środa, 29 lipca 2009

Jak na wakacjach

No i jesteśmy po przeprowadzce. Ledwo żyję, ostatni weekend znowu spędzony na pakowaniu, sprzątaniu, przewożeniu itp. Jakoś się pomału zbieramy do normalnego funkcjonowania, ale nie było nawet okazji odsapnąć, bo w poniedziałek Michał do roboty, a ja cały dzień z synkiem, który nie uważa przeprowadzki za wydarzenie, które miałoby w jakikolwiek sposób męczyć. Ale wszystko jest znowu tak inne, że znów mam wrażenie jakbyśmy wyjechali na jakieś wakacje (z tą różnicą od 100% wakacji, że Michał codziennie wstaje wcześnie do pracy i nie ma go przez część dnia).
Nasz nowy dom jest mocno wakacyjny dzięki bliskości morza oraz przez to, że jego standard jest na poziomie znanych dobrze wszystkim rodakom polskich domków letniskowych. Jest to bardzo rozpowszechniony w Kiwi kraju standard, ale nam bardzo trudno jest pozbyć się wrażenia, że są to takie niby-domki, i cały czas łapię się na tym, że dziwię się, że w czymś takim da się mieszkać na stałe. Nasz nowy dom ma ścianki działowe z płyty, sufit podbity płytami pilśniowymi, łazienka nie ma kafelków, tylko jest wyłożona jakimś dziwnym materiałem, a jej wentylacja polega na tym, że przy prysznicu jest okienko, które należy mieć otwarte podczas kąpieli (czyż nie kojarzy wam się to z wczasami?) :) Mamy też super „termozasłony”, których styl wygląda jak sprzed co najmniej dwóch dekad, chociaż są one prawie nowe (styl Kiwi nie raz pozostawia wiele do życzenia). Nie ma oczywiście centralnego ogrzewania (oni tutaj o czymś takim nie słyszeli), a w związku z tym, że mieszkanie nie było używane przez co najmniej miesiąc, zapach też przywodzi mi na myśl domek letniskowy na początku sezonu. No i ten basen też jakoś tak się kojarzy z wakacjami… Dobrze, że kończy się zima, a lato w tych warunkach zapowiada się naprawdę dobrze, ale możliwe, że na kolejną zimę będziemy musieli pomyśleć o czymś innym. Nie będę teraz jednak o tym myśleć, nastawiam się na kilka miesięcy super wakacyjnych klimatów.
Jak na razie pierwsze dni spędziłam z Tymonkiem na długich spacerach krajoznawczych (no może lepiej byłoby powiedzieć „okolicoznawczych”). Piękne widoki na zatokę Hauraki i Rangitoto. Cztery plaże (w zatoczkach) w zasięgu dłuższego, bądź krótszego spaceru. Teren mocno pofałdowany, przejście z zatoczki do zatoczki wiąże się ze sporym wspinaniem się pod górkę i potem zejściem na dół. Poznajemy okolicę, a jest co poznawać, odkryjemy tu na pewno sporo super miejsc. Gotujemy sobie też po wakacyjnemu, przy użyciu ograniczonej liczby naczyń, garnków itp. (w końcu jesteśmy na dorobku). Przez ostatnie dni jadamy też trochę kupnych dań i próbujemy różnych specjałów - jak to na wakacjach :) (bardzo blisko domu mamy hinduską, chińska, turecką, tajską i brytyjską knajpę). Przez kilka tych pierwszych dni nie mamy też specjalnie Internetu (już zamówiony, ma być chyba pojutrze, na razie korzystamy z internetu przez komórkę) i siłą rzeczy nie pracuję teraz za dużo. Jeszcze kilka dni i się będziemy tu zadomawiać, i będzie coraz normalniej, ale jak na razie przesyłamy wszystkim pozdrowienia z wakacji w East Coast Bays :)

