niedziela, 28 czerwca 2009

Weekendy

Siedzimy oboje w domu z synkiem i wydawałoby się, że nie ma przyczyny żeby weekend był inny od tygodnia, ale jednak (na szczęście!) jest. W weekend mam mniej pracy (nie mogę sobie pozwolić na całkowitą labę, ale mam zauważalnie mniej maili w skrzynce itd.), a Michał nie musi wyczekiwać na telefony, nie dostaje setek maili w sprawie pracy, nie musi ustalać żadnych warunków zatrudnienia (tak :), jest wreszcie na etapie negocjacji warunków i to w 3 firmach na raz) i ogólnie weekendy są dla nas naprawdę wypoczynkiem.
W ramach wypoczynku ruszamy w plener, jeśli tylko pogoda temu sprzyja. W ubiegłym tygodniu sprzyjała niesamowicie i dzięki temu byliśmy na dwóch pięknych wycieczkach i znowu naładowałam się pozytywnym nastawieniem do tego kraju. Widoki, spokój i przestrzeń nie do pobicia…



Ten weekend natomiast deszczowy, ale udało nam się naprawdę super go zagospodarować. Wczoraj (sobota) zrobiliśmy sobie spacer do centrum. Nawet ileś padało, ale to żaden problem, kiedy spacerujesz pod daszkami :) W mieście pokręciliśmy się po różnych sklepach (ogromny sklep z używanymi płytami CD, DVD itp., Borders – taki tutejszy Empik), zaopatrzyłam się w książkę do czytania (Half of a Yellow Sun o Nigerii - wiem, że będzie super, bo ten rodzaj książek – fabularne, dziejące się w „innym” świecie np. Afryka, Indie itp. zawsze mi bardzo pasuje) i na koniec pyszna kawa. Kilka komentarzy: nie jest tutaj niestety tak ja w Niemczech, gdzie wszędzie, dosłownie wszędzie dostaniesz się z wózkiem. Tutaj chodniki równe, nie ma problemu wysokich krawężników, ale żeby dostać się w wiele miejsc musisz pokonać schody, albo w środku nie ma miejsca na łażenie z wózkiem itp. Jeżeli są gdzieś windy, to często bardzo trudno je znaleźć, trzeba daleko do nich iść, przez jakieś parkingi i ogólnie nie jest wcale łatwo. Autobusy miejskie też nie są żadną rewelacją, większość nie ma miejsca na wózek, nie mówiąc o zaniżanych podłogach itp. Nie jest tak źle jak w Polsce, ale mogłoby być lepiej w tym zakresie. Efekt jest taki, że nie widać specjalnie ludzi na wózkach, nie widać aż tyle starszych ludzi chodzących z tymi specjalnymi wózkami-chodzikami (w Niemczech było ich mnóstwo), a w autobusach osoba z dzieckiem w wózku jest rzadkością. To takie uwagi, które nasuwają się w związku z tym, że Tymon jest przecież wszędzie z nami, ale ogólnie centrum Auckland bardzo mi się podoba. No i poczułam trochę, że mieszkamy jednak w sporym mieście, które nie jest wcale martwe kulturalnie – masę koncertów, wystaw, przedstawień i przeróżnych wydarzeń, na każdym kroku jakiś plakat, ulotka, czy gazetka o tym co się dzieje w mieście. Musimy zacząć z tego korzystać. W lipcu będzie w Auckland zapowiadający się naprawdę świetnie międzynarodowy festiwal filmowy. Wg programu, kino z całego świata, już znalazłam kilka filmów, które bezwzględnie chcę zobaczyć, wybierzemy się na pewno, a kwestię Tymona jakoś się rozwiąże (i tak musimy w końcu jakoś przećwiczyć tutejszy system babysitter).
A dzisiaj byliśmy w Auckland Museum. Rewelacyjne miejsce. Nie należy w żadnym wypadku kojarzyć słowa muzeum z nudnym i nieciekawym miejscem, gdzie człowiek idzie z wycieczką szkolną. Jak się przekonaliśmy, muzeum to świetne miejsce na spędzenie pochmurnego dnia, dziecko wybiegało się jak na plaży (a przeszliśmy tylko część), dowiedzieliśmy się trochę o wulkanach, faunie i florze Nowej Zelandii (Tymon rozpoznaje już ptaka kiwi bezbłędnie) i byliśmy na tym osławionym przedstawieniu Maori. Show polecam każdemu - muzyka i taniec, kilka słów o zwyczajach Maorysów, wszystko bardzo miłe dla oka i ucha. Tymonowi też bardzo się podobało, obawiałam się tylko, że przestraszy się tańca haka (taniec wojowników), wykonywanego na finiszu, ale oczywiście okazało się, że żadne tam krzyki i groźne miny maoryskich wojowników mu nie straszne. Całe przedstawienie można sobie filmować, można robić zdjęcia, a na koniec można za darmo zrobić sobie zdjęcie z śliczną Maoryską lub groźnym Maori z wywalonym językiem. Nie mamy jednak żadnych zdjęć, bo wysiadły nam baterie. Ale przecież nie o zdjęcia w takim przedstawieniu chodzi. Jest to atrakcja na żywo. Wyobrażam sobie, że byłoby jeszcze fajniej gdybyśmy siedzieli na dworze, przy ognisku, otoczeni naturalną roślinnością itp. Takie „wioski” Maoryskie dla turystów też tutaj są (np. w okolicach Rotorua) i teraz wiem, że jak ma się trochę kasy do wydania, lubi się etniczną muzykę i chce się poczuć kulturę Maorysów, warto tam się wybrać.


Poza show maoryskim ciekawą atrakcją w muzeum jest możliwość „przeżycia” wybuchu wulkanu. Wchodzi się do takiego specjalnego domku i siada się w salonie (urządzony jak w normalnym mieszkaniu). Salon ma ogromne okno (sztuczne – wyświetlony film) z widokiem na zatokę Hauraki i Rangitoto (z powodzeniem mogłoby to być w jakimś domku w North Shore). Włącza się telewizor i oglądasz wiadomości, w których mówią o bardzo prawdopodobnym wybuchu wulkanu w Auckland, o wstrząsach i aktywności tektonicznej, pokazują ewakuację mieszkańców, którą władze już zarządziły itp. Przez okno widzisz, że nad zatoką, w jednym miejscu zaczyna unosić się para. Nagle w wiadomościach mówią, że wulkan „ruszył” i pokazują ten sam widok, co masz w oknie, ty słyszysz dziwny, coraz głośniejszy „pomruk”, pani w studiu się ekscytuje, mówi, że zaraz będzie erupcja i program się urywa. Ty jednak widzisz w oknie jak nad wodą pojawia się dym, jak woda zaczyna tryskać, jak pojawia się szary popiół, słyszysz huk i czujesz ogromny wstrząs, widzisz jak zaczyna iść ku brzegowi wielka fala wody, a potem czarnej lawy, jak wszystko zbliża się do twojego domu, potem czarny popiół uderza w twoje okno i robi się ciemno i cicho… Na zakończenie, po kilku minutach po ciemku i w ciszy pokazują jeszcze widok za oknem po wybuchu – szaro, wszystko pod kolosalną warstwą popiołu. Na mnie zrobiło to ogromne wrażenie i w jakiś sposób uświadomiłam sobie, że to jest naprawdę bardzo aktywny geologicznie teren. Oni tutaj dobrze o tym wiedzą i nie chodzi o to żeby się bać wybuchu wulkanu i nie chcieć tu mieszkać z tego powodu, ale warto mieć świadomość takiej ewentualności. Władze mają przygotowane plany działania w przypadku zagrożenia wybuchem, geologowie wszystko na bieżąco monitorują... a wulkany tymczasem nadają niesamowitego i niepowtarzalnego charakteru temu miastu.
Podsumowując – muzeum ma do zaoferowania wiele atrakcji, jest to miejsce, gdzie można bardzo ciekawie spędzić czas, wszystko za darmo! (poza show maoryskim) i na pewno jeszcze tam się wybierzemy w jakiś pochmurny dzień.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz