niedziela, 13 grudnia 2009

South Island

Coś ten drugi maluch, który nam się szykuje do przyjścia na świat mocno wpłynął na moją płodność „literacką” :) Nie mam specjalnie weny i jakoś nie chce mi się za często uzupełniać wpisów na blogu. Ogólnie odrzuca mnie też od komputera, a na siłę przecież nic się nie da. Wybaczcie mi to lenistwo, winę zrzucam na Braciszka.
Tak, już od kilku dobrych tygodni wiadomo, będzie drugi chłopak! Wygląda na to, że będę sama na babskim froncie w naszej małej rodzinie i jeśli kolejny synek tak mocno wda się w Tatę (Tymon to dokładna kopia Tatusia w masie cech i zachowań i cały czas zauważam nowe), to będę na trochę przegranej pozycji :) Nie mamy jeszcze kompletnie pomysłu na imię. Jak na razie nowy synek funkcjonuje w naszych rozmowach jako Braciszek lub raczej Ciszek, jak to wymawia Tymon. Dobrze, że mamy trochę czasu na myślenie, teraz pomału powstaje krótka lista.

Urlopowaliśmy sobie ostatnio na South Island. Generalnie wyjazd bardzo udany, ale trochę nam nie dopisała pogoda. Mieliśmy tylko tydzień (no prawie 9 dni, bo z 2 weekendami). Jak na tyle niesamowitych miejsc do zwiedzenia jest to raczej mało, ale trochę południowo nowozelandzkich klimatów ”liznęliśmy”. Widoczki piękne wszędzie były, chociaż w pierwszej części naszego wyjazdu często przesłonięte przez szare chmury :( Nic tylko jechać jeszcze raz, wiemy, że jest co oglądać. Tak dla zdania relacji i po to żeby samemu mieć pamiątkę opiszę jak wyglądała nasza trasa i co robiliśmy. Tak więc:

Dzień 1- sobota: wylot bardzo wcześnie rano z Auckland, na lotnisko pojechaliśmy naszym gruchotem Subaru i zostawiliśmy go na parkingu (super rozwiązanie, tanio, wszystko dobrze zorganizowane, dowożą i odbierają z lotniska itp.), lot Air NZ bardzo fajny, bo nawet dają przekąskę. W Cristchurch zastał nas deszcz i temperatura co najmniej 8st niższa niż w Auckland. Odebraliśmy samochód z wypożyczalni (jak się ma tylko tydzień i chce się odwiedzić kilka miejsc, to samochód jest musowy) i w tym chłodzie i deszczu zaliczyliśmy pierwszy rzut oka na Cristchurch (chociaż niewiele było widać). Potem wycieczka na piękny półwysep Akaora, pochmurnie, więc widoki ograniczone. Dzień leniwy, ale w efekcie bardzo fajny. Nocleg w hostelu w Cristchurch.



Dzień 2 – niedziela: poranny spacer po Cristchurch i wyjazd na zachodnie wybrzeże (Westland). Trasa przez północną część Alp, Arthur’s Pass. Wokół wysokie góry, ale trasa całkiem przyjemna (nie przesadnie kręta) i widokowa. Na jednym z postojów udało nam się spotkać papugę Kea, charakterystyczny ptak południowej wyspy, duży, zielonawo-brązowy z pięknymi czerwonymi skrzydłami, ale tylko od spodniej, niewidocznej gdy nie leci strony. Po południu zajeżdżamy do krainy lodowców. Nocujemy we Franz Josef w klimatycznym backpackersie ze starymi zdjęciami lodowców i wypraw na nie, małym spa w postaci dużej wanny z bąbelkami dostępnej dla wszystkich i codziennie serwowaną za darmo gorącą zupą. Wieczorem moczymy się w Glacier Hot Pools otoczeni piękną roślinnością lasów deszczowych i nieustającym nawet w deszczu śpiewem ptaków. Wyjście do knajpy na jedzenie i miłe zaskoczenie – rewelacyjne dania, knajpa, która wchodzi na listę moich miejsc gdzie jeszcze chciałabym wrócić na jakąś kolację kiedyś.

