pediatrów i specjalistów nie widujesz) i pielęgniarki środowiskowej.
Z takich ciekawostek dotyczących różnego od naszego podejścia tutaj, to wspomnę jeszcze o tym, że tutaj dzieci aż tak się nie opatula, nie ubiera ciepło itp. W naszym pokoju w szpitalu była całkiem mocno dmuchająca klima, mały sobie pod nią leżał i nikt się tym nie przejmował, gołe stópki i główka to norma. Wynika to chyba z tego, że klimat jest tutaj dużo łagodniejszy i kontakt dziecka ze świeżym, nawet trochę chłodniejszym powietrzem nie jest traktowany jako jakieś specjalne wydarzenie. Drugą ciekawą rzeczą, taką która mi się osobiście dużo mniej podoba, to było to, że przez pierwszy tydzień po porodzie faszerują tutaj człowieka lekami przeciwbólowymi – miałam brać pełną dawkę paracetamolu i ponadto czegoś w stylu voltarenu, co miało działać także przeciwzapalnie. Utrzymują, że to całkowicie dziecku nie szkodzi, można wg nich brać nawet ibuprofen. Ja tam nie wiem, podchodzę do tego po europejsku i raczej nie zapodaję sobie leków jak nie czuję potrzeby ich brania, no ale oni tu tak robią i nic się złego nikomu nie dzieje, czyli widocznie też tak można.
Wiem, że publikuję ten wpis o masie osobistych przeżyć kiedy w Polsce czas wielkiej żałoby narodowej po ostatnim weekendzie i trochę te moje wywody odstają od ogólnego klimatu w kraju. My tutaj jednak aż tak tym nie jesteśmy otoczeni i skupiamy się na osobistych sprawach. Szokujące wieści oczywiście do nas dotarły na bieżąco, w tutejszej TV był to główny news w pierwszy dzień po katastrofie, ale teraz już się o tym specjalnie nie mówi. Można oczywiście poczytać o całym zdarzeniu, artykuły są, ale nie jest już to żaden news na pierwszej stronie. Jest to oczywiście zrozumiałe, to naprawdę ich tu w tym odległym świecie nie bardzo dotyczy. To co zauważyłam, to fakt, że tutaj dużo mniej mówiło się o tym, że samolot leciał na obchody rocznicy Katynia i nie było wcale tego połączenia miejsca tragedii sprzed 70 lat z obecną katastrofą. Najprawdopodobniej poza bardzo mocno zainteresowanymi historią osobami ogół nie ma pojęcia o tym co wydarzyło się w Katyniu. No ale znowu trudno mieć do nich o to pretensje, dla nich tutaj w ogóle II wojna światowa wygląda też trochę inaczej, skupiają się dużo mocniej na tym co się działo na Pacyfiku między Amerykanami i Japończykami. Ogólnie cały nasz pobyt w Nowej Zelandii bardzo mocno uświadomił mi jaki świat jest wielki, różny, że są miejsca i kraje na świecie, które znałam tylko z nazwy, albo wcale i jak można różnie patrzeć na masę spraw, skupiać się na różnych rzeczach, rozumieć różnie w zależności od tego w jakiej części świata się żyje (jest to dla mnie bardzo ciekawe rozszerzenie perspektywy). Wiem, że teraz w Polsce nie mówi się o niczym innym jak o żałobie, pogrzebach, wspomnieniach itd., dlatego mam nadzieję, że mój wpis będzie trochę odskocznią i przez chwilę będziecie mogli poczytać o czymś trochę innym. Pozdrowienia dla wszystkich od całej naszej rodzinki.