sobota, 18 lipca 2009

W wirze załatwiania przeróżnych spraw

Całe te niemiłe doświadczenia z samochodem miały miejsce w wybitnie niekorzystnym dla nas czasie. Tyle załatwiania i spraw na głowie to jeszcze tutaj nie mieliśmy. Ale to tak zawsze chyba jest, że jak się coś zaczyna dziać, to wszystko na raz.
Niedługo znów zmieniamy mieszkanie. No tak ten czas leci, że ledwo się gdzieś wprowadzamy i już trzeba rozglądać się za czymś następnym :) Tym razem będzie jednak już na dłużej, teraz wynajmujemy normalnie, nie krótkoterminowo. Mieszkania zaczęliśmy szukać jakoś w pierwszym tygodniu lipca. Ostatnią „wycieczką” naszym Subaru był właśnie wypad do North Shore (zdecydowaliśmy, że jednak tam chcemy mieszkać) w celu obejrzenia kilku domków jakie sobie upatrzyliśmy w sieci (oczywiście na TradeMe). Obejrzeliśmy wtedy w North Shore kilka super domów (widok na morze, ogródek z lasem sosnowym itp.), na dwa to byliśmy już w 100% zdecydowani, że bierzemy i nie zdążyliśmy. W obu przypadkach skontaktowaliśmy się z agentem właśnie w momencie, kiedy była podpisywana umowa. Wróciliśmy do domu i znów kilka godzin w sieci i przeglądanie ofert. Następnego dnia wychodzimy z domu uzbrojeni w pokaźną listę interesujących ofert, stajemy na ulicy i … nie mamy w co wsiadać. No i wtedy się zaczęło. Telefony na policję ze zgłoszeniem kradzieży, telefony do ubezpieczalni, telefony do ludzi, z którymi byliśmy poumawiani na oglądanie mieszkań… dużo telefonów i ogólnie zastanawianie się jak to teraz wszystko sobie zorganizujemy. Następnego dnia żeby się trochę zrelaksować poszliśmy na całodniową wycieczkę do zoo. Zrelaksowaliśmy się, pogoda była śliczna, a spacer do zoo i z powrotem też dobrze nam zrobił.
Jak pisałam wcześniej, nie zostaliśmy całkowicie bez samochodu i bardzo szybko mogliśmy normalnie funkcjonować – pożyczyliśmy auto od Markusa, ono i tak stoi nieużywane jak go nie ma i to, że my się kilka razy nim przejedziemy nic mu nie zaszkodzi. No ale Markus nie ma przecież fotelika dla dziecka. No to do kompa i kupowanie. Udało się w miarę sprawnie, nie trzeba było w efekcie nawet po ten fotelik jechać, bo pani sama go nam podwiozła. Pomimo tej głupiej kradzieży, nie zaprzestaliśmy szukania mieszkania, bo takie odkładanie o kilka dni mogłoby wszystko sporo wydłużyć i w efekcie moglibyśmy zostać na końcu lipca bez dachu nad głową. Znów mieliśmy kilka domów upatrzonych i znów zaplanowaliśmy wyprawę do North Shore. Żeby nie było za łatwo, nie mogliśmy po prostu wsiąść do samochodu Markusa i sobie pojechać, bo samochód nie chciał ruszyć – za długo stał i rozładował mu się akumulator. Nie było sąsiadów, kabli nie mieliśmy, więc trzeba było dzwonić po AA żeby przyjechali i odpalili nam auto (mają taką usługę). Przyjechali spóźnieni, ale dotarli i mogliśmy ruszać. Zajechaliśmy pod kilka domów, auto trzeba było zostawiać na chodzie i się nie zapomnieć żeby nie wyłączyć silnika, bo całkowicie rozładowany akumulator tak szybko się nie ładuje. Domki różne, jedne w rewelacyjnej lokalizacji, ale stare i zapuszczone, inne całkiem zadbane, ale nie w takim miejscu jakbyśmy chcieli, jeszcze inne rewelacyjne pod każdym względem, ale poza naszym zasięgiem cenowym itd. Dużo ofert, było z czego wybierać, ale przekonałam się, że taki wybór jest dużo trudniejszy jak już człowiek wie czego się może spodziewać, wie czego by chciał. Jak tu przyjechaliśmy, to wszystko było dobre, bo i tak kompletnie nie wiedzieliśmy czego oczekiwać. No i łatwiej było coś wybrać, a przecież super trafiliśmy. Ale koniec końców jeden z domów na liście przypadł nam do gustu, był bez pośrednictwa agencji (co też jest jakąś oszczędnością), położony blisko morza i miał dodatkowy bajer w postaci basenu do naszej dyspozycji. No to się zdecydowaliśmy. Właściciele bardzo fajni, małżeństwo, chyba młodsi odrobinę od nas, bez dzieci, mieszkają w tym samym domu na górze. Zdecydowaliśmy się od razu, zaklepaliśmy i na drugi dzień mieliśmy już podpisaną umowę wynajmu. W efekcie szukanie mieszkania poszło nam ekspresowo (biorąc pod uwagę niesprzyjające okoliczności).
