niedziela, 28 czerwca 2009

Weekendy

Siedzimy oboje w domu z synkiem i wydawałoby się, że nie ma przyczyny żeby weekend był inny od tygodnia, ale jednak (na szczęście!) jest. W weekend mam mniej pracy (nie mogę sobie pozwolić na całkowitą labę, ale mam zauważalnie mniej maili w skrzynce itd.), a Michał nie musi wyczekiwać na telefony, nie dostaje setek maili w sprawie pracy, nie musi ustalać żadnych warunków zatrudnienia (tak :), jest wreszcie na etapie negocjacji warunków i to w 3 firmach na raz) i ogólnie weekendy są dla nas naprawdę wypoczynkiem.
W ramach wypoczynku ruszamy w plener, jeśli tylko pogoda temu sprzyja. W ubiegłym tygodniu sprzyjała niesamowicie i dzięki temu byliśmy na dwóch pięknych wycieczkach i znowu naładowałam się pozytywnym nastawieniem do tego kraju. Widoki, spokój i przestrzeń nie do pobicia…



Ten weekend natomiast deszczowy, ale udało nam się naprawdę super go zagospodarować. Wczoraj (sobota) zrobiliśmy sobie spacer do centrum. Nawet ileś padało, ale to żaden problem, kiedy spacerujesz pod daszkami :) W mieście pokręciliśmy się po różnych sklepach (ogromny sklep z używanymi płytami CD, DVD itp., Borders – taki tutejszy Empik), zaopatrzyłam się w książkę do czytania (Half of a Yellow Sun o Nigerii - wiem, że będzie super, bo ten rodzaj książek – fabularne, dziejące się w „innym” świecie np. Afryka, Indie itp. zawsze mi bardzo pasuje) i na koniec pyszna kawa. Kilka komentarzy: nie jest tutaj niestety tak ja w Niemczech, gdzie wszędzie, dosłownie wszędzie dostaniesz się z wózkiem. Tutaj chodniki równe, nie ma problemu wysokich krawężników, ale żeby dostać się w wiele miejsc musisz pokonać schody, albo w środku nie ma miejsca na łażenie z wózkiem itp. Jeżeli są gdzieś windy, to często bardzo trudno je znaleźć, trzeba daleko do nich iść, przez jakieś parkingi i ogólnie nie jest wcale łatwo. Autobusy miejskie też nie są żadną rewelacją, większość nie ma miejsca na wózek, nie mówiąc o zaniżanych podłogach itp. Nie jest tak źle jak w Polsce, ale mogłoby być lepiej w tym zakresie. Efekt jest taki, że nie widać specjalnie ludzi na wózkach, nie widać aż tyle starszych ludzi chodzących z tymi specjalnymi wózkami-chodzikami (w Niemczech było ich mnóstwo), a w autobusach osoba z dzieckiem w wózku jest rzadkością. To takie uwagi, które nasuwają się w związku z tym, że Tymon jest przecież wszędzie z nami, ale ogólnie centrum Auckland bardzo mi się podoba. No i poczułam trochę, że mieszkamy jednak w sporym mieście, które nie jest wcale martwe kulturalnie – masę koncertów, wystaw, przedstawień i przeróżnych wydarzeń, na każdym kroku jakiś plakat, ulotka, czy gazetka o tym co się dzieje w mieście. Musimy zacząć z tego korzystać. W lipcu będzie w Auckland zapowiadający się naprawdę świetnie międzynarodowy festiwal filmowy. Wg programu, kino z całego świata, już znalazłam kilka filmów, które bezwzględnie chcę zobaczyć, wybierzemy się na pewno, a kwestię Tymona jakoś się rozwiąże (i tak musimy w końcu jakoś przećwiczyć tutejszy system babysitter).
A dzisiaj byliśmy w Auckland Museum. Rewelacyjne miejsce. Nie należy w żadnym wypadku kojarzyć słowa muzeum z nudnym i nieciekawym miejscem, gdzie człowiek idzie z wycieczką szkolną. Jak się przekonaliśmy, muzeum to świetne miejsce na spędzenie pochmurnego dnia, dziecko wybiegało się jak na plaży (a przeszliśmy tylko część), dowiedzieliśmy się trochę o wulkanach, faunie i florze Nowej Zelandii (Tymon rozpoznaje już ptaka kiwi bezbłędnie) i byliśmy na tym osławionym przedstawieniu Maori. Show polecam każdemu - muzyka i taniec, kilka słów o zwyczajach Maorysów, wszystko bardzo miłe dla oka i ucha. Tymonowi też bardzo się podobało, obawiałam się tylko, że przestraszy się tańca haka (taniec wojowników), wykonywanego na finiszu, ale oczywiście okazało się, że żadne tam krzyki i groźne miny maoryskich wojowników mu nie straszne. Całe przedstawienie można sobie filmować, można robić zdjęcia, a na koniec można za darmo zrobić sobie zdjęcie z śliczną Maoryską lub groźnym Maori z wywalonym językiem. Nie mamy jednak żadnych zdjęć, bo wysiadły nam baterie. Ale przecież nie o zdjęcia w takim przedstawieniu chodzi. Jest to atrakcja na żywo. Wyobrażam sobie, że byłoby jeszcze fajniej gdybyśmy siedzieli na dworze, przy ognisku, otoczeni naturalną roślinnością itp. Takie „wioski” Maoryskie dla turystów też tutaj są (np. w okolicach Rotorua) i teraz wiem, że jak ma się trochę kasy do wydania, lubi się etniczną muzykę i chce się poczuć kulturę Maorysów, warto tam się wybrać.


Poza show maoryskim ciekawą atrakcją w muzeum jest możliwość „przeżycia” wybuchu wulkanu. Wchodzi się do takiego specjalnego domku i siada się w salonie (urządzony jak w normalnym mieszkaniu). Salon ma ogromne okno (sztuczne – wyświetlony film) z widokiem na zatokę Hauraki i Rangitoto (z powodzeniem mogłoby to być w jakimś domku w North Shore). Włącza się telewizor i oglądasz wiadomości, w których mówią o bardzo prawdopodobnym wybuchu wulkanu w Auckland, o wstrząsach i aktywności tektonicznej, pokazują ewakuację mieszkańców, którą władze już zarządziły itp. Przez okno widzisz, że nad zatoką, w jednym miejscu zaczyna unosić się para. Nagle w wiadomościach mówią, że wulkan „ruszył” i pokazują ten sam widok, co masz w oknie, ty słyszysz dziwny, coraz głośniejszy „pomruk”, pani w studiu się ekscytuje, mówi, że zaraz będzie erupcja i program się urywa. Ty jednak widzisz w oknie jak nad wodą pojawia się dym, jak woda zaczyna tryskać, jak pojawia się szary popiół, słyszysz huk i czujesz ogromny wstrząs, widzisz jak zaczyna iść ku brzegowi wielka fala wody, a potem czarnej lawy, jak wszystko zbliża się do twojego domu, potem czarny popiół uderza w twoje okno i robi się ciemno i cicho… Na zakończenie, po kilku minutach po ciemku i w ciszy pokazują jeszcze widok za oknem po wybuchu – szaro, wszystko pod kolosalną warstwą popiołu. Na mnie zrobiło to ogromne wrażenie i w jakiś sposób uświadomiłam sobie, że to jest naprawdę bardzo aktywny geologicznie teren. Oni tutaj dobrze o tym wiedzą i nie chodzi o to żeby się bać wybuchu wulkanu i nie chcieć tu mieszkać z tego powodu, ale warto mieć świadomość takiej ewentualności. Władze mają przygotowane plany działania w przypadku zagrożenia wybuchem, geologowie wszystko na bieżąco monitorują... a wulkany tymczasem nadają niesamowitego i niepowtarzalnego charakteru temu miastu.
Podsumowując – muzeum ma do zaoferowania wiele atrakcji, jest to miejsce, gdzie można bardzo ciekawie spędzić czas, wszystko za darmo! (poza show maoryskim) i na pewno jeszcze tam się wybierzemy w jakiś pochmurny dzień.

niedziela, 21 czerwca 2009

Osiągi Tymona

Dzisiaj krótko, ale chcę na bieżąco pochwalić się wyczynem mojego synka. Byliśmy dzisiaj na plaży Anawhata w Waitakere. To kolejna z plaż po zachodniej stronie, podobna do Piha, Karekare czy Muriwai. To co ją wyróżnia, to że nie podjeżdża się tam blisko samochodem, na poziom plaży, tylko parkuje się na górze (tak gdzieś 150m n.p.m.) i robi się ładny spacerek, jak w górach. Bierzemy cały czas ze sobą na każdą wycieczkę plecak-nosidło, ale okazuje się on być ostatnio całkowicie zbędny. Dzisiaj jednak, gdy zobaczyłam jak wygląda nasza trasa (mocno stroma górka, zalesiona, wąska ścieżka) byłam przekonana, że kawałek i synek idzie na plecy. I tu mnie skarbek zaskoczył. Zeszliśmy calutką drogę, do samej plaży, trzymając tylko Tymonka za rękę, żeby się nie za bardzo rozpędził.
Na plaży byliśmy tak gdzieś z godzinkę, cały czas w ruchu, Tymon zrobił oczywiście 3 razy taką trasę jak my, bo on biega tam i z powrotem i wokół nas itd. Nie rozsiadywaliśmy się tam, bo chociaż świeciło piękne słońce, to silny, zimny wiatr od morza dał nam mocno do wiwatu. Droga powrotna do samochodu tą samą trasą, tym razem pod górkę. Ja już się zabieram do pakowania synka do plecaka, ale Michał stwierdził, że niech kawałek jeszcze idzie, zmęczy się i będzie ładnie spał w samochodzie. No to idziemy. No i synek doszedł sam, na swoich maleńkich nóżkach na samą górę!!! Powtarzam – trasa górska, całkiem strome podejście, a ten szkrab tak po prostu… Bez zadyszki, bez marudzenia, trochę wolniej niż my, ale konsekwentnie i do końca. Jeszcze cały czas nie wierzę, że to zrobił, nigdy nie myślałam, że półtoraroczne dziecko jest w stanie zrobić taką trasę. A tu się okazuje, że nie tylko jest w stanie, ale jeszcze potraktował to jak normalny, codzienny spacer – dłuższy (cała wycieczka 3 godziny), ale po prostu spacer. No to za rok będziemy mogli chyba uderzać na tutejsze górskie trasy…
I jeszcze jedna rzecz z nowości - synek chodzi na wycieczki już ze swoim plecaczkiem. Takim bardziej w stylu miejskim niż turystyczno-sportowym (sami zobaczcie), ale swoje najpotrzebniejsze rzeczy do przetrwania (przekąska) już sobie sam nosi. Niezależność w 100% :)

wtorek, 16 czerwca 2009

Na co dzień

Wiedziemy ostatnio całkiem pospolite życie, niewiele się ruszamy w teren ze względu na pogodę (wilgotno, deszczowo) i zmagamy się z całkiem pospolitymi zagadnieniami. Po kolei…
Popaduje sobie ostatnio całkiem często, jest ciepło, ale wilgotno. Porównałabym obecne, zimowe warunki klimatyczne do naszej wczesnej wiosny. Kiedy na dworze jest wilgotno, a w mieszkaniu nie ma porządnego ogrzewania, zaczyna człowiek zauważać ile w codziennym funkcjonowaniu „produkuje” wilgoci i musi sobie jakoś radzić z jej usuwaniem. W łazience zauważyliśmy ostatnio zaczątki jakiejś bardzo rozpowszechnionej tutaj odmiany mikrogrzyba, który uwielbia parne łazienkowe warunki i powolutku wrasta sobie we wszelkie łazienkowe powierzchnie. Głównym sposobem walki z tym wrednym czymś jest osuszanie. No to osuszamy. Podczas brania prysznica działa cały czas grzejniczek-dmuchawa, a okno jest otwarte. Wyczytaliśmy na jakiejś stronie internetowej poświęconej walce z wilgocią w domach (oni takich poradników mają tutaj pełno), że podczas jednej kąpieli wydostaje się do pomieszczenia 1-2 litrów wody! I tej wody trzeba się jakoś pozbyć, jeśli nie chce się doprowadzić łazienki do ruiny. Tak więc po prysznicu należy porządnie przewietrzyć pomieszczenie, a najlepiej wytrzeć wszystko co się da. Nie ma mowy o zostawieniu ręcznika w łazience, który po pierwsze i tak nie wyschnie, a po drugie jest kolejnym źródłem wilgoci. No i tak sobie na co dzień zmagamy się z wilgocią :). Jest ona też jakimś zagadnieniem podczas gotowania, no i jak chce człowiek coś wysuszyć (ręcznik, pranie) to też nie jest łatwo. Ale Kiwi mają to oczywiście opracowane i zazwyczaj każdy dom jest wyposażony w zadaszone miejsce w ogródku do suszenia. My też takie mamy :)
Kolejnym „żywiołem”, z którym walczymy są mrówki. One też pojawiają się, jak jest przez kilka dni wilgotno. To są takie malutkie mróweczki, inne od tych naszych, całkowicie nieszkodliwe, poza tym, że opanowują w niesamowitym tempie wszelkie miejsca, gdzie jest jakieś jedzenie (kuchnia). Jest to oczywiście całkowicie pospolite zagadnienie tutaj i w każdym sklepie można kupić taniutki spray, który skutecznie te stwory wyniszcza. My już się w taki spray wyposażyliśmy i niech tylko jakaś mrówka się pojawi… Mieliśmy też popsuty prysznic (leciała tylko gorąca woda), był hydraulik i wszystko załatwione. Ogólnie mamy na co dzień masę drobiazgów, z którymi się człowiek użera, tak jak wszędzie, w jakimkolwiek miejscu na świecie (żebyście nie myśleli, że aż taki raj tutaj).
Czujemy już też pomału, że czas na zmianę sytuacji, że już wystarczy nam wspólnego siedzenia w domu. No musi ten mój mąż iść do pracy i już! Obecnie jest kilka firm na horyzoncie, w których Michał jest już naprawdę daleko w procesie rekrutacyjnym. Ponarzekam sobie znowu tutaj, że oni naprawdę mają te procesy powolne. No nikomu się nie spieszy. Kolejny „dziwactwem” z jakim się tu spotykamy, to że wszyscy tutaj chcą sprawdzać referencje. To taki oczywisty element rekrutacji tutaj. No i kontaktują się z Europą, zawracają kompletnie niepotrzebnie głowę ludziom z innych firm, tak jakby tamci nie mieli nic innego do roboty, tylko opisywanie swojego dawnego pracownika. Nie wiem po co im to, przecież wiadomo, że nie podasz kontaktu do kogoś, kto będzie źle o tobie mówił, czyli z góry wiadomo czego się dowiesz z tych referencji (słowa klucze: flexible, team player, efficient, creative… bla, bla, bla…). A najlepsza była ostatnio jedna firma (idzie Michał tam na kolejną rozmowę, czyli są mocno nim zainteresowani), która wstrzymała cały proces rekrutacyjny na prawie 2 tygodnie, bo bardzo im Michał przypadł do gustu jako kandydat i mocno odstawał od innych osób, od jakich dostali CV i stwierdzili, że właśnie dlatego, że on się tak dobrze zaprezentował, nie mogą za szybko podjąć decyzji i muszą poczekać na więcej przyzwoitych kandydatów. No i bądź tu mądry. Normalnie człowiek może się cieszyć, że nie ma konkurencji, ale nie tutaj, bez konkurencji też nie dobrze. No i znowu mogę tylko stwierdzić, że mają tutaj swoje udziwnione zwyczaje i nic nie da się zrobić tylko je akceptować i cierpliwie czekać. W końcu nikt nas nie zmuszał żebyśmy tu przyjeżdżali.
Na co dzień jest całkowicie zwyczajnie. Wypożyczamy teraz filmy (mamy całkiem fajną, ogromną wypożyczalnię pod domem) i oglądamy sobie różności. Mają naprawdę masę filmów, przeróżnych, z całego świata, hollywoodzkich i offowych, różnych ciekawostek festiwalowych, czyli jest w czym wybierać. Będzie co robić w zimowe wieczory. Chociaż na brak zajęć wieczorem nie narzekam, bo mam sporo pracy i to właśnie głównie wieczorami (jakkolwiek chciałabym to sobie zorganizować, nie przeskoczę faktu tej 10-godzinnej różnicy czasu w stosunku do Europy, a sporo moich zadań wymaga kontaktu, czy feedbacku od ludzi w Europie i codziennie wieczorem zaczyna się dużo dziać w pracy). Zaleta jest taka, że mam trochę luzu w ciągu dnia, kiedy wy tam sobie słodko śpicie i udaje mi się nawet znaleźć chwilę na poczytanie. Ostatnio zabrałam się za „Perfume” (akurat jest na wyposażeniu mieszkania), i zdziwiłam się, że w oryginale ta książka jest po niemiecku (a nie po francusku jak myślałam, przecież akcja dzieje się w Paryżu), a ja jeszcze w Ulm zastanawiałam się co oryginalnie niemieckiego sobie przeczytać. Dobra literatura, polecam.
Wspomnę jeszcze tylko o moim ostatnim wielkim postanowieniu, w którym planuję wytrwać. Zaczęłam biegać! Piszę to tu oficjalnie żeby mieć motywację i nie wycofać się za szybko. Nie jest to może na razie takie fachowe bieganie, raczej coś w formie marszo-biegu. No, ale może z czasem uda mi się rozwinąć swoją kondycję (która obecnie leży całkowicie, no ale czego tu oczekiwać od kogoś, kto ostatni raz w życiu biegał w czasach liceum) i wypełnić całą 20-30 minutową sesję biegiem. Nasz park do joggingu nadaje się idealnie, rano pogoda zazwyczaj piękna, nic tylko wykorzystywać to. No to postanowiłam korzystać i trzymajcie kciuki żebym za szybko się nie poddała.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Visitor permit

W ubiegłym tygodniu zawisła nad nami groźba deportacji. No trochę wyolbrzymiam, nie było aż tak drastycznie, ale mieliśmy trochę nerwów. Głównie z naszej winy, bo za bardzo ociągaliśmy się załatwieniem przedłużenia naszej wizy turystycznej (dostaliśmy już pod koniec kwietnia info na maila o tym, że trzeba przedłużyć) i ostatnio okazało się, że mamy już tylko kilka dni na załatwienie tego, a tutejsze immigration daje sobie do miesiąca na całą procedurę. Od razu napiszę, że już wszystko jest ok, mamy przedłużone wszystkie pozwolenia na pobyt (załatwili to w ciągu 2 dni) i nikt nas nie będzie deportował :)
Przy wjeździe do Nowej Zelandii otrzymuje się 3-miesięczną wizę turystyczną. Jest to króciutka rozmowa z immigration officer i masz wizę wbitą w paszporcie. Według oficjalnych zasad powinni sprawdzać bilet powrotny, sprawdzać czy masz odpowiednią ilość kasy na przetrwanie itp., ale nikt tego nie robi. Myśleliśmy, że przedłużenie wizy wygląda tak samo – idziesz, prosisz o przedłużenie, podajesz paszport, wbijają ci wizę i tyle. Ale okazało się, że nie. Nie da się tego załatwić tak po prostu na miejscu, rozmawiając z urzędnikiem. Musisz wysłać specjalny wniosek wraz z całą potrzebną dokumentacją. Wysłanie to odbywa się bardzo prosto, nie musi to być pocztą, wystarczy, że wrzucisz dokumenty do specjalnej skrzynki w urzędzie imigracyjnym, ale nie na wysłaniu trudność polegała. Przez to, że nie ma żadnej rozmowy z człowiekiem, twoja aplikacja musi być kompletna i zawierać wszystkie możliwe potrzebne dokumenty, zaświadczenia itp. Czyli tym razem musieliśmy przedstawić bilet powrotny i udokumentować jakoś, że mamy kasę na pobyt tutaj. No i było z tym trochę zachodu.
Najpierw wizyta w biurze Korean Air w celu otrzymania dowodu na to, że mamy wykupiony bilet powrotny. Takiego dowodu nie da się dostać bez ustalonej daty lotu więc musieliśmy zamknąć swój bilet (który dzięki jakiemuś zamieszaniu w Korean Air w kwietniu mieliśmy w opcji open) i zdecydować się na jakiś termin wylotu stąd. No to zaplanowaliśmy sobie wyjazd do Polski na koniec sierpnia :) Potem do Immigration Office, żeby wziąć te wnioski do wypełnienia i wszystkiego się dowiedzieć. Na szczęście tutejsze city nie należy do ogromnych, wszystkie większe firmy, urzędy itp. mają swoje biura w kilku wieżowcach, przy kilku głównych ulicach i tak naprawdę można wszystko załatwić prawie na miejscu bez potrzeby wsiadania w samochód, czy autobus. W urzędzie całkiem przyjaźnie, bez specjalnych kolejek, ale nie było też pusto (jest tu na tyle dużo imigrantów, że możliwe, że jest to jeden z najciężej pracujących urzędów). Pani na informacji potwierdziła nam jak wygląda cała procedura, wyjaśniła jakie dokumenty mamy złożyć i pocieszyła, że jeśli złożymy teraz wniosek, to powinniśmy się wyrobić w czasie, pomimo że oni mają na rozpatrzenie tego 30 dni. Potrzebne znowu były nasze zdjęcia (dobrze, że wzięliśmy sobie ich większy zapas i nie trzeba było za tym biegać), ten bilet lotniczy i zaświadczenie naszych zasobów pieniężnych. Żeby zapewnić sobie jak najszybsze popchnięcie sprawy, chcieliśmy dać im jak najwięcej zaświadczeń, żeby już się niczego nie czepiali, nie musieli kontaktować z nami itd. Dlatego oprócz kopii karty kredytowej daliśmy im też wyciągi z naszych kont i oświadczenia ile mamy kasy w gotówce. Wszystko super, ale te nieszczęsne wyciągi trzeba było przeliczyć na dolary NZ. No i oczywiście nie wystarczy zwyczajne twoje przeliczenie kursu, ale musi być jakoś poświadczone, najlepiej przez bank. No to do banku. Banków od groma i ciut ciut w centrum, ale pojawiła się inna idiotyczna przeszkoda – nigdzie nie mieli oficjalnego kursu naszej szacownej złotówki! (Jak fajnie byłoby gdybyśmy mieli po prostu euro w Polsce.) Byliśmy w kilku bankach i nic, byliby oczywiście w stanie sprawdzić sobie ten kurs gdzieś w sieci, ale nie mieli go w swoich systemach bankowych i nie byli w stanie dać nam żadnego zaświadczenia tego kursu (a o te głupie zaświadczenia w całej tej papierologii chodzi!). W końcu znaleźliśmy kantor z bardzo miłą panią obsługującą, której chciało się chwilę poszukać kursu złotówki i okazało się, że go mają. Wydrukowała nam przeliczenie kwot i mieliśmy co załączyć do wniosku, który udało nam się złożyć jeszcze tego samego dnia.
Tak ogólnie, to uważam, że całe to sprawdzanie czy masz kasę na pobyt tutaj jest bardzo głupie, przecież to mocno poufna informacja, a poza tym to da się bez problemu zakombinować, żeby wykazać więcej pieniędzy na koncie. Powinno im wystarczyć nasze prywatne oświadczenie i możliwe, że wystarczyłoby, ale woleliśmy już nie ryzykować. Ogólne żyje się tu całkowicie bez biurokracji, wszystko załatwia się bez prawie żadnych papierów, poza sprawami imigracyjnymi… :( Ale załatwione, status wniosku można sprawdzać sobie w sieci i po dwóch dniach mieliśmy już info, że wizy mamy przedłużone.

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Grey Lynn / Ponsonby

Zainteresowani mogą sobie zobaczyć na mapie gdzie teraz mieszkamy. Na mapie widać, że jest to bardzo blisko ścisłego centrum, co nam objawia się tym, że Sky Tower widać stąd jak na wyciągnięcie ręki, a do miasta autobusem jedzie się niecałe 10 min (na piechotę podobno około 30 min, jeszcze nie próbowaliśmy).
Pierwsze wrażenia z nowej okolicy: jest to jakby totalnie inne miasto od tego, w którym mieszkaliśmy dotychczas. Wygląda to inaczej, funkcjonuje się tu inaczej i ogólnie jest inaczej. Tak jak chcieliśmy, próbujemy teraz życia w mieście, a nie na „suburbiach”. Tak całkowicie na świeżo stwierdzam, że chyba wolę te tutejsze suburbia z plażami co kawałek itd., bo są one dla nas czymś całkowicie innym, czymś czego nie ma w Europie, a tutaj jest fajnie (nadal utrzymuję, że jest to jedno z lepszych miast do życia), ale jest to po prostu miasto i nie jest już to tak „egzotyczne” jak mieszkanie blisko plaży. Jest to jednak świeże stwierdzenie, po tygodniu spędzonym tutaj i bardzo możliwe, że jeszcze wiele razy zmienię zdanie :)
Ponsonby i Grey Lynn to bardzo stare dzielnice Auckland, chyba jedne z najstarszych, co widać tutaj na każdym kroku. Wszystko tutaj jest stare, nie aż zabytkowe, ale widać, że okolica ta ma co najmniej 100 lat. Wzdłuż niektórych ulic rosną duże, stare drzewa, większość domów też prezentuje się wiekowo. Są to domy w stylu wiktoriańskim (to taki, który my znamy chyba przede wszystkim z amerykańskich filmów pokazujących jakieś bardziej południowe stany), drewniane, zazwyczaj białe (chociaż szary i błękitny też wchodzi w grę), z krużgankiem, drewnianymi kolumnami i ażurowymi zdobieniami. Załączam parę fotek, żeby było wiadomo o czym mówię.



Wzdłuż głównych ulic natomiast, ciągnie się niska zabudowa, jest to coś, co można chyba po naszemu nazwać kamieniczkami. Budynki te są też raczej stare, w wielu przypadkach z poodpryskiwaną farbą, trochę zaniedbane, ale wszystko ma swój charakter. To moje wrażenie zaniedbania i starości ma chyba dwie przyczyny: 1. Kiwi mają raczej trochę inne normy estetyczne niż my – tutaj rzeczy mają przede wszystkim spełniać swoją funkcję, a nie wyglądać, jeżeli coś jest stare, ale cały czas działa, to nie wymienia się tego na nowszy, lepszy model tylko dlatego, że taki nowszy model istnieje i wygląda ładniej; 2. Jest to dzielnica o trochę artystycznym, designerskim charakterze (galerie, sklepy z akcesoriami do malowania, sklepy z antykami i starymi rzeczami, dużo sklepów z designerskimi ciuchami, ale nie takich eleganckich od markowych projektantów tylko takich wyglądających na sklepy miejscowych projektantów itd.) i cały ten wygląd „vintage” jest jakby trochę zamierzony. Mieszka tu więcej studentów, ludzi typu lekkoduch, ludzi, którzy wynajmują mieszkania, pokoje itp. i nie wprowadzają się tutaj z zamiarem dbania o dom i ogródek, remontowania i odnawiania, bo tacy co się osiedlają i wiją sobie sobie swoje śliczne gniazdko, wybierają raczej inne miejsca (np. Epsom, czy chociażby takie North Shore, w którym mieszkaliśmy).