sobota, 20 marca 2010

Czekanie

Właśnie minął sobie przewidywany termin mojego porodu. Nic się nie dzieje, mały spokojnie czeka i tak jak Tymon nie spieszy się z wyjściem ze mnie. Mówimy sobie z Michałem, że w ten weekend rodzimy i już. No zobaczymy :) Miałam specyficzny tydzień, to ten czas czekania, nie wiesz czy się za coś zabierać czy nie, chciałby człowiek gdzieś się ruszyć, ale nie wie, czy się nie zacznie za chwilę i tak się to ciągnie. Jestem już w 100% gotowa, w miarę wypoczęta, zrelaksowana (w przeciwieństwie do mojego stanu po przeprowadzce) i nic tylko już rodzić. Tematy w stylu z kim zostawić starszego synka zaplanowane, znajomi oferują pomoc, w pracy Michała też przygotowani na jego krótką nieobecność, nawet dyskutowali o tym na specjalnym spotkaniu :), czyli nie tylko my i rodzina w Polsce czekają :) Mamy też już wszystkie podstawowe rzeczy dla dzieciaczka, częściowo nowe, częściowo używane (udało mi się dorwać pakę ciuszków za grosze na TradeMe), małe łóżeczko (bassinet wielkości kołyski) stoi sobie w sypialni, fotelik do samochodu czeka... Jak sobie przypomnę, to z Tymonem było tak samo, też czekałam w takim zawieszeniu i spokoju. Było trochę więcej wizyt u lekarza, jakiś badań itp., ale to mi akurat nie przeszkadza, że mnie nie ciągają tutaj za dużo na jakieś kontrole, bo czuję, że wszystko jest OK i nie trzeba tego potwierdzać specjalistycznymi aparaturami :)
Od kiedy przeprowadziliśmy się w nowe miejsce, w ramach ogólnego przygotowania się do nowej sytuacji Michał jeszcze intensywniej przejął zajmowanie się Tymonkiem (tak żebym ja miała potem trochę więcej czasu dla nowego synka). No i co tu dużo mówić, mój mąż jest na tym polu po prostu rewelacyjny, mógłby być ekspertem w programach typu „Niania” itp. (całkowita konsekwencja w działaniu i nie poddawanie się manipulacji małego, w czym ten jest mistrzem). Dziecko zostało pięknie uregulowane i ustawione, chodzi sam grzecznie spać codziennie o tej samej godzinie, rano przyzwoicie sprawnie wybiera się do przedszkola i ogólnie jest kochany i daje żyć :) Skumplowali się też mocniej z tatą i synek czasami odwiedza go w pracy po przedszkolu, jak ja nie wyrobię z odebraniem go na czas. Bardzo lubi tam zaglądać, bo jest dużo komputerów, telefony, można sobie obejrzeć fajną bajkę, no i jakieś klocki czy coś do rysowania też się zawsze znajdzie.
To co ja robię teraz, to staram się trochę więcej spacerować, to podobno może zmobilizować szkraba do przyjścia na ten świat. Jest też kilka innych sposobów, z których też korzystamy ;) Warunki do spacerów idealne, nie ma już upałów i nic tylko łazić. Oprócz szwędania się po plaży, zwiedzam wiec sobie też pomału okolicę. Nowe miejsce naprawdę nam się udało. Nie tylko domek i ogródek super, ale też to co wokół bardzo przyjemne. Na naszej ulicy rosną palmy, arukarie, eukaliptusy pięknie pachnące jak jest troszkę wilgotniej i masa innych drzew. Bardzo ładna okolica, blisko boiska i parki, w odległości krótkiego spaceru małe centrum handlowe, community centre, lekarze, szkoły i ogólnie cywilizacja. Mamy widok na city, do plaży to raczej samochodem, ale to nie przeszkadza. Jest mniej stromo niż w ostatnim miejscu, ale nadal nie ma to nic wspólnego z naszym polskim