sobota, 31 października 2009

Northland

W pierwszy wyjazdowy weekend uderzyliśmy do Northland. Patrząc na mapę, jest to raczej niewielki kawałek NZ na północ od Auckland. No właśnie, niby niewielki, a na jago zwiedzenie dobrze byłoby mieć tak gdzieś z 5 dni. I tak jest tutaj wszędzie, każdy rejon ma tyle do zaoferowania, że nigdy nie jest człowiek w stanie „zaliczyć” wszystkich atrakcji. Ponadto, NZ nie jest aż tak małym krajem i robi się tutaj całkiem spore przebiegi samochodem (dla ilustracji: podczas tego 2-dniowego wypadu zrobiliśmy 1100 km).
Zobaczyliśmy czym jest jeden z popularniejszych tutaj rejonów wakacyjnych - Bay of Islands (nocowaliśmy w fajnym holiday parku w Paihia). Tak naprawdę, tylko rzuciliśmy okiem na tą zatokę wysp, bo jest to region, który ma najwięcej zaoferowania, gdy się jest na łódce i z wody podziwia się setki wysepek, zatoczek, można spotkać delfiny itp. Może kiedyś zaliczymy jakieś żeglowanie tam...
Kluczowym punktem, który odwiedza się w tym rejonie jest jednak najbardziej wysunięty na północ Nowej Zelandii Cape Reinga i długa plaża nad Morzem Tasmańskim - Ninety Mile Beach (nie ma ona wcale aż 90 mil, ma chyba jakieś 54, ale ktoś ją tak nazwał i tak zostało). I to był nasz główny cel. Jechaliśmy i jechaliśmy, synek miał różne kaprysy i miał już dość samochodu. Po drodze pięknie, ludzi i miast prawie wcale, zielone pagórki, owce, krowy, tu jakaś rzeczka, tam, jakiś stawek, zatoczki i plaże. Robiliśmy niewiele postojów, ale w ciągu całego weekendu udało nam się kilka miejsc perełek spotkać...



No i w końcu zajechaliśmy na tą północ północy. I co? Nie zobaczyliśmy nic a nic, bo na przylądek (dosłownie na jego końcówkę, tak na gdzieś 3-5 km) naszła wielka chmura i zastaliśmy tak wielką mgłę, że nie było nic widać na odległość 2 m, nie mówiąc o dojrzeniu stykających się wód Pacyfiku i Morza Tasmańskiego (która to granica jest podobno zauważalna w normalnych warunkach). Nie widzieliśmy nawet czy stoimy blisko morza, nie widzieliśmy latarni, nie dało się zrobić żadnego spaceru. No więc pokręciliśmy się tam 10 minut i się zwinęliśmy. Ze zdjęć w przewodnikach wiemy, ze jest to piękne miejsce, można tam zrobić sobie widokowy spacer, no ale to nam tym razem nie było dane. Cape Reinga to miejsce, z którego, wg wierzeń Maori, dusze zmarłych udają się w swoją ostatnią podróż do pradawnej wyspy Hawaiki, z której przodkowie Maori przybyli kiedyś na wielorybach. No i chyba jedyny pozytyw jaki mogę wyciągnąć z tej mgły, to że nadała ona takiej trochę mistycznej atmosfery i nawet można było poczuć, że jest to miejsce, mające coś wspólnego z zaświatami i duchami.
Nie poddaliśmy się jednak i pomimo pochmurnej pogody podjechaliśmy na niedalekie wydmy, które też należą do głównych atrakcji rejonu. I to był strzał w dziesiątkę. Jedzie się wyboistą drogą otoczoną pastwiskami i nagle ni stąd ni zowąd pojawia się kolosalna hałda piachu, która wygląda jak pustynia. Rewelacja. Spędziliśmy na wydmie około 1,5 h, byliśmy prawie sami (zaleta gorszej pogody), wspięliśmy się na górę i potem zaliczyliśmy super zejście po stromym, piaskowym zboczu – wielka frajda :) Tymon ożył i wyruszył ze swoim nowo nabytym wiaderkiem i łopatką na podbój tego piachu. I wszystkim nam się bardzo, bardzo podobało.



A na zakończenie dnia, wygłodzeni zatrzymaliśmy się w jedynej na tym odludziu knajpie prowadzonej przez maoryską rodzinkę (głową interesu zdawała się być około dziesięcioletnia dziewczynka, która obsługiwała kasę, przyjmowała zamówienia itp.). Miejsce w klimacie klubokawiarni z lat 80-tych, jedzenie, które zaległo nam wszystkim ciężko na żołądkach do co najmniej połowy następnego dnia, ale klimat luzu i podejścia do życia typu mañana mieliśmy okazję poczuć :) (kultura i nastawienie Maori i ogólnie różnych mieszkańców wysp Pacyfiku nie należą raczej do bardzo zdyscyplinowanych i ukierunkowanych na biznes, zysk itp.).
Podczas wycieczki do Northland przyjrzeliśmy się też trochę bliżej charakterystycznej dla NZ roślinności. Spacerując nieopodal wodospadu Haruru dopatrzyliśmy się wreszcie koru, będącego obok kiwi i liścia paproci symbolem NZ. Koru to rozwijająca się gałąź paproci i chyba dlatego jak dotychczas się na nie nią natknęliśmy, bo trzeba było poczekać na odpowiednią porę roku. Nie myślcie jednak, że mówię tutaj o paprociach w stylu tych naszych z doniczek na parapetach. Tutaj w kraju kiwi stałym elementem krajobrazu są wysokie drzewa paprocie rodem z parku jurajskiego. Poza znalezieniem koru wiemy też już jak majestatyczne i niesamowite są drzewa kauri (też można je znaleźć tylko w NZ). Odwiedziliśmy jeden z ostatnich, tak gęsto porośniętych tymi starożytnymi drzewami las Waiopoua, znajdujący się na górzystym terenie na zachodzie Northland. Las jest powiązany z wieloma legendami maoryskimi, a spacer pomiędzy tak starymi i ogromnymi drzewami, w akompaniamencie śpiewu masy ptaków był bardzo ciekawym doświadczeniem i miłym akcentem na zakończenie naszego weekendowego wypadu.

Wiosenne wypady poza Auckland

Wreszcie ruszmy się poza region Auckland. Już po zimie i pogoda trochę lepsza, ale nie jest jeszcze bardzo ciepło, trzeba mieć ze sobą zawsze cieplejsze ciuchy, a o plażowaniu jak na razie można tylko pomarzyć. Ja już naprawdę czekam z utęsknieniem na wygrzewanie się na słońcu, ale wszystko wskazuje na to, że jak przystało na klimat z prawdziwymi czterema porami roku, najpierw czas na 3-miesięczną wiosnę i potem (tak gdzieś w grudniu) przyjdzie ciepłe lato. Chyba się jakoś doczekam :) Pomimo pogody w kratkę zaliczyliśmy już 2 wyjazdowe weekendy. Tak naprawdę, to ta pogoda nie tak bardzo przeszkadza, bo specyfika Nowej Zelandii jest taka, że w ciągu 2-3 dni zalicza człowiek ulewę, wiatry, mgły, piękne, grzejące słońce i błękitne niebo i jeszcze więcej. No taki tu mamy kapryśny klimat i trzeba z tym żyć, a ja nawet stwierdzę, że ma to jakiś swój urok.
Wspomnę, że podróżujemy teraz bardzo komfortowo, bo Michał zrobił nam niezłą niespodziankę i wyposażył naszą powiększającą się rodzinę w nowy samochód, taki prawdziwie rodzinny z 3 rzędami siedzeń itd. (Honda Odyssey). Czyli rozbijamy się teraz niezłą bryką, którą na co dzień dysponuję ja i bardzo sobie chwalę ten fakt :) Pozostając przy temacie samochodów, dodam jeszcze, że znalazło się nasze skradzione Subaru (!!!) Stało sobie przez dwa miesiące zaparkowane na jakiejś ulicy w North Shore (nota bene niedaleko naszego obecnego miejsca zamieszkania) i po pewnym czasie jakiś zatroskany obywatel zainteresował się tym faktem i zgłosił na policję, że to trochę dziwne, że do tego samochodu tak długo nikt nie zagląda i go nie rusza. Auto było zgłoszone na policji, że było skradzione no to zadzwonili, że się znalazło. Cała historia kończy się jednak tak, że nie będziemy już mieli tego samochodu (i dobrze, bo by za dużo tego było), ponieważ firma ubezpieczeniowa stwierdziła szkodę całkowitą i nie będą go naprawiać, tylko oddadzą nam kasę.
Wracając do naszych wyjazdów... Wypad dalej niż 200 km od Auckland wiąże się z tym, że raczej trzeba mieć zaplanowany nocleg, jeśli chce się coś zobaczyć i nie spędzić całego czasu w samochodzie. No to uczymy się jak to wszystko jest tutaj zorganizowane. Oczywiście odpadają nam hostele i różne formy noclegu dla backpackerów (których tutaj jest całkiem sporo), bo z naszym ostatnio trochę rozkapryszonym, marudnym i drącym się szkrabem lepiej nie pchać się w takie miejsca. Najtańszą i najfajniejszą opcją są więc dla nas tzw. holiday parks, które są czymś w rodzaju naszych campingów, z tym że zawsze oferują, poza miejscami na namioty i przyczepy, także domki campingowe. Cenowo w grę wchodzą jeszcze motele i to tyle, bo reszta jest już raczej droga (chociaż raz na jakiś czas może warto sobie na coś bardziej luksusowego pozwolić). W holiday parkach trzeba mieć zazwyczaj swoją pościel i ręczniki (jeśli nie chce się dodatkowo za to płacić), trzeba się też liczyć z tym, że w tańszych opcjach może nie być łazienki w pokoju. Położenie tych miejsc jest zazwyczaj atrakcyjne – nad zatoczką, przy lesie, nad jeziorkiem, z widoczkiem itp. dzięki czemu nocleg w holiday parku ma swój wakacyjny urok. Zapewnione też są zawsze jakieś warunki do gotowania (lepsze lub gorsze, ale akceptowalne) i jak już się przekonaliśmy warto z tego korzystać i samemu sobie coś upichcić wieczorkiem, a to z takiej przyczyny, że w tym zdominowanym przez anglosaską kulturę kraju nie ma miejsc, w których można coś przyzwoitego zjeść. Fish & chips czy hamburgera znajdzie się zawsze, ale jak dla mnie jest to jedzenie akceptowalne tylko raz na jakiś czas i w ciągu 3-dniowego wyjazdu pojawia się zagadnienie co i gdzie zjeść. W bardziej cywilizowanych miejscach (miasteczka liczące więcej niż kilkuset mieszkańców, które tutaj nie są aż tak częste) można znaleźć zazwyczaj jakąś alternatywę, ale że jest to najczęściej restauracja, do której wychodzi się na wyjście wieczorem, ceny dają mocno po kieszeni. Tak więc najlepszą opcją jest być samowystarczalnym pod tym względem i nie być zdanym na łaskę frytek, hamburgerów, czy odgrzewanej pizzy. A najlepiej to być wyposażonym piknikowo i usmażyć sobie kawał mięcha na grillu, które są dostępne na każdym campingu, czy nawet w miejscach postojowych przy drodze.

piątek, 23 października 2009

Po powrocie z Polski

Cześć wszystkim! Jesteśmy z powrotem w NZ! Przylecieliśmy wycieńczeni tą niesamowicie długą podróżą (na liście minusów Nowej Zelandii będę zawsze podawać, że to po prostu nieprzyzwoicie daleko), ale też już mocno stęsknieni za Michałem i naszym życiem tutaj – spacery nad morzem itp.
Dzięki wszystkim, z kim udało mi się spotkać podczas pobytu w ojczyźnie i pozdrowienia dla wszystkich czytających te moje wynurzenia blogowe i czekających z niecierpliwością na dalsze wpisy. Przesyłam Wam uściski z tego niesamowicie dalekiego kraju i do zobaczenia podczas naszych kolejnych odwiedzin. Oczywiście kto ma ochotę na wypad wakacyjny do kiwi kraju, niech tylko daje znać – my zapraszamy.
Polska zaprezentowała nam się bardzo fajnie podczas tego 1,5 miesięcznego pobytu. Jak się przyjeżdża do kraju tylko raz na jakiś czas, to patrzy się na wszystko trochę innym okiem, tak trochę z perspektywy turysty, nie jest człowiek zniechęcony tymi codziennymi, zwyczajnymi utrudnieniami. No i jakie są moje wrażenia? Ogólnie rzecz biorąc mocno pozytywne. Pogoda potrafi być przyjazna (wrzesień był piękny i po nowozelandzkiej zimie miło było poczuć trochę ciepełka słonecznego), jest mniej zielono niż tutaj, ale wrześniowy zapach lasu, łąk i pól poza miastem jest naprawdę niesamowity i napełnił mnie kilka razy miłą nostalgią. Przestrzeń miejska się zmienia. I nie dotyczy to tylko dużych miast, ale także tych mniejszych. Uwierzcie mi, te wszystkie uciążliwe i wiecznie ciągnące się remonty przynoszą efekty i do czegoś prowadzą. Wrocław wygląda totalnie inaczej niż te 10 lat temu, kiedy zaczęłam poznawać to miasto. Nawet jazda samochodem po mieście nie pozostawiła u mnie żadnych przykrych wrażeń, bo było dużo mniej wyboisto niż pamiętam i całkiem przejezdnie (przyznaję, jeździłam poza godzinami szczytu). No a wizyta na Rynku wrocławskim, to po prostu rewelacja. W NZ nie ma takich miejsc, nigdzie poza Europą, nie ma takich miejsc i to jest to czego mi w tym pozaeuropejskim świecie bardzo, bardzo brakuje. Te knajpki, restauracje, kafejki, przyjemny tłum i gwar, piękne żółte oświetlenie (byłam wieczorem), kwiaty na Solnym, masy studentów (ludzi w tym wieku) na piwie, spacerujące pary i to coś w powietrzu, co jest nie do opisania, coś co chyba można nazwać atmosferą danego miejsca. Nawdychałam się tej atmosfery podczas krótkiego spaceru i kolacji „Pod Papugami” i mocno mi się zatęskniło do tych fajnych czasów, kiedy to spotykało się pod Pręgierzem lub pod Fredrą i szło się na piwo. Spróbujcie sobie czasami spojrzeć w ten sposób na to przysłonięte tą codzienną bieganiną miasto i też to poczujecie :) Ale jak pisałam, nie tylko Wrocław robi pozytywne wrażenie. Mniejsze miasta też odnowione, lepsze drogi, wyremontowane szkoły, tak jakby przyjaźniej i ładniej. No i jest nawet gdzie wyjść na kawę, czy przekąskę. Ogólnie jest dobrze.
Najadłam się też sporo naszego jedzenia (twaróg, kasze, ogórki małosolne, pyszne wędliny i suche kiełbasy…), które tutaj jest po prostu niedostępne, synek podpasł się ładnie cierpliwie karmiony przez dziadków (niestety już to stracił w trudach podróży), napił się świeżych soczków marchwiowo-jabłkowych i kompotów i ogólnie pobyt w Polsce był jak najbardziej udany. Mieliśmy nieciekawe przeżycia typu pierwsza w życiu choroba Tymona i pierwszy antybiotyk, a ja podczas całego pobytu nie czułam się tak jakbym sobie tego życzyła – ta druga ciąża jest kompletnie inna od poprzedniej, jestem dużo bardziej zmęczona i mam mniej energii, ale te minusy jakoś się szybko zacierają i w pamięci pozostają raczej pozytywne wrażenia. I dobrze, tak ma przecież być :)
Przylecieliśmy do Auckland już ponad tydzień temu. Już jesteśmy po jednej wycieczce na północ (Northland), teraz nadchodzi długi weekend (Labour Day) i wybieramy się w rejon Taupo i do osławionych Glow Worm Caves (jaskiń ze świecącymi robalami). Niestety musieliśmy zrezygnować z planowanego urlopu i wyjazdu na Wyspę Południową, bo Tymon ostatnio jest w raczej nieciekawej kondycji (zmęczenie podróżą, częste ostatnio zmienianie miejsc i domów, jakieś przeziębienia, chyba idą mu ząbki itd.). Rodzice Michała, którzy przylecieli z nami, pojadą sami, a my wybierzemy się tam jakoś później. No ale nie za późno, bo jednak brzuch mi się powiększa, kondycja na długie spacery po pagórkach już inna niż normalnie no i do marca będzie tylko gorzej :) Jakoś to sobie zaplanujemy