środa, 3 czerwca 2009

Po przeprowadzce

No to jesteśmy po przeprowadzce. Mamy już naprawdę nieźle opanowane pakowanie się, sprzątanie, zdawanie mieszkań itp. więc wszystko poszło nam bardzo sprawnie. No i od kilku dni mieszkamy w nowym miejscu.
Tymon, jak to Tymon - wszedł, zajrzał do każdego kąta i zaczął sobie tu normalnie funkcjonować. Jego elastyczność jest naprawdę niesamowita. Patrząc na niego, nie mam pojęcia skąd biorą się przekonania, że dziecku nie powinno się zmieniać otoczenia, że nie powinno się wprowadzać specjalnych zmian w jego ułożonym życiu itp. On jest żywym i super zadowolonym przykładem, że zmiany nie szkodzą. Śpi w nowym łóżeczku (właścicielka mieszkająca obok okazała się być wyposażona w taki sprzęt jak łóżeczko turystyczne i pożyczyła nam je beż żadnego problemu), w nowym otoczeniu (znów z nami w pokoju), jada z innych naczyń, siedzi w nowym miejscu, przez ostatnie dni nie miał nawet specjalnego krzesełka, wychodzi na nowe podwórko, gdzie rosną inne, nowe rośliny (mamy w ogródku np. drzewko feijoa, którego owoce synek uwielbia zbierać i przynosić do domu) i zachowuje się jakby nic się nie zmieniło (!).
To chyba my mamy większe zagadnienie z dostosowywaniem się. Lubimy to, człowiek dzięki temu nie „zastyga” i się nie nudzi, ale trochę roboty z tym jest. Już to przećwiczyliśmy kilka razy i wiem, że takie „opanowanie” nowego domu i okolicy zajmuje nam tak około 2-3 tygodni. To są takie banały, ale np. człowiek musi sobie wyćwiczyć gotowanie w nowej kuchni, z nowymi naczyniami, musi dostosować się do nowego wnętrza i dostosować też to wnętrze do siebie (np. znaleźć sobie wygodne miejsce do wylegiwania się, znaleźć sobie miejsce do ślęczenia przy kompie itd.), trzeba też zapoznać się z najbliższymi sklepami i wiedzieć gdzie co najlepiej kupować, trzeba wiedzieć gdzie parkować samochód, jak segregować śmieci i kiedy je wyrzucać i jeszcze cała masa podobnych rzeczy. Nam tutaj jeszcze dochodzi zagadnienie nauczenia się ogrzewania mieszkania (kiedy włączyć grzejnik, gdzie go najlepiej ustawić) i ogólnie dostosowanie otoczenia do Tymonka. On oczywiście nie widzi tej potrzeby dostosowywania i wolałby, żeby jak najwięcej szafek i przeróżnych przedmiotów było w jego zasięgu, no ale my wolimy pousuwać najbardziej newralgiczne przedmioty z jego otoczenia (chociaż gitara zostawiona przez Markusa stoi sobie cały czas nietknięta przy kanapie). Poprzednie mieszkanie było bardzo „dziecięce”, to natomiast jest mieszkaniem faceta singla, czyli jest tu całkowicie inaczej (co w żadnym wypadku nie należy rozumieć jako źle). Tam mieliśmy masę naczyń, które można było nawet zniszczyć, bo nie były to jakieś specjalne komplety, tutaj na odwrót – elegancki zestaw, wszystkiego po 4 sztuki; tam była masa ściereczek i ręczników przydających się mocno przy plamiącym ciągle i wszystko maluchu, tutaj absolutne minimum w tym zakresie; tam mieliśmy super wygodny przewijak, tutaj musieliśmy wrócić do przewijania na łóżku; tam masa kocyków, przścieradeł itp., tutaj jeden wielki koc i to wszystko; tam była wanna i masa zabawek do kąpieli, tutaj jest tylko prysznic (Tymon będzie musiał nauczyć się kąpać „po dorosłemu”, a jak nie, to kupimy jakąś wielką miskę); no i przede wszystkim tam były setki zabawek, tutaj synek ma to, co udało się przywieźć samolotem + to, co sobie sam znajdzie do zabawy.
Nasze dostosowywanie się polega więc też trochę na zakupach i Trade Me znów jest mocno używane. Jak na razie wyposażyliśmy się (właśnie dzisiaj) w krzesełko dla Tymona i w klocki Duplo. Co do krzesełka, to jest ogromne i dziwaczne (skomplikowana konstrukcja, nie składa się kompaktowo), ale było tanie i swoją funkcję spełni. Polowaliśmy na super fajne krzesełko z IKEI (takie co mieliśmy w tych odległych czasach przed Nową Zelandią), ale niestety okazało się, że IKEA to bardzo droga marka tutaj (najbliższy sklep jest w Sydney i trzeba zamówić sobie przesyłkę lotniczą), uznawana i pożądana i nawet używane rzeczy osiągają bardzo wysokie ceny (krzesełko używane zeszło za czterokrotność sklepowej ceny europejskiej!). Szkoda, bo to była chyba najfajniejsza rzecz jaką mieliśmy dla Tymona i to kupiona za cenę paczki pieluch! No, ale przeżyjemy z tym dziwolągiem, co nabyliśmy. Tymon i tak radzi sobie coraz lepiej na zwyczajnym krześle i poduszce. Co do klocków, to stwierdziliśmy, że jest to bardzo potrzebny zakup. Synek potrafi już budować niezłe konstrukcje, a oprócz tego, to trzeba mieć jakieś zabawki, bo inaczej nie ma czym dzieciaka zająć i człowiek musi cały czas się z nim gonić po stołach, krzesłach, kanapach itp. Co do klocków, to mam jeszcze małą dygresję. Po zakup jak zwykle trzeba jechać i go odebrać. Akurat klocki są w North Shore. Oczywiście można tam jechać, ale żeby nie robić niepotrzebnej wyprawy, Michał chciał upewnić się czy czasami osoba sprzedająca nie pracuje w city lub bywa w okolicy Grey Lynn/Ponsonby (nasza nowa okolica). No i taką to odpowiedź otrzymał: „Nie, nie pracuję w city, jestem MAMĄ!” (to moje wolne tłumaczenie). No to taki mały dowód na to, że tutejszy model rodziny z dziećmi to niepracująca (w znaczeniu nie zarabiająca kasy, bo przecież ciężko pracująca) mama + pracujący i zarabiający tata + raczej więcej niż jedno dziecko.