totalnie płaskim :) Chyba warto będzie zrobić sobie rutynę ze spacerowania i po porodzie też codziennie robić jakąś trasę. W ogóle warto będzie wrócić do jakiegoś bardziej aktywnego trybu życia, znowu pochodzić na basen, trochę pobiegać. Już mocno za tym tęsknię :) Michał znalazł sobie sport, który uprawia z przyjemnością raz w tygodniu (no teraz akurat zrobił sobie przerwę). Od początku roku chodzi na lekcje windserfingu i podoba mu się bardziej i bardziej. Ja wiem, że to akurat nie dla mnie, ale coś sobie znajdę :) Możliwości tutaj sporo, trzeba tylko się zmobilizować.
Wspomnę jeszcze tylko o naszych ostatnich doświadczeniach kulturalnych. Nie jest tego wiele, bo głównie to oglądamy filmy i seriale w domu, ale lato jest tutaj okresem, kiedy naprawdę się sporo dzieje i jest się na co wybrać, jeśli człowiek ma ochotę. Przez 2 miesiące Auckland organizuje duży cykl Music in Parks i Movies in Parks. W każdy weekend w lutym i w marcu można wybrać się do jednego z parków i w piknikowej atmosferze posłuchać sobie dobrej muzyki na żywo, czy wieczorem obejrzeć jakiś film. Byliśmy, fajna sprawa. Oprócz tego luty i marzec to czas dwóch ogromnych festiwali dwóch najbardziej istotnych kultur tutaj poza europejską – w bliskim odstępie czasu organizowane są Lantern Festival (połączony z obchodami chińskiego nowego roku – obecnie rok tygrysa) i Pasifika Festival. Odwiedziliśmy obie imprezy. Obie są tłoczne i bardzo popularne, to takie „must do” jeśli mieszkasz w Auckland. Ale też obie bardzo się od siebie różnią, tak jak bardzo różnią się kultura dalekiego wschodu i kultura wysp Pacyfiku (upraszczam, bo nie jest to jedna kultura, ale ogólnie podobne klimaty). Na Lantern Festival tłok w wydaniu azjatyckim, masy azjatów (to akurat widok, do którego jesteśmy przyzwyczajeni), wszyscy gdzieś idą, coś kupują, stoją w kolejkach do setek straganów z jedzeniem wszelkiej maści i tak naprawdę ze wszystkim co sobie wymyślisz. Jest ciasno, ale czuć, że jest to mocno zorganizowane przedsięwzięcie, na którym też sporo osób robi jakiś biznes. Pasifika natomiast wywarła na mnie kompletnie inne wrażenie. Też masa ludzi, ale wszystko jakoś tak bardziej powoli, spokojniej. Różne wyspy mają zorganizowane małe wioski, w których mogą siebie zaprezentować. Tam ludzie po prostu siedzą całymi ogromnymi rodzinami na trawie, słuchają jakiejś muzyki ze sceny, coś tam przekąszą z tego co jest dostępne na kilku stoiskach w każdej wiosce i tak im mija błogo czas w atmosferze mañana, przy dźwiękach ukulele. Azjatów nie ma wcale, za to pierwszy raz widziałam tylu pacific islanders w jednym miejscu (my jednak mieszkamy w kompletnie innej części Auckland, gdzie ich akurat spotyka się dużo rzadziej). Chodzisz po tych wioskach i czujesz, że tu się nikomu nie spieszy (kolejki po jedzenie ogromne, ale obsługa nie wydaje się tym być specjalnie przejęta i pracuje w swoim żółwim tempie), masz wrażenie, że to wszystko jest jakoś zorganizowane, ale tak nie do końca. Nic tylko się wyluzować, usiąść z nimi, nacieszyć się otaczającymi cię kolorami, pooglądać sobie dziewczyny z kwiatami we włosach i super przystojnych brązowoskórych chłopaków występujących na scenie i poczuć trochę tego wyspiarskiego nastawienia do świata.


wtorek, 16 marca 2010

Rocznica

No i minął rok od kiedy wyruszyliśmy z kilkoma walizkami na koniec świata. Co tu dużo mówić, minęło jak z bicza strzelił, nie do wiary, że to już tyle czasu!
Jak już pisałam wcześniej, czujemy się tu już mocno zadomowieni, rok to wystarczająco długo, żeby rozeznać się we wszystkim i zacząć funkcjonować jak u siebie. Nasza ostatnia przeprowadzka pokazała nam też, że już naprawdę mocno obrośliśmy w różne rzeczy, sprzęty i ogólnie dobra materialne (na dodatek człowiek cały czas z jakichś dziwnych przyczyn powiększa zasób otaczających go przedmiotów) i z pewnością w 3 walizki byśmy się teraz nie zmieścili :) Poniżej zdjęcia naszego dobytku rok temu i obecnie (do tej przyczepki wyładowanej lodówką, pralką, kanapą, stołami itp. trzeba dodać fakt, że była ona załadowana 2 razy, a oprócz tego nasze 2 samochody też kilkakrotnie kursowały).



Na szczęście przez ten rok nie tylko obrośliśmy w przedmioty, ale też w sporo doświadczeń, wrażeń, pięknych miejsc itd. i to jest to, co nam z tego wszystkiego zostanie. Plus oczywiście zdjęcia :), które ostatnio sobie przeglądałam (sporo tego) mając teraz trochę więcej czasu (już urlopuję sobie, a synek już pełnoetatowo w przedszkolu).
W ostatnim miesiącu sporo jeździliśmy po North Shore szukając mieszkania, miałam też okazję parę razy pojeździć sobie samodzielnie po city. I tu kolejna oznaka zadomowienia – wszędzie człowiek trafia bez problemu, może jechać na oko i dojedzie, różne adresy, dzielnice, nazwy ulic nie brzmią już obco, pozbyliśmy się nawet GPSa, bo do jazdy po regionie Auckland okazuje się być już całkowicie zbędny.
To, że minął rok oznacza też, że mieliśmy do czynienia już ze wszystkimi porami roku w kiwi kraju. Opisywałam tutejsze warunki klimatyczne w miarę na bieżąco, została mi tylko pełnia lata, która właśnie minęła. Pełnia lata to luty. Był to najgorętszy miesiąc w całym roku, momentami było wilgotno upalnie, ale ogólnie raczej przyjemnie gorąco, temperatura niezmienna, codziennie 24-26 stopni, wieczorem ochładza się do 22 stopni. Z perspektywy tego roku tutaj stwierdzam, że najlepsze miesiące w NZ to styczeń i luty, nawet teraz w marcu już się odrobinę ochładza, no i dzień coś się skraca... Ogólnie nasłoneczniłam się wreszcie porządnie, jestem nawet opalona (chyba pierwszy raz tak gdzieś od 3 lat) i szkoda tylko, że nie było mi dane tego super letniego czasu spędzić trochę aktywniej, no ale może to nie było nasze jedyne lato na antypodach :) To co jeszcze jest mocno charakterystyczne dla pełni lata w NZ to, że jest to najmniej zielona pora roku. W tym wiecznie zielonym kraju, gdzie kwiaty kwitną także zimą, lato, jako najbardziej suchy czas w roku przybiera, głównie na trawiastych terenach, żółte, wyschnięte kolory (tak jak u nas, z tą różnicą, że w naszym klimacie są jeszcze dużo mniej zielone pory roku). Podłączona do Rangitoto wyspa Motutapu, normalnie świeżo zielona, w lutym była całkowicie żółta, tak jak zresztą inne trawiaste wysepki w zatoce Hauraki. Aha i jeszcze jedno letnie wrażenie – permanentnie cykające cykady (czy jakiegoś innego rodzaju świerszczopodobne stwory, a może to jakieś małe ptaszki?...). W jakimkolwiek miejscu z kawałkiem krzaczka, drzewka itp. (o co tu nietrudno, bo bujna roślinność jest po prostu wszędzie), przy domach, przy ulicy, w parku, w mieście i poza miastem, przez 24h na dobę (nie przesadzam, nie ma żadnej przerwy o żadnej porze dnia, czy nocy) towarzyszy człowiekowi całkiem głośne cykanie, czy też brzęczenie (nie wiem jak to nazwać). Ma to mocno letni klimat, ale też momentami uświadamia sobie człowiek, że przez dwa miesiące żyje w swoistym hałasie, którego nie da się usunąć (okna cały czas otwarte).


Co jeszcze mogę powiedzieć po roku tutaj? Jest po prostu dobrze. Mamy wreszcie super mieszkanko (to już nasze czwarte miejsce tutaj), w którym od pierwszych dni czuję się jak u siebie. Nic specjalnie na razie nie planujemy (powroty, przeprowadzki, nowe prace czy kraje), bo po drodze trzeba teraz skupić się na naszej powiększającej się rodzince. Jedno jest pewne, kolejny rok tutaj będzie całkowicie inny od tego minionego. I tak naprawdę to już się nie mogę doczekać, żeby zobaczyć jak to będzie...

sobota, 6 marca 2010

Such a perfect day...

Dzisiaj mieliśmy cudowny dzień. Po całym zamieszaniu i zmęczeniu związanym z przeprowadzką udało nam się zrobić sobie piękną, rodzinną, powolną i wyluzowaną sobotę. W taki dzień samoistnie włącza mi się w głowie piosenka Lou Reed’a „Perfect day”, zaczyna człowiek spokojniej i głębiej oddychać i jakoś tak po prostu dobrze się czuje :)
Jak wygląda taki dzień? Wstaje się później niż w ciągu tygodnia, ale nie przesadnie późno, żeby głowa nie bolała. Warunek konieczny: nie może nad człowiekiem wisieć żadna praca i najlepiej komputera w ogóle nie otwierać. Poranek słoneczny, przyjemny chłodek, który zapowiada ciepły, ale nie upalny dzień. Drzwi na ogród (tak, mamy teraz super fajny, duży, zielony ogród) otwarte od rana, miły powiew świeżego powietrza, słychać jakieś śpiewające ptaszki i różne inne brzęczące i cykające stwory. Pyszne śniadanko ze świeżymi bułkami i preclami, potem trochę zabawy i filmów z zadziwiająco grzecznym i zadowolonym synkiem. Drugi maluch w brzuchu nie męczy, nie uciska i też czuje, że jest fajny dzień. Około południa wyjście na plażę, błękitne niebo i woda, pomimo tego, że słońce w zenicie nie jest gorąco, bo wieje od wody idealnej temperatury wiaterek. Potem kawka i coś słodkiego na ogródku. Leniwe popołudnie, jakaś drzemka. Słońce schodzi już trochę niżej, pięknie na żółto oświetla mieszkanie, można wyjść sobie na dwór i już nie czuć żaru z nieba. Nie ma gotowania obiadu, robimy sobie grilla, gra muzyczka, synek cały czas super zadowolony, biega sobie, bawi się, śmieje, jeździ na motorze, pomaga w robieniu sałatki, zrywa kwiatki... Powoli robi się wieczór, zbieramy się z dworu do domu. Dziecko idzie grzecznie spać. Zostaje nam całkiem spory kawałek wieczoru, jakiś dobry film (zaraz będziemy oglądać, mamy dobrze oceniany „Up in the air” w zanadrzu) i do łóżka :)