Kolejna sprawa popchnięta, nadszedł czas na zakupy meblowe. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam – mieszkania na normalny długoterminowy wynajem nie są umeblowane. No może się raz na jakiś czas trafić mieszkanie z meblami, ale to raczej rzadkość. To co jest zawsze, to kuchnia (kuchenka, piekarnik, szafki, czasami lodówka) i łazienka. Reszta do wyposażenia w twoim zakresie. Oczywiście żeby ograniczyć koszty kupujemy raczej używane rzeczy. Trade Me w użyciu non stop, skrzynka mailowa Michała opanowana w 100% przez korespondencję ze sprzedającymi, przez przypomnienia z systemu itp. Kilkadziesiąt maili dziennie, dzwonienie, sms-owanie, istne szaleństwo. Jeszcze to wszystko trzeba odbierać, przewozić, organizować transport… Mózgiem operacyjnym jest Michał i jest w tym całym załatwianu naprawdę rewelacyjny. Jest już takim weteranem, że nie wyobrażam sobie sprwy, której nie byłby w stanie załatwić :)
Idzie nam nieźle, bazę już mamy, będzie na czym spać i na czym zjeść, a to już dobry początek. Właściciele mieszkania mają też ileś gratów, które nam pożyczą (np. łóżeczko dla Tymonka). Dobry sposób na takie zakupy, to przeglądanie aukcji ludzi, którzy wysprzedają cały swój dobytek, bo wyprowadzają się stąd (jadą do innego kraju, wracają do rodzinnego itp.). Okazuje się być takich sporo i rynek używanych rzeczy do domu jest mocno dynamiczny, dzięki czemu trafiają się całkiem niezłe okazje. Szukając chyba kanapy u kogoś wyjeżdżającego „overseas” natknęliśmy się przez przypadek na aukcję samochodu. Bez ceny minimalnej, stan bardzo dobry. Wyznaczyliśmy sobie naprawdę niską cenę do jakiej będziemy licytować, decyzja bardzo szybka, nawet bez oglądania auta, bo nie było już czasu, aukcja kończyła się niedługo. I po iluś tam kliknięciach, tak po prostu staliśmy się właścicielami kolejnego Subaru Legacy, tym razem w naprawdę niskiej cenie, aż nieprzyzwoitej. Samochód wczoraj odebrany, formalności do załatwiania zero, poza 2 minutową wizytą na poczcie z poprzednim właścicielem. Już przejażdżkę za kierownicą zaliczyłam, fajny. Ludzie, od których go kupiliśmy wylatują do Argentyny (on Amerykanin, ona Argentynka), naprawdę pozbywają się wszystkiego, obiecali nam, że w ostatni dzień przed wyjazdem dadzą nam wszystko co im zostało, czego nie sprzedali lub nie dali znajomym. Jako, że my naprawdę nie mamy nic, weźmiemy wszystko z przyjemnością, każdy drobiazg będzie przydatny (garnek, zmiotka, przyprawy, śrubokręt, sztućce itp.). Jesteśmy umówieni z nimi jutro, zobaczymy z jakimi zdobyczami wrócimy :)
Te wszystkie zakupy, to nie jedyne sprawy do załatwiania ostatnio. W międzyczasie toczy się sprawa z immigration. Wizę do pracy przyznali ekspresowo, Michał może zacząć pracę tak, jak ma w kontrakcie. Odezwał się też Londyn, że już mamy rezydenta… prawie, bo brakuje małego szczegółu – musimy udowodnić jakoś że jesteśmy w prawdziwym związku. Opiszę to w następnym wpisie, bo jest co opisywać, a teraz już mi palce spuchły od stukania w klawiaturę. Wspomnę tylko, że cały ten urząd imigracyjny już mnie naprawdę wnerwia i cofam dobre słowa, jakie pisałam na ich temat.

czwartek, 9 lipca 2009

Za dobrze być nie może

Ukradli nam samochód. Wczoraj w nocy. Stał zaparkowany jak zawsze na ulicy pod domem. Brak mi słów i nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Poradzimy sobie, już nam właściciele/sąsiedzi zaproponowali pomoc, możemy też używać samochodu Markusa dopóki on nie wróci. Wiadomo, gorsze rzeczy mogą człowieka w życiu spotkać, ale zawsze to bardzo wkurzające, jak się coś takiego zdarza…

niedziela, 5 lipca 2009

Socjalnie vs. rynkowo - moje refleksje przy okazji umowy o pracę

Juhuuu!!! Ogłaszam oficjalnie, że umowa o pracę wreszcie podpisana! Ostatnie dwa tygodnie to już nie były rozmowy kwalifikacyjne i czekanie na decyzje pracodawców czy chcą Michała zatrudnić. Piłeczka była teraz po stronie Michała, który dostał aż trzy oferty pracy i musiał coś wybrać, negocjować warunki itd. Decyzje bardzo ciężkie z naszej strony (piszę „naszej”, bo ja też mocno w tym wszystkim uczestniczę), dużo rozmów, analizowania różnych możliwości, rozpatrywania za i przeciw, zastanawiania się czego tak naprawdę oczekujesz i po co tu jesteś, szukania informacji o takich rozwiązaniach, jak raczej egzotyczne dla nas opcje na akcje, przygotowania się do negocjacji itd. Każda z trzech firm miała coś ciekawego do zaoferowania i każda miała minusy. Michał okazał się być świetnym negocjatorem (oczywiście pomógł mu fakt 3 ofert w jednym czasie i świadomość, że jest w czym wybierać i jak się nie uda w jednej firmie to inna jest w zapasie), udało mu się podbić oferowane wynagrodzenie, decyzje zostały podjęte i… niedługo zostanę sama w domu z dzieckiem na głowie :) Kiedy? – Jak tylko jakiś urzędas w immigration weźmie wspaniałomyślnie do ręki nasze wnioski i przyzna potrzebne uprawnienia (wiza do pracy, rezydent, cokolwiek..). Pracodawca czeka cierpliwie, ale oczywiście chciałby mieć pracownika jak najszybciej, a nam kasa przecież też się przyda.
Te wszystkie doświadczenia przez te miesiące szukania pracy, rozmowy z różnymi firmami, różne oferty i różne proponowane warunki pokazały nam trochę jak to jest z pracą w Nowej Zelandii. Podstawowy mój wniosek jest taki, że jest tutaj raczej inaczej niż w naszej poczciwej, mocno socjalnej Europie. Jest to rynek dużo bardziej liberalny, podobny chyba trochę do amerykańskiego. Co mam na myśli? Ano to, że np. masz tutaj prawo tylko do 20 dni płatnego urlopu wypoczynkowego + kilka dni świąt, których jest tutaj jak na lekarstwo, już na pewno w porównaniu do płd. Niemiec. Podpisujesz umowę na wynagrodzenie całoroczne, masz określony czas pracy, ale raczej nikt nie słyszał tutaj o płatnych nadgodzinach (w Europie przecież ściśle uregulowane prawnie), o jakiś specjalnych dodatkach delegacyjnych itp. Dla nas dziwnie i trochę nieciekawie wygląda też zapis w umowie, że specjalnym dodatkiem jakiego możesz