piątek, 23 października 2009

Po powrocie z Polski

Cześć wszystkim! Jesteśmy z powrotem w NZ! Przylecieliśmy wycieńczeni tą niesamowicie długą podróżą (na liście minusów Nowej Zelandii będę zawsze podawać, że to po prostu nieprzyzwoicie daleko), ale też już mocno stęsknieni za Michałem i naszym życiem tutaj – spacery nad morzem itp.
Dzięki wszystkim, z kim udało mi się spotkać podczas pobytu w ojczyźnie i pozdrowienia dla wszystkich czytających te moje wynurzenia blogowe i czekających z niecierpliwością na dalsze wpisy. Przesyłam Wam uściski z tego niesamowicie dalekiego kraju i do zobaczenia podczas naszych kolejnych odwiedzin. Oczywiście kto ma ochotę na wypad wakacyjny do kiwi kraju, niech tylko daje znać – my zapraszamy.
Polska zaprezentowała nam się bardzo fajnie podczas tego 1,5 miesięcznego pobytu. Jak się przyjeżdża do kraju tylko raz na jakiś czas, to patrzy się na wszystko trochę innym okiem, tak trochę z perspektywy turysty, nie jest człowiek zniechęcony tymi codziennymi, zwyczajnymi utrudnieniami. No i jakie są moje wrażenia? Ogólnie rzecz biorąc mocno pozytywne. Pogoda potrafi być przyjazna (wrzesień był piękny i po nowozelandzkiej zimie miło było poczuć trochę ciepełka słonecznego), jest mniej zielono niż tutaj, ale wrześniowy zapach lasu, łąk i pól poza miastem jest naprawdę niesamowity i napełnił mnie kilka razy miłą nostalgią. Przestrzeń miejska się zmienia. I nie dotyczy to tylko dużych miast, ale także tych mniejszych. Uwierzcie mi, te wszystkie uciążliwe i wiecznie ciągnące się remonty przynoszą efekty i do czegoś prowadzą. Wrocław wygląda totalnie inaczej niż te 10 lat temu, kiedy zaczęłam poznawać to miasto. Nawet jazda samochodem po mieście nie pozostawiła u mnie żadnych przykrych wrażeń, bo było dużo mniej wyboisto niż pamiętam i całkiem przejezdnie (przyznaję, jeździłam poza godzinami szczytu). No a wizyta na Rynku wrocławskim, to po prostu rewelacja. W NZ nie ma takich miejsc, nigdzie poza Europą, nie ma takich miejsc i to jest to czego mi w tym pozaeuropejskim świecie bardzo, bardzo brakuje. Te knajpki, restauracje, kafejki, przyjemny tłum i gwar, piękne żółte oświetlenie (byłam wieczorem), kwiaty na Solnym, masy studentów (ludzi w tym wieku) na piwie, spacerujące pary i to coś w powietrzu, co jest nie do opisania, coś co chyba można nazwać atmosferą danego miejsca. Nawdychałam się tej atmosfery podczas krótkiego spaceru i kolacji „Pod Papugami” i mocno mi się zatęskniło do tych fajnych czasów, kiedy to spotykało się pod Pręgierzem lub pod Fredrą i szło się na piwo. Spróbujcie sobie czasami spojrzeć w ten sposób na to przysłonięte tą codzienną bieganiną miasto i też to poczujecie :) Ale jak pisałam, nie tylko Wrocław robi pozytywne wrażenie. Mniejsze miasta też odnowione, lepsze drogi, wyremontowane szkoły, tak jakby przyjaźniej i ładniej. No i jest nawet gdzie wyjść na kawę, czy przekąskę. Ogólnie jest dobrze.
Najadłam się też sporo naszego jedzenia (twaróg, kasze, ogórki małosolne, pyszne wędliny i suche kiełbasy…), które tutaj jest po prostu niedostępne, synek podpasł się ładnie cierpliwie karmiony przez dziadków (niestety już to stracił w trudach podróży), napił się świeżych soczków marchwiowo-jabłkowych i kompotów i ogólnie pobyt w Polsce był jak najbardziej udany. Mieliśmy nieciekawe przeżycia typu pierwsza w życiu choroba Tymona i pierwszy antybiotyk, a ja podczas całego pobytu nie czułam się tak jakbym sobie tego życzyła – ta druga ciąża jest kompletnie inna od poprzedniej, jestem dużo bardziej zmęczona i mam mniej energii, ale te minusy jakoś się szybko zacierają i w pamięci pozostają raczej pozytywne wrażenia. I dobrze, tak ma przecież być :)
Przylecieliśmy do Auckland już ponad tydzień temu. Już jesteśmy po jednej wycieczce na północ (Northland), teraz nadchodzi długi weekend (Labour Day) i wybieramy się w rejon Taupo i do osławionych Glow Worm Caves (jaskiń ze świecącymi robalami). Niestety musieliśmy zrezygnować z planowanego urlopu i wyjazdu na Wyspę Południową, bo Tymon ostatnio jest w raczej nieciekawej kondycji (zmęczenie podróżą, częste ostatnio zmienianie miejsc i domów, jakieś przeziębienia, chyba idą mu ząbki itd.). Rodzice Michała, którzy przylecieli z nami, pojadą sami, a my wybierzemy się tam jakoś później. No ale nie za późno, bo jednak brzuch mi się powiększa, kondycja na długie spacery po pagórkach już inna niż normalnie no i do marca będzie tylko gorzej :) Jakoś to sobie zaplanujemy

1 komentarz:

  1. Bogna, dokładnie takie same wrażenia miałam, gdy przyjechałam do Polski na krótko. Wrocław - niesamowity klimat, efekty remontów również zauważalne, odnowione nawierzchnie dróg: nie tylko w miastach, również na mniej ważnych trasach - oczywiście nie wszędzie, ale od czegoś trzeba zacząć. Powoli, powoli idzie ku lepszemu :) Może kiedyś nawet da sie tam mieszkać ;) Pozdrowienia dla całej czwórki! Magda

    OdpowiedzUsuń