Nie piszę tego żeby się chwalić czy coś takiego. Taki dzień i tak gdzieś w człowieku zostaje, ale ja chcę jeszcze sobie to jakoś utrwalić. Bo do takich „perfect days” bardzo chętnie się wraca w mniej idealne dni :)

wtorek, 9 lutego 2010

Po 10 miesiącach u Kiwi

Uświadomiłam sobie ostatnio jeszcze jedną przyczynę tego, że tak rzadko teraz piszę na blogu. Poza wielkim brzuchem i tym, że spędzenie dłuższego czasu przy kompie jest dla mnie ostatnio coraz trudniejsze oraz tym, że jeśli tylko Tymon jest w pobliżu, robienie czegoś nie związanego bezpośrednio z jego osobą jest niemożliwe, dochodzi jeszcze fakt, że my już się tu u Kiwi po prostu zadomowiliśmy (!) Początki to była masa wrażeń, wszystko nowe, wszystko warte opisania, a teraz po tych ponad 10 miesiącach zrobiło się jakoś zwyczajniej. Widoki, plaże, bujna zieleń, czarny piasek itp. są takie codzienne, że zdjęć już się nie chce robić i często nie bierzemy nawet ze sobą aparatu, codzienne spacery w wakacyjnej scenerii to też normalka, a funkcjonowanie tutaj mamy już na tyle opanowane, że masa spraw jest na tyle oczywista, że nie warta opisywania. No taka już kolej rzeczy, że się człowiek do wszystkiego przyzwyczaja i wszystko powszednieje. Ale muszę przyznać, że trochę szkoda, że tak jest, ta początkowa faza fascynacji nowym miejscem jest naprawdę fajna i odrobinę :) mi jej brakuje. No ale teraz nie czas na wielkie zmiany, teraz trzeba przygotować się na nowego członka rodziny, który przecież sam w sobie będzie dla nas nowym przeżyciem :)
Wcale nie jest tak, że nic się ostatnio u nas nie dzieje. Tak naprawdę nowy rok zaczął się całkiem dużą zmianą, mianowicie synek został przedszkolakiem. Jeszcze nie takim pełnoetatowym, ale ma już 3 dni w tygodniu po 6,5 godziny swojego pozadomowego życia, o którym ani mama, ani tata nie mają pojęcia. Cały czas jest w fazie adaptacji, nie jest tak, że biegnie rano do przedszkola jak na skrzydłach, ale też nie jest tak, że nie da się go tam zostawić. Dla mnie to spora zmiana w codziennym funkcjonowaniu – nagle mam ileś godzin bez dziecka w pobliżu (wow! Już zapomniałam jak to jest). Dane mi są tylko 2 takie miesiące, no ale zawsze to coś :) Całe to przedszkole to masa przeżyć dla mnie i dla Tymonka. Każda mama, która przeszła początki zostawiania takiego malucha rano poza domem wie o co chodzi. Synek już w samochodzie stwierdza, że nie lubi przedszkola („Kola lubi nie”) i zaczyna przekonywać swoim najbardziej sugestywnym głosikiem, że jedziemy teraz na zakupy, albo karmić kaczki albo coś jeszcze innego. Potem, kiedy wchodzimy na salę, minka robi mu się w podkówkę, a ja z łamiącym się sercem „uciekam”. Jednak kiedy wracam, synek zazwyczaj jest mocno czymś zajęty, widać, że wcale nie cierpiał jakoś bardzo cały dzień, wita mnie podskakując z radości i w bardzo dobrych nastrojach jedziemy sobie do domu. Można się od niego szczątkowych informacji o tym jak minął dzień dowiedzieć (były fish, birds, kopara, zabawki, dzieci, jadł crackers, bananas...), ale nie są to jeszcze sensowne i spójne wypowiedzi o tym jak to jest w przedszkolu. No ale czego się spodziewać po dwuletnim dzieciaczku :) Coś tam jednak zapamiętuje, bo przynosi do domu nowe słowa po angielsku (hi, bye bye, come back, sit down, feet, oopsy daisy, sorry, enough, good boy, big boy...). Umie już odpowiadać na pytanie „What’s your name”, zna też imiona swoich rodziców (ja jestem na razie Bonga w jego wersji). Ogólnie jeden z naszych celów oddania go do przedszkola – oswojenie się z angielskim – raczej będzie osiągnięty. Poza tym to naprawdę fajne miejsce, ja go zostawiam tam z przyjemnością, bo widzę, że dzieciaczki mają tam idealnie. No i synek nie nudzi się tak jak w domu z mamą, ma się z kim pobawić, buduje, rysuje, lepi zacięcie figurki z playdough, maluje, może bawić się czymkolwiek sobie w danej chwili zażyczy i ogólnie to jest dużo bardziej zadowolony w te dni, które spędził w przedszkolu niż w te dni domowe :) No i dorobiliśmy się już dwóch jego samodzielnie wykonanych prac, które wiszą sobie na lodówce.


