sobota, 18 lipca 2009

W wirze załatwiania przeróżnych spraw

Całe te niemiłe doświadczenia z samochodem miały miejsce w wybitnie niekorzystnym dla nas czasie. Tyle załatwiania i spraw na głowie to jeszcze tutaj nie mieliśmy. Ale to tak zawsze chyba jest, że jak się coś zaczyna dziać, to wszystko na raz.
Niedługo znów zmieniamy mieszkanie. No tak ten czas leci, że ledwo się gdzieś wprowadzamy i już trzeba rozglądać się za czymś następnym :) Tym razem będzie jednak już na dłużej, teraz wynajmujemy normalnie, nie krótkoterminowo. Mieszkania zaczęliśmy szukać jakoś w pierwszym tygodniu lipca. Ostatnią „wycieczką” naszym Subaru był właśnie wypad do North Shore (zdecydowaliśmy, że jednak tam chcemy mieszkać) w celu obejrzenia kilku domków jakie sobie upatrzyliśmy w sieci (oczywiście na TradeMe). Obejrzeliśmy wtedy w North Shore kilka super domów (widok na morze, ogródek z lasem sosnowym itp.), na dwa to byliśmy już w 100% zdecydowani, że bierzemy i nie zdążyliśmy. W obu przypadkach skontaktowaliśmy się z agentem właśnie w momencie, kiedy była podpisywana umowa. Wróciliśmy do domu i znów kilka godzin w sieci i przeglądanie ofert. Następnego dnia wychodzimy z domu uzbrojeni w pokaźną listę interesujących ofert, stajemy na ulicy i … nie mamy w co wsiadać. No i wtedy się zaczęło. Telefony na policję ze zgłoszeniem kradzieży, telefony do ubezpieczalni, telefony do ludzi, z którymi byliśmy poumawiani na oglądanie mieszkań… dużo telefonów i ogólnie zastanawianie się jak to teraz wszystko sobie zorganizujemy. Następnego dnia żeby się trochę zrelaksować poszliśmy na całodniową wycieczkę do zoo. Zrelaksowaliśmy się, pogoda była śliczna, a spacer do zoo i z powrotem też dobrze nam zrobił.
Jak pisałam wcześniej, nie zostaliśmy całkowicie bez samochodu i bardzo szybko mogliśmy normalnie funkcjonować – pożyczyliśmy auto od Markusa, ono i tak stoi nieużywane jak go nie ma i to, że my się kilka razy nim przejedziemy nic mu nie zaszkodzi. No ale Markus nie ma przecież fotelika dla dziecka. No to do kompa i kupowanie. Udało się w miarę sprawnie, nie trzeba było w efekcie nawet po ten fotelik jechać, bo pani sama go nam podwiozła. Pomimo tej głupiej kradzieży, nie zaprzestaliśmy szukania mieszkania, bo takie odkładanie o kilka dni mogłoby wszystko sporo wydłużyć i w efekcie moglibyśmy zostać na końcu lipca bez dachu nad głową. Znów mieliśmy kilka domów upatrzonych i znów zaplanowaliśmy wyprawę do North Shore. Żeby nie było za łatwo, nie mogliśmy po prostu wsiąść do samochodu Markusa i sobie pojechać, bo samochód nie chciał ruszyć – za długo stał i rozładował mu się akumulator. Nie było sąsiadów, kabli nie mieliśmy, więc trzeba było dzwonić po AA żeby przyjechali i odpalili nam auto (mają taką usługę). Przyjechali spóźnieni, ale dotarli i mogliśmy ruszać. Zajechaliśmy pod kilka domów, auto trzeba było zostawiać na chodzie i się nie zapomnieć żeby nie wyłączyć silnika, bo całkowicie rozładowany akumulator tak szybko się nie ładuje. Domki różne, jedne w rewelacyjnej lokalizacji, ale stare i zapuszczone, inne całkiem zadbane, ale nie w takim miejscu jakbyśmy chcieli, jeszcze inne rewelacyjne pod każdym względem, ale poza naszym zasięgiem cenowym itd. Dużo ofert, było z czego wybierać, ale przekonałam się, że taki wybór jest dużo trudniejszy jak już człowiek wie czego się może spodziewać, wie czego by chciał. Jak tu przyjechaliśmy, to wszystko było dobre, bo i tak kompletnie nie wiedzieliśmy czego oczekiwać. No i łatwiej było coś wybrać, a przecież super trafiliśmy. Ale koniec końców jeden z domów na liście przypadł nam do gustu, był bez pośrednictwa agencji (co też jest jakąś oszczędnością), położony blisko morza i miał dodatkowy bajer w postaci basenu do naszej dyspozycji. No to się zdecydowaliśmy. Właściciele bardzo fajni, małżeństwo, chyba młodsi odrobinę od nas, bez dzieci, mieszkają w tym samym domu na górze. Zdecydowaliśmy się od razu, zaklepaliśmy i na drugi dzień mieliśmy już podpisaną umowę wynajmu. W efekcie szukanie mieszkania poszło nam ekspresowo (biorąc pod uwagę niesprzyjające okoliczności).
Kolejna sprawa popchnięta, nadszedł czas na zakupy meblowe. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam – mieszkania na normalny długoterminowy wynajem nie są umeblowane. No może się raz na jakiś czas trafić mieszkanie z meblami, ale to raczej rzadkość. To co jest zawsze, to kuchnia (kuchenka, piekarnik, szafki, czasami lodówka) i łazienka. Reszta do wyposażenia w twoim zakresie. Oczywiście żeby ograniczyć koszty kupujemy raczej używane rzeczy. Trade Me w użyciu non stop, skrzynka mailowa Michała opanowana w 100% przez korespondencję ze sprzedającymi, przez przypomnienia z systemu itp. Kilkadziesiąt maili dziennie, dzwonienie, sms-owanie, istne szaleństwo. Jeszcze to wszystko trzeba odbierać, przewozić, organizować transport… Mózgiem operacyjnym jest Michał i jest w tym całym załatwianu naprawdę rewelacyjny. Jest już takim weteranem, że nie wyobrażam sobie sprwy, której nie byłby w stanie załatwić :)
Idzie nam nieźle, bazę już mamy, będzie na czym spać i na czym zjeść, a to już dobry początek. Właściciele mieszkania mają też ileś gratów, które nam pożyczą (np. łóżeczko dla Tymonka). Dobry sposób na takie zakupy, to przeglądanie aukcji ludzi, którzy wysprzedają cały swój dobytek, bo wyprowadzają się stąd (jadą do innego kraju, wracają do rodzinnego itp.). Okazuje się być takich sporo i rynek używanych rzeczy do domu jest mocno dynamiczny, dzięki czemu trafiają się całkiem niezłe okazje. Szukając chyba kanapy u kogoś wyjeżdżającego „overseas” natknęliśmy się przez przypadek na aukcję samochodu. Bez ceny minimalnej, stan bardzo dobry. Wyznaczyliśmy sobie naprawdę niską cenę do jakiej będziemy licytować, decyzja bardzo szybka, nawet bez oglądania auta, bo nie było już czasu, aukcja kończyła się niedługo. I po iluś tam kliknięciach, tak po prostu staliśmy się właścicielami kolejnego Subaru Legacy, tym razem w naprawdę niskiej cenie, aż nieprzyzwoitej. Samochód wczoraj odebrany, formalności do załatwiania zero, poza 2 minutową wizytą na poczcie z poprzednim właścicielem. Już przejażdżkę za kierownicą zaliczyłam, fajny. Ludzie, od których go kupiliśmy wylatują do Argentyny (on Amerykanin, ona Argentynka), naprawdę pozbywają się wszystkiego, obiecali nam, że w ostatni dzień przed wyjazdem dadzą nam wszystko co im zostało, czego nie sprzedali lub nie dali znajomym. Jako, że my naprawdę nie mamy nic, weźmiemy wszystko z przyjemnością, każdy drobiazg będzie przydatny (garnek, zmiotka, przyprawy, śrubokręt, sztućce itp.). Jesteśmy umówieni z nimi jutro, zobaczymy z jakimi zdobyczami wrócimy :)
Te wszystkie zakupy, to nie jedyne sprawy do załatwiania ostatnio. W międzyczasie toczy się sprawa z immigration. Wizę do pracy przyznali ekspresowo, Michał może zacząć pracę tak, jak ma w kontrakcie. Odezwał się też Londyn, że już mamy rezydenta… prawie, bo brakuje małego szczegółu – musimy udowodnić jakoś że jesteśmy w prawdziwym związku. Opiszę to w następnym wpisie, bo jest co opisywać, a teraz już mi palce spuchły od stukania w klawiaturę. Wspomnę tylko, że cały ten urząd imigracyjny już mnie naprawdę wnerwia i cofam dobre słowa, jakie pisałam na ich temat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz