poniedziałek, 8 czerwca 2009

Grey Lynn / Ponsonby

Zainteresowani mogą sobie zobaczyć na mapie gdzie teraz mieszkamy. Na mapie widać, że jest to bardzo blisko ścisłego centrum, co nam objawia się tym, że Sky Tower widać stąd jak na wyciągnięcie ręki, a do miasta autobusem jedzie się niecałe 10 min (na piechotę podobno około 30 min, jeszcze nie próbowaliśmy).
Pierwsze wrażenia z nowej okolicy: jest to jakby totalnie inne miasto od tego, w którym mieszkaliśmy dotychczas. Wygląda to inaczej, funkcjonuje się tu inaczej i ogólnie jest inaczej. Tak jak chcieliśmy, próbujemy teraz życia w mieście, a nie na „suburbiach”. Tak całkowicie na świeżo stwierdzam, że chyba wolę te tutejsze suburbia z plażami co kawałek itd., bo są one dla nas czymś całkowicie innym, czymś czego nie ma w Europie, a tutaj jest fajnie (nadal utrzymuję, że jest to jedno z lepszych miast do życia), ale jest to po prostu miasto i nie jest już to tak „egzotyczne” jak mieszkanie blisko plaży. Jest to jednak świeże stwierdzenie, po tygodniu spędzonym tutaj i bardzo możliwe, że jeszcze wiele razy zmienię zdanie :)
Ponsonby i Grey Lynn to bardzo stare dzielnice Auckland, chyba jedne z najstarszych, co widać tutaj na każdym kroku. Wszystko tutaj jest stare, nie aż zabytkowe, ale widać, że okolica ta ma co najmniej 100 lat. Wzdłuż niektórych ulic rosną duże, stare drzewa, większość domów też prezentuje się wiekowo. Są to domy w stylu wiktoriańskim (to taki, który my znamy chyba przede wszystkim z amerykańskich filmów pokazujących jakieś bardziej południowe stany), drewniane, zazwyczaj białe (chociaż szary i błękitny też wchodzi w grę), z krużgankiem, drewnianymi kolumnami i ażurowymi zdobieniami. Załączam parę fotek, żeby było wiadomo o czym mówię.



Wzdłuż głównych ulic natomiast, ciągnie się niska zabudowa, jest to coś, co można chyba po naszemu nazwać kamieniczkami. Budynki te są też raczej stare, w wielu przypadkach z poodpryskiwaną farbą, trochę zaniedbane, ale wszystko ma swój charakter. To moje wrażenie zaniedbania i starości ma chyba dwie przyczyny: 1. Kiwi mają raczej trochę inne normy estetyczne niż my – tutaj rzeczy mają przede wszystkim spełniać swoją funkcję, a nie wyglądać, jeżeli coś jest stare, ale cały czas działa, to nie wymienia się tego na nowszy, lepszy model tylko dlatego, że taki nowszy model istnieje i wygląda ładniej; 2. Jest to dzielnica o trochę artystycznym, designerskim charakterze (galerie, sklepy z akcesoriami do malowania, sklepy z antykami i starymi rzeczami, dużo sklepów z designerskimi ciuchami, ale nie takich eleganckich od markowych projektantów tylko takich wyglądających na sklepy miejscowych projektantów itd.) i cały ten wygląd „vintage” jest jakby trochę zamierzony. Mieszka tu więcej studentów, ludzi typu lekkoduch, ludzi, którzy wynajmują mieszkania, pokoje itp. i nie wprowadzają się tutaj z zamiarem dbania o dom i ogródek, remontowania i odnawiania, bo tacy co się osiedlają i wiją sobie sobie swoje śliczne gniazdko, wybierają raczej inne miejsca (np. Epsom, czy chociażby takie North Shore, w którym mieszkaliśmy).



Teraz nie chodzimy już na spacery na plażę, tylko do parku i na rundę po kafejkach. To co jest tu rewelacyjne, to że na każdym kroku jest jakaś knajpka, barek, piekarenka itp. Te zdrobnienia nie są przypadkowe, bo zazwyczaj są to małe lokale, takie na kilka stolików, często prowadzone przez właściciela (to też ma swój urok). No i możesz sobie iść na francuskie ciastko, włoską kawę, meksykańskie burrito, japońskie sushi, hinduskie curry, tajskie, malezyjskie, chińskie, wietnamskie i tak naprawdę prawie wszystkie, jakie sobie wymyślisz specjały. No nie natknęłam się jeszcze na polskie pierogi, ale może z czasem się coś znajdzie :) Idąc ulicą czujesz zapach kawy, dobrych wypieków, smakowitych dań, ludzie siedzą sobie przy stoliczkach, czytają gazety, gadają i ogólnie jest naprawdę miło. Rewelacyjnym „wynalazkiem” są też tutaj te ich zadaszone chodniki. Zadaszenie to, to nie bynajmniej jakaś publiczna inicjatywa, to całkowicie prywatne daszki, markizy, przedłużenia lokali itp., które wyrastają z każdego budynku. Znów można stwierdzić, że nie wygląda to jakoś super estetycznie, często jest to jakaś blacha falista albo coś takiego, ale jakie to praktyczne. Zimą osłania od deszczu, latem osłania od słońca i ogólnie jeśli prawie każdy coś takiego wybuduje, to można sobie spacerować po ulicy nie zwracając uwagi na pogodę. Jedynym minusem jaki dotychczas zauważyłam jest fakt niedostosowania wielu miejsc do wózka – brak podjazdów, schodki itp.
Nie mamy teraz plaż, ale parki są i to kilka. Duże, z super wypasionymi placami zabaw. W parkach chyba najbardziej widać to, że zrobiła się już zima. Jak pojedziesz w teren, np. do Waitakere, to tej zimy tak nie widać, bo otacza cię bujny las deszczowy, w parkach miejskich jest jednak w większości roślinność charakterystyczna dla parków miejskich i brązowe liście nie należą do rzadkości. Nasze wyjścia z domu z Tymonem polegają teraz na wyjściach do parku. Po drodze kupno kawki i przekąski i na zjeżdżalnie :) Na szczęście ma synek przestrzeń do wyszalenia się, ja natomiast dzięki niemu odrobinę fitnessu, bo teren tutaj jest, jak wszędzie, mocno pagórkowaty i łażenie z wózkiem (który teraz znów jest intensywnie używany, bo tutaj już nie wsiada się do samochodu jak tylko wychodzi się z domu) jest nie lada ćwiczeniem kardio.

1 komentarz:

  1. Małgorzata Masełko-Swędrak13 czerwca 2009 00:10

    A czy można uzyskać jakąś socjologiczną ocenę tego, jak w kraju kiwi obchodzi się urodziny? Najlepiej z autopsji;) Lekko spóźnione życzenia wszelkiego powodzenia:))

    OdpowiedzUsuń