Jednak najbardziej konsumującą czas rzeczą jaką ostatnio się zajmowaliśmy było ponowne szukanie mieszkania. W tym co teraz mieszkamy kontrakt kończy nam się z końcem lutego i nie chcemy już go przedłużać (zbyt duża przewaga minusów nad plusami). Zaczęliśmy na spokojnie w połowie stycznia od przeglądania ofert w sieci, orientowania się w cenach itp. Po jakimś czasie zaczęły pojawiać się oferty dostępne w czasie, który nas interesuje no więc zaczęło się na całego. Codzienne jeżdżenie i oglądanie domów z zewnątrz, potem dzwonienie, umawianie się, znowu oglądanie, aplikacje, czekanie na decyzje – szaleństwo. Nie było tak, że nie ma wcale ofert, ale też nie mieliśmy w czym przebierać, bo my już mamy mocno określone wymagania (lokalizacja, standard, ogródek, cena...), tak więc nie było łatwo. Piszę wszystko w czasie przeszłym, bo właśnie dzisiaj została podpisana umowa i będziemy niedługo mieć przeprowadzkę. Trochę to wszystko na wariackich papierach, ja będę tuż przed porodem, nie będę miała za dużo czasu na oswojenie sobie nowego miejsca, ale poradzimy sobie – w końcu zawsze sobie człowiek radzi. Tym razem wynajęliśmy mieszkanie przez agencję. Trafiliśmy na bardzo ruchliwy czas na rynku mieszkań na wynajem (bardzo dużo ludzi szuka teraz), co wiązało się z tym, że musieliśmy przechodzić przez coś w rodzaju procesów rekrutacyjnych! Jedziesz oglądać domek, jeśli jesteś zainteresowany wypełniasz aplikację, musisz zaprezentować się z jak najlepszej strony, załączasz różne dokumenty (np. rejestracja samochodu, rachunki itp.), sprawdzają twoje referencje (dzwonią do poprzednich landlordów) i podejmują decyzję, na którą ty czekasz jak na decyzję o przyjęciu do pracy albo coś :) Widzieliśmy sporo mieszkań nor - grzyb i wilgoć, przewiewne okna itp. to standard tutaj jeśli chodzi o mieszkania na wynajem. Ogólnie jest ogromna przepaść pomiędzy domami, które Kiwi mają na własność – te prezentują się naprawdę dobrze – a domami na wynajem – o te nikt nie dba i są to maszynki do robienia pieniędzy, a nie przyjemne miejsca do życia (taka przykra prawda). Wyjściem byłoby płacenie dwukrotności czynszu jaki teraz mamy, ale na to nas nie stać. Najbardziej idealną sytuacją na jaką chcieliśmy trafić było wynajęcie czegoś od ludzi, którzy mają swój dom i wyjeżdżają na rok lub dwa zagranicę (stąd to głównie do Australii lub UK). Wtedy jest szansa na przyjazny, dobrze urządzony dom. Nawet jedną taką ofertę mieliśmy, walczyliśmy ostro, ale wybrali kogoś innego. Na szczęście już mamy to całe zamieszanie za sobą.
Tak na całego uczestniczyliśmy w tym mieszkaniowym szaleństwie tylko niecały tydzień, ale i tak było ciężko i wiązało się to z jakimś dziwnym stresem itp. No ale teraz będzie relaks :) Planujemy w jakiś weekend skoczyć gdzieś nad morze (trochę dalej od domu) do jakiejś ładnej zatoczki (może Coromandel) i trochę sobie poplażować, popływać w błękitnej wodzie i napełnić się pozytywną energią.

wtorek, 5 stycznia 2010

Świąteczny czas

Dwa świąteczne długie weekendy za nami. Michał miał sporo wolnego, nie robiliśmy żadnych dalekich wycieczek i ogólnie naprawdę poleniuchowaliśmy i wypoczęliśmy. Życzymy wszystkim jak najbardziej udanego Nowego Roku i przesyłamy trochę ciepełka z południowej półkuli.