Dzień 3 – poniedziałek: pospaliśmy sobie porządnie po tych kąpielach i obżarstwie. Rano deszczowo, nie spieszymy się z wyjściem. Jednak pomimo chmur trzeba rozciągnąć kości po tym długim siedzeniu w samochodzie w poprzednie dni, wybieramy się więc na wycieczkę pod Franz Josef Glacier i potem pod Fox Glacier. To co jest bardzo popularne w tym rejonie (ogólnie na całej płd. wyspie), to loty helikopterem na lodowiec. Można też zaliczyć sobie combo połaczone z Mt Cook, czy też z lotem nad fiordami. Ofert co nie miara, my jednak poprzestaliśmy na łażeniu, chociaż na koniec wyjazdu stwierdziłam, że może i warto byłoby kiedyś pooglądać sobie to wszystko z innej perspektywy, góry z lotu ptaka, czy fiordy, to musi być niesamowite wrażenie. Następnym razem :) Lodowce Franz Josef i Fox to najbardziej dostępne na świecie lodowce, każdy tam może dojść pokonując krótką trasę po morenach (kamienie, kamienie i jeszcze raz kamienie). Charakterystyczne i jedyne w swoim rodzaju dla tych lodowców jest to, że nie znajdują się one wysoko w górach i są otoczone lasem deszczowym. Są to bardzo surowe, kamieniste miejsca, czoło lodowca w obu przypadkach jest całkiem aktywne i może przesunąć się o kilka metrów w ciągu kilku lat, a jednak niedaleko nich śpiewają ptaki, rosną wielkie paprocie itp. Dzień bardzo ciekawy.



Dzień 4 – wtorek: opuszczamy Westland i jedziemy w Alpy nad jeziora Wanaka i Hawea. W okolicach południa udaje nam się uciec przed chmurami i do końca dnia mamy niebieskie niebo i jest ciepło. Zaliczamy spacer po miejscowości Wanaka i po zameldowaniu się w hostelu ruszamy na 2 godzinną wycieczkę na pobliską Mt Iron. Żadne to ekstremalne chodzenie po górach, ale trochę wspinania było i widoki były i jak dla mnie to tak właśnie ma być na wakacjach :



Dzień 5 – środa: znów w chmurach opuszczamy Wanaka i jedziemy w stronę Mt Cook i niesamowicie błękitnych jezior Pukaki i Tekapo. Pomimo deszczu nastrój początkowo dopisuje, bo przecież za 300 km pogoda może być całkowicie inna i nie powinno padać. No ale niestety pada. Dojechaliśmy do jeziora Pukaki, w deszczu rzuciliśmy okiem na błękitną wodę bez widoku na ośnieżone szczyty Mt Cook (w punkcie info wisiało tylko piękne zdjęcie z podpisem, że tak to wygląda w ładną pogodę) i zdecydowaliśmy, że wracamy na południe w stronę Queenstown (tam wg prognozy miało być słońce). Tak więc spędziliśmy cały dzień w samochodzie, masa kilometrów i pogoda cały czas pochmurna. Z ładnych rzeczy jakie sobie pooglądaliśmy to masy łubinu rosnące przy drogach i różnych ciekach wodnych (później okazało się, że już do końca wyjazdu łubin towarzyszył nam cały czas, nawet we fiordlandzie) i piękne brązowe wzgórza Lindis Pass. Wieczorkiem zaliczyliśmy spacerek po miasteczku poszukiwaczy złota Arrowtown i zajechaliśmy do Queenstown.



Dzień 6 – czwartek: nocowaliśmy znów w hostelu. Rano na śniadaniu spotykamy 2 Polaków, podróżujących całkowicie niezależnie. Jest to fakt warty odnotowania, bo na rodaków raczej rzadko się tu trafia, dominują Niemcy, Brytyjczycy, Amerykanie i Skandynawowie. Śniadanie rozciągnęło nam się przy miłej pogawędce aż do południa :) Przespacerowaliśmy się po Queenstown, które jest głównym centrum turystycznym Nowej Zelandii (fajne miasteczko, pięknie położone nad jeziorem Wakatipu, zatłoczone wg Kiwi norm, ale wg jakichkolwiek jakie my znamy z Europy, to raczej spokojne i idealne na wakacje) i ruszyliśmy połazić po okolicznych górkach. Trasa została wybrana na oślep, miało być około 3 godzin porządnego łażenia no i było. Jak dla mnie bardzo satysfakcjonujące było to, że radzę sobie z chodzeniem i wysiłkiem, brzuch mnie jeszcze totalnie nie ogranicza i poczułam, że mam siły i z porodem powinno być dobrze :) Późnym popołudniem ruszamy do Te Anau, gdzie zarezerwowaliśmy już nocleg w kolejnym hostelu. Na miejscu szok – warunki jak dobrym hotelu, pokój z widokiem na góry, wielki kominek i klimatyczny wystrój w części głównej, obok farma jeleni (tak, ktoś ściągnął kiedyś z Europy do NZ jelenie i je teraz hodują, podobno na mięso) i ogólnie rewelacja. Aha, niebo calutki dzień było bez ani jednej chmurki, kolejny dzień wygląda tak samo.



