wtorek, 16 czerwca 2009

Na co dzień

Wiedziemy ostatnio całkiem pospolite życie, niewiele się ruszamy w teren ze względu na pogodę (wilgotno, deszczowo) i zmagamy się z całkiem pospolitymi zagadnieniami. Po kolei…
Popaduje sobie ostatnio całkiem często, jest ciepło, ale wilgotno. Porównałabym obecne, zimowe warunki klimatyczne do naszej wczesnej wiosny. Kiedy na dworze jest wilgotno, a w mieszkaniu nie ma porządnego ogrzewania, zaczyna człowiek zauważać ile w codziennym funkcjonowaniu „produkuje” wilgoci i musi sobie jakoś radzić z jej usuwaniem. W łazience zauważyliśmy ostatnio zaczątki jakiejś bardzo rozpowszechnionej tutaj odmiany mikrogrzyba, który uwielbia parne łazienkowe warunki i powolutku wrasta sobie we wszelkie łazienkowe powierzchnie. Głównym sposobem walki z tym wrednym czymś jest osuszanie. No to osuszamy. Podczas brania prysznica działa cały czas grzejniczek-dmuchawa, a okno jest otwarte. Wyczytaliśmy na jakiejś stronie internetowej poświęconej walce z wilgocią w domach (oni takich poradników mają tutaj pełno), że podczas jednej kąpieli wydostaje się do pomieszczenia 1-2 litrów wody! I tej wody trzeba się jakoś pozbyć, jeśli nie chce się doprowadzić łazienki do ruiny. Tak więc po prysznicu należy porządnie przewietrzyć pomieszczenie, a najlepiej wytrzeć wszystko co się da. Nie ma mowy o zostawieniu ręcznika w łazience, który po pierwsze i tak nie wyschnie, a po drugie jest kolejnym źródłem wilgoci. No i tak sobie na co dzień zmagamy się z wilgocią :). Jest ona też jakimś zagadnieniem podczas gotowania, no i jak chce człowiek coś wysuszyć (ręcznik, pranie) to też nie jest łatwo. Ale Kiwi mają to oczywiście opracowane i zazwyczaj każdy dom jest wyposażony w zadaszone miejsce w ogródku do suszenia. My też takie mamy :)
Kolejnym „żywiołem”, z którym walczymy są mrówki. One też pojawiają się, jak jest przez kilka dni wilgotno. To są takie malutkie mróweczki, inne od tych naszych, całkowicie nieszkodliwe, poza tym, że opanowują w niesamowitym tempie wszelkie miejsca, gdzie jest jakieś jedzenie (kuchnia). Jest to oczywiście całkowicie pospolite zagadnienie tutaj i w każdym sklepie można kupić taniutki spray, który skutecznie te stwory wyniszcza. My już się w taki spray wyposażyliśmy i niech tylko jakaś mrówka się pojawi… Mieliśmy też popsuty prysznic (leciała tylko gorąca woda), był hydraulik i wszystko załatwione. Ogólnie mamy na co dzień masę drobiazgów, z którymi się człowiek użera, tak jak wszędzie, w jakimkolwiek miejscu na świecie (żebyście nie myśleli, że aż taki raj tutaj).
Czujemy już też pomału, że czas na zmianę sytuacji, że już wystarczy nam wspólnego siedzenia w domu. No musi ten mój mąż iść do pracy i już! Obecnie jest kilka firm na horyzoncie, w których Michał jest już naprawdę daleko w procesie rekrutacyjnym. Ponarzekam sobie znowu tutaj, że oni naprawdę mają te procesy powolne. No nikomu się nie spieszy. Kolejny „dziwactwem” z jakim się tu spotykamy, to że wszyscy tutaj chcą sprawdzać referencje. To taki oczywisty element rekrutacji tutaj. No i kontaktują się z Europą, zawracają kompletnie niepotrzebnie głowę ludziom z innych firm, tak jakby tamci nie mieli nic innego do roboty, tylko opisywanie swojego dawnego pracownika. Nie wiem po co im to, przecież wiadomo, że nie podasz kontaktu do kogoś, kto będzie źle o tobie mówił, czyli z góry wiadomo czego się dowiesz z tych referencji (słowa klucze: flexible, team player, efficient, creative… bla, bla, bla…). A najlepsza była ostatnio jedna firma (idzie Michał tam na kolejną rozmowę, czyli są mocno nim zainteresowani), która wstrzymała cały proces rekrutacyjny na prawie 2 tygodnie, bo bardzo im Michał przypadł do gustu jako kandydat i mocno odstawał od innych osób, od jakich dostali CV i stwierdzili, że właśnie dlatego, że on się tak dobrze zaprezentował, nie mogą za szybko podjąć decyzji i muszą poczekać na więcej przyzwoitych kandydatów. No i bądź tu mądry. Normalnie człowiek może się cieszyć, że nie ma konkurencji, ale nie tutaj, bez konkurencji też nie dobrze. No i znowu mogę tylko stwierdzić, że mają tutaj swoje udziwnione zwyczaje i nic nie da się zrobić tylko je akceptować i cierpliwie czekać. W końcu nikt nas nie zmuszał żebyśmy tu przyjeżdżali.
Na co dzień jest całkowicie zwyczajnie. Wypożyczamy teraz filmy (mamy całkiem fajną, ogromną wypożyczalnię pod domem) i oglądamy sobie różności. Mają naprawdę masę filmów, przeróżnych, z całego świata, hollywoodzkich i offowych, różnych ciekawostek festiwalowych, czyli jest w czym wybierać. Będzie co robić w zimowe wieczory. Chociaż na brak zajęć wieczorem nie narzekam, bo mam sporo pracy i to właśnie głównie wieczorami (jakkolwiek chciałabym to sobie zorganizować, nie przeskoczę faktu tej 10-godzinnej różnicy czasu w stosunku do Europy, a sporo moich zadań wymaga kontaktu, czy feedbacku od ludzi w Europie i codziennie wieczorem zaczyna się dużo dziać w pracy). Zaleta jest taka, że mam trochę luzu w ciągu dnia, kiedy wy tam sobie słodko śpicie i udaje mi się nawet znaleźć chwilę na poczytanie. Ostatnio zabrałam się za „Perfume” (akurat jest na wyposażeniu mieszkania), i zdziwiłam się, że w oryginale ta książka jest po niemiecku (a nie po francusku jak myślałam, przecież akcja dzieje się w Paryżu), a ja jeszcze w Ulm zastanawiałam się co oryginalnie niemieckiego sobie przeczytać. Dobra literatura, polecam.
Wspomnę jeszcze tylko o moim ostatnim wielkim postanowieniu, w którym planuję wytrwać. Zaczęłam biegać! Piszę to tu oficjalnie żeby mieć motywację i nie wycofać się za szybko. Nie jest to może na razie takie fachowe bieganie, raczej coś w formie marszo-biegu. No, ale może z czasem uda mi się rozwinąć swoją kondycję (która obecnie leży całkowicie, no ale czego tu oczekiwać od kogoś, kto ostatni raz w życiu biegał w czasach liceum) i wypełnić całą 20-30 minutową sesję biegiem. Nasz park do joggingu nadaje się idealnie, rano pogoda zazwyczaj piękna, nic tylko wykorzystywać to. No to postanowiłam korzystać i trzymajcie kciuki żebym za szybko się nie poddała.

1 komentarz:

  1. Trymam kciuki! Powodzenia! Dorota Wujek (Pojasek)

    OdpowiedzUsuń