Cały ten świąteczny czas przyniósł masę różnych obserwacji i był dla nas nowym, trochę „egzotycznym” doświadczeniem. Wiadomo, chodzi o pogodę. Północna półkula pogrążona w mrozach, śnieżycach itp., a my tutaj rozpoczęliśmy na całego okres letnio wakacyjny. I w tej letniej aurze przyszło nam spędzać Gwiazdkę i Sylwestra, co dało ciekawą perspektywę na masę świątecznych tradycji i zwyczajów. Tak więc jak to tutaj wyglądało?
W grudniu dużo się dzieje. Ale nie jest to wyłącznie związane z nadchodzącymi świętami. W grudniu wszyscy planują wakacje, kończą różne sprawy w pracy, dzieciaki kończą rok szkolny i wszystko przestawia się na wakacyjny tryb funkcjonowania. W grudniu zakłada się coraz częściej strój kąpielowy, należy zaopatrzyć się w sprzęt plażowy i sprzęt do grillowania, wszyscy wygrzebują ze swoich garaży, mieszczących tysiące różnych rzeczy, kajaki, deski surfingowe, łódki, wędki i masę innego sprzętu weekendowo-wodnego. Oprócz tego na zewnątrz wszędzie kwitną przeróżne kwiaty, zaczynają latać i brzęczeć muchy, pszczoły, bąki itp. (Tymon już się z różnymi tego typu stworzeniami dobrze zapoznał i jedną z jego ulubionych czynności/zabaw jest „zabijanie ich gazetą”), zakwitają też pięknie na czerwono charakterystyczne dla Nowej Zelandii drzewa pohutukawa, zwane tutaj też Christmas Tree. No i w to wszystko wplecione są święta. I jest to trochę dziwne, bo te święta są tak jakby trochę niepotrzebne, i tak jest przecież co robić. W naszej części świata, skąd pochodzą wszystkie świąteczne tradycje, grudzień to naprawdę nieciekawa pora roku, szaro, ciemno, zimno, nic się fajnego nie robi i umiejscowienie w tym czasie świąt ma sens. Ludzie od listopada się szykują, jest na co czekać, jest coś miłego o czym można pomyśleć i na co się nastawiać. Ozdoby i lampki świąteczne mają wnieść trochę koloru w niekolorowe otoczenie, przyprawy korzenne mają rozgrzać, tak jak pieczenie ciast i całodzienne gotowanie, a Mikołaj jeździ na saniach i jest ciepło ubrany, bo przecież wokół jest śnieg i jest zimno. Tutaj natomiast ozdoby raczej giną w bujnej zieleni i kwiatach, a aby podziwiać lampki świąteczne trzeba czekać do godziny 10 wieczorem (mamy teraz najdłuższe dni w roku). Toteż Kiwi nie ozdabiają jakoś bardzo specjalnie domów, ulic, sklepów itp. Są widoczne akcenty świąteczne w wystroju, ale jest to raczej skromne (momentami też trochę komiczne, bo motyw śnieżynki, sopla lodu, czy bałwanka jakoś tu nie gra). Jest za to jedna ulica w całym Auckland, której mieszkańcy (najprawdopodobniej wspomagani finansowo przez miasto) mają za zadanie przyozdobić swoje domy i ogródki na całego. I wizyta na Franklin Rd jest atrakcją świąteczną - któregoś dnia w okresie około 25 grudnia należy wybrać się tam wieczorem na spacer i podziwiać. Byliśmy i podziwialiśmy i muszę przyznać, że było bardzo ładnie, ale też kompletnie inaczej niż choinki i światełka u nas, bo jednak wieczorny spacer w krótkim rękawku odbiera się inaczej :)