się tutaj spodziewać od pracodawcy jest 5 dni płatnego urlopu chorobowego i to dopiero po pół roku przepracowanym w firmie!. Jest to całkowity standard tutaj, ale dla nas to raczej szokująca myśl, że nie możesz tak sobie chorować, bo nie dostaniesz wynagrodzenia (no dają ci możliwość tych 5 dni słabości, ale potem radź sobie człowieku sam). Nie ma tutaj żadnych obowiązkowych składek typu ZUS, jeśli chcesz sobie odkładać na gorsze dni, proszę bardzo, jest masa rozbudowanych rynkowych produktów, są też specjalne programy wspomagane rządowo, ale wszystko jest dobrowolne. Nie wiem jeszcze jak działa tutaj cały system emerytalny, jak radzą sobie z członkami społeczeństwa, którym się nie powiodło, którzy mają problemy itd., ale ogólnie wygląda to inaczej niż w Europie. Tutaj panuje rynkowa zasada: pracujesz, jesteś silny i zdrowy – odnosisz sukces i masz pieniądze; nie pracujesz, coś ci się w życiu nie udało, spotkało cię nieszczęście – nie za bardzo możesz liczyć na pomoc państwa, wszystko w twoich rękach i masz to, na co zasłużyłeś w życiu. Przekoloryzowałam trochę, żeby pokazać o czym mówię, z pewnością mają tutaj różne systemy pomocy socjalnej (nie natykamy się tutaj na wyraźną biedę itp.), ale jedno jest pewne: nie jest tutaj aż tak socjalnie jak w Europie. My sobie tego nawet nie uświadamiamy i jest dla nas w Polsce oczywistością prawo do chorobowego, do płatnego urlopu macierzyńskiego, do renty itp., a nie wszędzie na świecie tak jest!
Ten liberalizm jednak nie tylko objawia się w postaci mniej rozwiniętych praw pracowniczych itd., z drugiej strony czuć tutaj dużo bardziej rynkowe nastawienie i większą wolność działania. Mniej biurokracji, każdy biznes ma szanse powodzenia, jeśli tylko jest na niego zapotrzebowanie rynkowe. Masz też możliwość spotkania się z mocno zaawansowanymi rynkowo konstrukcjami, jak pakiety akcji, czy opcje na akcje (rozwiązania bardzo popularne w USA, w branży IT przede wszystkim, w Europie rzadkość). Twój wybór - możesz zarabiać początkowo mniej, poświęcać więcej pracy w rozkręcającej się dopiero firmie (start-up), grasz jakby trochę na giełdzie i jeśli firma się wybije, zarobisz krocie, jeśli firmie się nie uda, żałujesz, że nie wybrałeś pracy w firmie bez takich rozwiązań. Ogólnie im bardziej rynkowy system, jest tak jakby więcej możliwości, masz wrażenie, że sporo od ciebie zależy i że robisz to, co zdecydowałeś, a nie to, co system i przepisy prawne zaplanowały. Może to i naiwne z mojej strony, takie myślenie, ale opieram się na swoich wrażeniach i bieżących refleksjach, które będą mi się najprawdopodobniej jeszcze wiele razy zmieniać.
Podsumowując: Co jest lepsze – rozwiązania bardziej socjalne, czy bardziej rynkowe? Trudno mi jeszcze powiedzieć, wiem jednak, że fajnie mieć szansę spróbowania różnych systemów i podejść…