Teraz nie chodzimy już na spacery na plażę, tylko do parku i na rundę po kafejkach. To co jest tu rewelacyjne, to że na każdym kroku jest jakaś knajpka, barek, piekarenka itp. Te zdrobnienia nie są przypadkowe, bo zazwyczaj są to małe lokale, takie na kilka stolików, często prowadzone przez właściciela (to też ma swój urok). No i możesz sobie iść na francuskie ciastko, włoską kawę, meksykańskie burrito, japońskie sushi, hinduskie curry, tajskie, malezyjskie, chińskie, wietnamskie i tak naprawdę prawie wszystkie, jakie sobie wymyślisz specjały. No nie natknęłam się jeszcze na polskie pierogi, ale może z czasem się coś znajdzie :) Idąc ulicą czujesz zapach kawy, dobrych wypieków, smakowitych dań, ludzie siedzą sobie przy stoliczkach, czytają gazety, gadają i ogólnie jest naprawdę miło. Rewelacyjnym „wynalazkiem” są też tutaj te ich zadaszone chodniki. Zadaszenie to, to nie bynajmniej jakaś publiczna inicjatywa, to całkowicie prywatne daszki, markizy, przedłużenia lokali itp., które wyrastają z każdego budynku. Znów można stwierdzić, że nie wygląda to jakoś super estetycznie, często jest to jakaś blacha falista albo coś takiego, ale jakie to praktyczne. Zimą osłania od deszczu, latem osłania od słońca i ogólnie jeśli prawie każdy coś takiego wybuduje, to można sobie spacerować po ulicy nie zwracając uwagi na pogodę. Jedynym minusem jaki dotychczas zauważyłam jest fakt niedostosowania wielu miejsc do wózka – brak podjazdów, schodki itp.
Nie mamy teraz plaż, ale parki są i to kilka. Duże, z super wypasionymi placami zabaw. W parkach chyba najbardziej widać to, że zrobiła się już zima. Jak pojedziesz w teren, np. do Waitakere, to tej zimy tak nie widać, bo otacza cię bujny las deszczowy, w parkach miejskich jest jednak w większości roślinność charakterystyczna dla parków miejskich i brązowe liście nie należą do rzadkości. Nasze wyjścia z domu z Tymonem polegają teraz na wyjściach do parku. Po drodze kupno kawki i przekąski i na zjeżdżalnie :) Na szczęście ma synek przestrzeń do wyszalenia się, ja natomiast dzięki niemu odrobinę fitnessu, bo teren tutaj jest, jak wszędzie, mocno pagórkowaty i łażenie z wózkiem (który teraz znów jest intensywnie używany, bo tutaj już nie wsiada się do samochodu jak tylko wychodzi się z domu) jest nie lada ćwiczeniem kardio.

środa, 3 czerwca 2009

Po przeprowadzce

No to jesteśmy po przeprowadzce. Mamy już naprawdę nieźle opanowane pakowanie się, sprzątanie, zdawanie mieszkań itp. więc wszystko poszło nam bardzo sprawnie. No i od kilku dni mieszkamy w nowym miejscu.
Tymon, jak to Tymon - wszedł, zajrzał do każdego kąta i zaczął sobie tu normalnie funkcjonować. Jego elastyczność jest naprawdę niesamowita. Patrząc na niego, nie mam pojęcia skąd biorą się przekonania, że dziecku nie powinno się zmieniać otoczenia, że nie powinno się wprowadzać specjalnych zmian w jego ułożonym życiu itp. On jest żywym i super zadowolonym przykładem, że zmiany nie szkodzą. Śpi w nowym łóżeczku (właścicielka mieszkająca obok okazała się być wyposażona w taki sprzęt jak łóżeczko turystyczne i pożyczyła nam je beż żadnego problemu), w nowym otoczeniu (znów z nami w pokoju), jada z innych naczyń, siedzi w nowym miejscu, przez ostatnie dni nie miał nawet specjalnego krzesełka, wychodzi na nowe podwórko, gdzie rosną inne, nowe rośliny (mamy w ogródku np. drzewko feijoa, którego owoce synek uwielbia zbierać i przynosić do domu) i zachowuje się jakby nic się nie zmieniło (!).
To chyba my mamy większe zagadnienie z dostosowywaniem się. Lubimy to, człowiek dzięki temu nie „zastyga” i się nie nudzi, ale trochę roboty z tym jest. Już to przećwiczyliśmy kilka razy i wiem, że takie „opanowanie” nowego domu i okolicy zajmuje nam tak około 2-3 tygodni. To są takie banały, ale np. człowiek musi sobie wyćwiczyć gotowanie w nowej kuchni, z nowymi naczyniami, musi dostosować się do nowego wnętrza i dostosować też to wnętrze do siebie (np. znaleźć sobie wygodne miejsce do wylegiwania się, znaleźć sobie miejsce do ślęczenia przy kompie itd.), trzeba też zapoznać się z najbliższymi sklepami i wiedzieć gdzie co najlepiej kupować, trzeba wiedzieć gdzie parkować samochód, jak segregować śmieci i kiedy je wyrzucać i jeszcze cała masa podobnych rzeczy. Nam tutaj jeszcze dochodzi zagadnienie nauczenia się ogrzewania mieszkania (kiedy włączyć grzejnik, gdzie go najlepiej ustawić) i ogólnie dostosowanie otoczenia do Tymonka. On oczywiście nie widzi tej potrzeby dostosowywania i wolałby, żeby jak najwięcej szafek i przeróżnych przedmiotów było w jego zasięgu, no ale my wolimy pousuwać najbardziej newralgiczne przedmioty z jego otoczenia (chociaż gitara zostawiona przez Markusa stoi sobie cały czas nietknięta przy kanapie). Poprzednie mieszkanie było bardzo „dziecięce”, to natomiast jest mieszkaniem faceta singla, czyli jest tu całkowicie inaczej (co w żadnym wypadku nie należy rozumieć jako źle). Tam mieliśmy masę naczyń, które można było nawet zniszczyć, bo nie były to jakieś specjalne komplety, tutaj na odwrót – elegancki zestaw, wszystkiego po 4 sztuki; tam była masa ściereczek i ręczników przydających się mocno przy plamiącym ciągle i wszystko maluchu, tutaj absolutne minimum w tym zakresie; tam mieliśmy super wygodny przewijak, tutaj musieliśmy wrócić do przewijania na łóżku; tam masa kocyków, przścieradeł itp., tutaj jeden wielki koc i to wszystko; tam była wanna i masa zabawek do kąpieli, tutaj jest tylko prysznic (Tymon będzie musiał nauczyć się kąpać „po dorosłemu”, a jak nie, to kupimy jakąś wielką miskę); no i przede wszystkim tam były setki zabawek, tutaj synek ma to, co udało się przywieźć samolotem + to, co sobie sam znajdzie do zabawy.
Nasze dostosowywanie się polega więc też trochę na zakupach i Trade Me znów jest mocno używane. Jak na razie wyposażyliśmy się (właśnie dzisiaj) w krzesełko dla Tymona i w klocki Duplo. Co do krzesełka, to jest ogromne i dziwaczne (skomplikowana konstrukcja, nie składa się kompaktowo), ale było tanie i swoją funkcję spełni. Polowaliśmy na super fajne krzesełko z IKEI (takie co mieliśmy w tych odległych czasach przed Nową Zelandią), ale niestety okazało się, że IKEA to bardzo droga marka tutaj (najbliższy sklep jest w Sydney i trzeba zamówić sobie przesyłkę lotniczą), uznawana i pożądana i nawet używane rzeczy osiągają bardzo wysokie ceny (krzesełko używane zeszło za czterokrotność sklepowej ceny europejskiej!). Szkoda, bo to była chyba najfajniejsza rzecz jaką mieliśmy dla Tymona i to kupiona za cenę paczki pieluch! No, ale przeżyjemy z tym dziwolągiem, co nabyliśmy. Tymon i tak radzi sobie coraz lepiej na zwyczajnym krześle i poduszce. Co do klocków, to stwierdziliśmy, że jest to bardzo potrzebny zakup. Synek potrafi już budować niezłe konstrukcje, a oprócz tego, to trzeba mieć jakieś zabawki, bo inaczej nie ma czym dzieciaka zająć i człowiek musi cały czas się z nim gonić po stołach, krzesłach, kanapach itp. Co do klocków, to mam jeszcze małą dygresję. Po zakup jak zwykle trzeba jechać i go odebrać. Akurat klocki są w North Shore. Oczywiście można tam jechać, ale żeby nie robić niepotrzebnej wyprawy, Michał chciał upewnić się czy czasami osoba sprzedająca nie pracuje w city lub bywa w okolicy Grey Lynn/Ponsonby (nasza nowa okolica). No i taką to odpowiedź otrzymał: „Nie, nie pracuję w city, jestem MAMĄ!” (to moje wolne tłumaczenie). No to taki mały dowód na to, że tutejszy model rodziny z dziećmi to niepracująca (w znaczeniu nie zarabiająca kasy, bo przecież ciężko pracująca) mama + pracujący i zarabiający tata + raczej więcej niż jedno dziecko.