Tradycyjne bożonarodzeniowe potrawy, słodkości i smaki też odbiera się tutaj inaczej. Na tłuste i gorące niekoniecznie człowiek ma ochotę, czekolada (której jest tutaj sporo w sklepach przed świętami) jakoś dłużej leży czekając na zjedzenie, nie trzeba do ciast używać suszonych owoców, miodów i orzechów jako bakalii, bo jest właśnie sezon na truskawki, czereśnie, brzoskwinie itp. Wino grzane (które było takie fajne na Weinachtsmarkt w Ulm) też oczywiście nie wchodzi w grę i nikt się nie bawi w jego przygotowywanie, chociaż globalny Starbucks ma w swojej ofercie specjalne świąteczne kawy z przyprawami korzennymi i cynamonem, które niekoniecznie tutaj mają wzięcie (bardziej popularne są różne wersje frappe).
Jak spędza się tutaj święta? Głównym dniem jest 25 grudnia, jest to dzień na rodzinne spotkanie przy stole, serwuje się wtedy wielką szynkę (nie wiem tego z faktu uczestniczenia w jakimś przyjęciu, ale dlatego, że był to główny towar spożywczy sprzedawany tylko teraz, specjalnie na święta), jest bardziej uroczyście, rano są prezenty itp. i to byłoby na tyle. Potem, w kolejne dni zaczyna się wielkie grillowanie i wakacyjne lenistwo. Albo wyjeżdżasz z rodziną na urlop (bardzo często w warunkach campingowych) gdzieś na jakąś plażę, zazwyczaj masz jakiś basen w zasięgu, serfuje się, pływa, żegluje, kajakuje, wędkuje, wieczorem grilluje i robi się po prostu te wszystkie letnie rzeczy. Jeśli nie wyjeżdżasz, to i tak spędzasz czas nad basenem czy na plaży, bo przecież blisko domu też masz morze, plaże i różne tereny rekreacyjne. Grillowanie i piknikowanie to bardzo ważny element świąt i sezonu wakacyjnego, co ciekawe Kiwi bardzo często nie organizują tych imprez w domu na ogródkach, ale jadą ze wszystkim co możliwe w teren (krzesła, stoły, wielkie grille gazowe, lodówki ...), rozkładają się na trawie pod jakąś pohutukawą i w towarzystwie masy innych piknikowiczów spędzają sobie leniwy dzień na powietrzu. Fajnie.
Nasze święta wyglądały następująco: Wigilia była, skromna, ale zawsze :) Przed Wigilią, kiedy wszystko było już gotowe poszliśmy sobie na spacer do parku i na plażę. Na Wigilię były własnoręcznie robione pierogi z kapustą i grzybami, barszczyk, ryba. Mieliśmy malutką, sztuczną choinkę z robionymi przez Tymonka i Babcię ozdobami, a pod choinką znalazła się masa prezentów i było naprawdę dużo radości, bo patrzenie na malucha podekscytowanego do granic możliwości, rozpakowującego paczkę za paczką to naprawdę frajda. Z ciekawostek, to wśród naszych dorosłych prezentów znalazły się kąpielówki (odpowiednik naszych swetrów, szalików i ciepłych skarpet), kurs windsufingu i prawdziwe drzewko pohutukawa, które zostało zasadzone do wielkiej donicy i ozdabia teraz nasze małe podwóreczko. Kolejne dni spędziliśmy już bardziej w Kiwi stylu – nad basenem przy grillu i na plaży. Kilka zdjęć dla ilustracji.



Wszystko to wygląda fajnie i jest fajne, ale jak dla mnie byłoby tak samo fajnie gdyby to nie były święta tylko po prostu rozpoczęcie wakacji. A Gwiazdka ma dla mnie lepszy klimat u nas, w tym smętnym czasie zimowym, kiedy nic się nie dzieje i święta są odskocznią od tej szarości i zimna. Ale za to powiem, że Sylwester i karnawał jest dużo lepszy kiedy jest ciepło.
Auckland jest pierwszym na całym świecie dużym miastem witającym Nowy Rok. Wcześniej 2010 zaczął się tylko na niewielkich wyspach Pacyfiku. Ciekawe wrażenie rozpoczynać Nowy Rok 12 godzin wcześniej niż Europa. Mocno też uświadamiające, że 1 stycznia to w efekcie taki sam dzień jak inne, w naszej kulturze i naszym kalendarzu jest pierwszym dniem nowego roku i tyle. My żadnej imprezy na ten dzień zaplanowanej nie mieliśmy, ale okazało się, że tutaj wcale żadnej imprezy nie trzeba planować. Skycity organizuje darmową (!) wielką imprezę otwartą dla wszystkich. Trzeba mieć tylko 20 lat i można się bawić na Skytower. My wybraliśmy się do miasta z synkiem, więc na zabawę na wieży się nie załapaliśmy, ale popatrzyliśmy sobie trochę jak Sylwester tu wygląda. Ogólnie w mieście masa ludzi, ubrani imprezowo, ale nie balowo (na pewno jakieś bale są, ale większość bawi się po prostu w pubach, knajpach itp.), wszystkie lokale szeroko otwarte i wszędzie wchodzisz bez żadnych wstępów (!). Nie musisz wcześniej planować gdzie spędzisz ten wieczór, możesz po prostu iść do miasta i bawić się gdziekolwiek. I to mi się najbardziej w tym wszystkim podobało. Pełen luz i spontan, nie trzeba rezerwować jakiejś drętwej imprezy i zastanawiać się czy chcesz zjeść barszcz i krokiety, czy bigos, ale po prostu idziesz się pobawić i spędzić ten wieczór w otoczeniu innych. Na ulicach też sporo ludzi, ciepło, więc czuje się klimat wakacyjnej zabawy, gdzieniegdzie ktoś gra na żywo, można nawet załapać się na tańczenie na ulicy jak na karnawale w Rio. A o północy można pooglądać sobie fajerwerki odpalane ze Skytower i potem dalej się bawić do białego rana. My za bardzo się nie naimprezowaliśmy (alkohol odpada ze względu na ciążę no i nie zorganizowaliśmy sobie opieki do synka), ale chyba trzeba będzie jeszcze na jednego Sylwestra gdzieś na płd. półkuli się załapać i wtedy sobie odbijemy :)