Dzień 7 – piątek: najbardziej aktywny dzień naszego urlopu. Wstajemy wcześnie i jedziemy do Milford. Oczywiście trochę za długo rano się grzebaliśmy z wyjściem, więc grzejemy szybko chcąc zdążyć na pierwszy statek we fiordzie i nie zatrzymujemy się i nie robimy zdjęć pięknych widoków o świcie – góry, podnosząca się powoli poranna mgła, łubiny, tajemniczo i niesamowicie spokojnie. Wycieczka po fiordzie stateczkiem udana, ale ja mam kilka refleksji: przede wszystkim fiordy są dużo bardziej specjalnym przeżyciem, gdy wpływa się do nich z morza, z otwartej, niczym nieograniczonej przestrzeni, z fal bujających łódkę i nagle woda robi się spokojna i po obu stronach pojawiają się kolosalne ściany gór. Ponadto szkoda, że stateczek którym się zwiedza jest motorowy. Silnik był za głośny, za bardzo mącił wodę, która powinna być gładziutka i przejrzysta no i zakłócał to co najważniejsze w takim miejscu – ciszę. Mogę się tak mądrować, bo już raz miałam okazję zwiedzać fiord w Norwegii. Wtedy wpływaliśmy jachtem, raniutko i było to dużo bardziej prywatne i niezapomniane przeżycie. Wracając z fiordu spotykamy znów papugi Kea, które na stałe rezydują sobie na jednym z parkingów i nawet przewodniki opisują, że one tam są. Potem wyruszamy na wycieczkę w góry. Dzień piękny, gorąco, ale większość trasy przez las, czyli dało się. Wspinaczka była ostra, w kilku miejscach już prawie zwątpiłam, ale udało się. Dotarliśmy do jeziorka Lake Marian - jak w Alpach, góry są na całym świecie podobne :), krótki odpoczynek, przekąska i w dół. Ja całkowicie usatysfakcjonowana, pochodziłam sobie po górach, co mnie napełniło bardzo pozytywną energią. Wracamy do Te Anau i nocleg w tym samym rewelacyjnym miejscu.



Dzień 8 – sobota: ostatni dzień, ja już nie cisnę na łażenie i góry, bo swoje zaliczyłam. Mamy dwie opcje: pokręcić się w okolicach Wakatipu i Queenstown lub ponowna wyprawa nad Tekapo, którego nie zdążyliśmy zobaczyć. Decydujemy się na tą drugą opcję. Robimy w ciągu całego dnia ponad 600 km. Długa trasa, wiele zmieniających się krajobrazów. Jedziemy przez tereny rolnicze, podziwiamy kolosalne urządzenia do nawadniania pastwisk, dużo winnic, sady. No i ostatniego dnia błękitne jeziora zaliczone :) Późnym popołudniem w Tekapo zafundowaliśmy sobie jeszcze małe polowanie na wielkie szyszki (z odręcznie rysowaną mapką, jak prawdziwi poszukiwacze skarbów). Udało się jedną znaleźć i przywieź, ale było ciężko :) Nocleg w Queenstown i to byłoby na tyle.



Z takich moich ogólnych obserwacji, to wspomnę jeszcze o backpackersach. Są one w NZ naprawdę świetnie zorganizowane. Warunki bardzo dobre, ale najważniejsze jest to, że panuje w nich fajny klimat, wieczorkiem może wpaść ci w ucho „Stairway to Heaven” grane za oknem na gitarze lub jakieś reagge z bębenkami. Ludzie przeróżni, dużo prawdziwych backpackerów podróżujących po świecie, nie spieszących się, atmosfera bardzo sprzyjająca nawiązywaniu znajomości. Trochę im pozazdrościłam, my już nie na tym etapie życia, ale wszystkim, którym gdzieś po głowie krąży ruszyć samemu z plecakiem w świat mam jedno do powiedzenia – ruszajcie!

1 komentarz:

  1. Co do imienia, to proponuję: Cichosław. Zdrobnienie jak znalazł.

    http://mamdziecko.interia.pl/ksiega-imion/haslo/cichoslaw,263915

    OdpowiedzUsuń