3 komentarze:

  1. Wreszcie nadrobiłam zaległości w czytaniu Twoich wpisów i deklaruję się odtą jako wierna czytelniczka. Pozdrowienia z Polski, gdzie pogoda też marudna - Gosia Masełko-Swędrak.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cześć, mam na imię Tomek i jestem kolegą Michała z czasów kiedy pracował jeszcze we Wrocławiu (mam nadzieję że kojarzy jeszcze Majchra). Czytam Twojego bloga bo ogólnie byłem i jestem nadal bardzo zainteresowany jak może układać się życie młodych Polaków po drugiej stronie kuli. Blog bardzo ciekawy, staram zaglądać tu regularnie, a to pierwszy komentarz. Piszę aporopos tego krzesełka z IKEI. Czy chodzi o takie zwykłe krzesełko, czy te zwykłe krzesełko jest fajne dla maluszka? Na rynku w Niemczech czy w Polsce, jest dużo więcej wybajerzonych krzesełek, czy to zwykłe z IKEI jest lepsze?

    Pozdrawiam, Tomek.

    OdpowiedzUsuń
  3. Cześć Tomek, Fajnie wiedzieć, że blog ma regularnych czytelników :)
    Co do krzesełka, to my mieliśmy to najzwyklejsze krzesełko z Ikei, Antilop za 50 zł + 15 zł blat. Moim zdaniem jest ono rewelacyjne, lekkie, bez zbędnych funkcji, łatwo je przewieźć, utrzymać w czystości itd. Polecam z czystym sumieniem, na pewno się sprawdzi :)
    Pozdrowienia z NZ
    Bogna

    OdpowiedzUsuń