poniedziałek, 15 czerwca 2009

Visitor permit

W ubiegłym tygodniu zawisła nad nami groźba deportacji. No trochę wyolbrzymiam, nie było aż tak drastycznie, ale mieliśmy trochę nerwów. Głównie z naszej winy, bo za bardzo ociągaliśmy się załatwieniem przedłużenia naszej wizy turystycznej (dostaliśmy już pod koniec kwietnia info na maila o tym, że trzeba przedłużyć) i ostatnio okazało się, że mamy już tylko kilka dni na załatwienie tego, a tutejsze immigration daje sobie do miesiąca na całą procedurę. Od razu napiszę, że już wszystko jest ok, mamy przedłużone wszystkie pozwolenia na pobyt (załatwili to w ciągu 2 dni) i nikt nas nie będzie deportował :)
Przy wjeździe do Nowej Zelandii otrzymuje się 3-miesięczną wizę turystyczną. Jest to króciutka rozmowa z immigration officer i masz wizę wbitą w paszporcie. Według oficjalnych zasad powinni sprawdzać bilet powrotny, sprawdzać czy masz odpowiednią ilość kasy na przetrwanie itp., ale nikt tego nie robi. Myśleliśmy, że przedłużenie wizy wygląda tak samo – idziesz, prosisz o przedłużenie, podajesz paszport, wbijają ci wizę i tyle. Ale okazało się, że nie. Nie da się tego załatwić tak po prostu na miejscu, rozmawiając z urzędnikiem. Musisz wysłać specjalny wniosek wraz z całą potrzebną dokumentacją. Wysłanie to odbywa się bardzo prosto, nie musi to być pocztą, wystarczy, że wrzucisz dokumenty do specjalnej skrzynki w urzędzie imigracyjnym, ale nie na wysłaniu trudność polegała. Przez to, że nie ma żadnej rozmowy z człowiekiem, twoja aplikacja musi być kompletna i zawierać wszystkie możliwe potrzebne dokumenty, zaświadczenia itp. Czyli tym razem musieliśmy przedstawić bilet powrotny i udokumentować jakoś, że mamy kasę na pobyt tutaj. No i było z tym trochę zachodu.
Najpierw wizyta w biurze Korean Air w celu otrzymania dowodu na to, że mamy wykupiony bilet powrotny. Takiego dowodu nie da się dostać bez ustalonej daty lotu więc musieliśmy zamknąć swój bilet (który dzięki jakiemuś zamieszaniu w Korean Air w kwietniu mieliśmy w opcji open) i zdecydować się na jakiś termin wylotu stąd. No to zaplanowaliśmy sobie wyjazd do Polski na koniec sierpnia :) Potem do Immigration Office, żeby wziąć te wnioski do wypełnienia i wszystkiego się dowiedzieć. Na szczęście tutejsze city nie należy do ogromnych, wszystkie większe firmy, urzędy itp. mają swoje biura w kilku wieżowcach, przy kilku głównych ulicach i tak naprawdę można wszystko załatwić prawie na miejscu bez potrzeby wsiadania w samochód, czy autobus. W urzędzie całkiem przyjaźnie, bez specjalnych kolejek, ale nie było też pusto (jest tu na tyle dużo imigrantów, że możliwe, że jest to jeden z najciężej pracujących urzędów). Pani na informacji potwierdziła nam jak wygląda cała procedura, wyjaśniła jakie dokumenty mamy złożyć i pocieszyła, że jeśli złożymy teraz wniosek, to powinniśmy się wyrobić w czasie, pomimo że oni mają na rozpatrzenie tego 30 dni. Potrzebne znowu były nasze zdjęcia (dobrze, że wzięliśmy sobie ich większy zapas i nie trzeba było za tym biegać), ten bilet lotniczy i zaświadczenie naszych zasobów pieniężnych. Żeby zapewnić sobie jak najszybsze popchnięcie sprawy, chcieliśmy dać im jak najwięcej zaświadczeń, żeby już się niczego nie czepiali, nie musieli kontaktować z nami itd. Dlatego oprócz kopii karty kredytowej daliśmy im też wyciągi z naszych kont i oświadczenia ile mamy kasy w gotówce. Wszystko super, ale te nieszczęsne wyciągi trzeba było przeliczyć na dolary NZ. No i oczywiście nie wystarczy zwyczajne twoje przeliczenie kursu, ale musi być jakoś poświadczone, najlepiej przez bank. No to do banku. Banków od groma i ciut ciut w centrum, ale pojawiła się inna idiotyczna przeszkoda – nigdzie nie mieli oficjalnego kursu naszej szacownej złotówki! (Jak fajnie byłoby gdybyśmy mieli po prostu euro w Polsce.) Byliśmy w kilku bankach i nic, byliby oczywiście w stanie sprawdzić sobie ten kurs gdzieś w sieci, ale nie mieli go w swoich systemach bankowych i nie byli w stanie dać nam żadnego zaświadczenia tego kursu (a o te głupie zaświadczenia w całej tej papierologii chodzi!). W końcu znaleźliśmy kantor z bardzo miłą panią obsługującą, której chciało się chwilę poszukać kursu złotówki i okazało się, że go mają. Wydrukowała nam przeliczenie kwot i mieliśmy co załączyć do wniosku, który udało nam się złożyć jeszcze tego samego dnia.
Tak ogólnie, to uważam, że całe to sprawdzanie czy masz kasę na pobyt tutaj jest bardzo głupie, przecież to mocno poufna informacja, a poza tym to da się bez problemu zakombinować, żeby wykazać więcej pieniędzy na koncie. Powinno im wystarczyć nasze prywatne oświadczenie i możliwe, że wystarczyłoby, ale woleliśmy już nie ryzykować. Ogólne żyje się tu całkowicie bez biurokracji, wszystko załatwia się bez prawie żadnych papierów, poza sprawami imigracyjnymi… :( Ale załatwione, status wniosku można sprawdzać sobie w sieci i po dwóch dniach mieliśmy już info, że wizy mamy przedłużone.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz