niedziela, 24 maja 2009

Zadowoleni Kiwi

Jakiś czas temu natknęłam się na artykuł w „NZ Herald” opierający się na jednym z raportów OECD i mówiący o tym, że Kwi nie należą do specjalnie bogatych społeczeństw, ale są jedną z bardziej zadowolonych ze swojego życia nacji na świecie. Oczywiście nasuwa się od razu wniosek i oczywista prawda, że pieniądze to nie wszystko. Żeby być zadowolonym ze swojego życia trzeba mieć jeszcze coś. Co?
Znacie z pewnością takie uczucie, takie momenty, kiedy człowiek wdycha głeboko powietrze, sam uśmiecha się do siebie i stwierdza – „właśnie po to jestem, po to pracuję, po to coś robię… żeby przeżyć takie chwile”. Dla mnie to jest to to uczucie, kiedy wejdziesz na jakiś szczyt i patrzysz na niesamowity widok; kiedy robi się wiosna, zakwitają drzewa, świeci słońce i wychodzisz na spacer; kiedy jesteś w miejscu, gdzie otacza cię niesamowita, wydaje się, że nieograniczona przestrzeń; kiedy siadasz sobie w piękny słoneczny dzień ze świeżo zaparzoną kawą w ogródku /na tarasie z książką i nikt ci nie przeszkadza; kiedy patrzysz jak twój szkrab biega sobie na bosaka, znajduje kamyczki, gałązki, muszelki itp. i śmieje się tak po prostu… itd. Już chyba wiecie o czym mówię :) No i jak to ma się do zadowolenia z życia w NZ? Ano tak, że tutaj stosunkowo często trafiają się człowiekowi takie chwile (bazuję całkowicie na swoich subiektywnych odczuciach, nie mam poparcia w żadnych badaniach). Ale mając to skromne porównanie, jakie mam z mieszkania w kilku miejscach, widzę, że tutaj raczej łatwo poczuć, że jest po prostu fajnie. Gdziekolwiek się nie ruszysz, dalej, czy bliżej domu, masz prawie 100% gwarancję, że będziesz mógł usiąść, popatrzeć i stwierdzić, że jest dobrze i o to właśnie w życiu chodzi. Nie musisz wspinać się na szczyt w Alpach, żeby poczuć przestrzeń, nie musisz jechać na wakacje nad morze, żeby obejrzeć sobie zachód słońca na plaży, nie musisz czekać do wiosny, żeby było zielono i nie musisz szukać specjalnych miejsc, gdzie nie ma tłumów, bo jest raczej na odwrót – jak potrzebujesz tłumu, musisz się wysilić. No i moim zdaniem (całkowicie prywatnym), to jest właśnie to, co daje człowiekowi to zadowolenie z życia.




Ten artykuł z gazety doczekał się sporo komentarzy czytelników. Wielu chciało wyrazić swoją opinię jak to jest z tym zadowoleniem. Sporo osób stwierdziło, że oczywiście w NZ nie jest tak różowo. Przewija się sporo opinii, że Nowa Zelandia to świetny kraj przede wszystkim dla ludzi w wieku 30-45 lat, zakładających rodzinę, zdrowych, aktywnych i sprawnych fizycznie (takich też sobie selekcjonują w swoich programach imigracyjnych). Zauważane są słabsze możliwości kształcenia się tutaj (wykształcenie jest drogie – robiąc małą dygresję stwierdzę, że Polacy otrzymują naprawdę niezły prezent od państwa w postaci nieodpłatnych uczelni wyższych, oferujących wykształcenie na całkiem przyzwoitym poziomie), nie tak bogate jak w Nowym Jorku czy Londynie życie kulturalne i imprezowe, co powoduje, że jak jesteś w wieku 20-30 lat, to może czegoś ci tu brakować i ciągnąć cię do innego świata. Tak samo kiedy nie jesteś w stanie lub nie masz ochoty uprawiać surfingu, a zamiast przestrzeni do aktywności fizycznej bardziej potrzebujesz darmowego lekarza blisko domu i rozrywek typu wyjście do teatru, czy seriale w TV, może czegoś ci w Nowej Zelandii brakować. Nie mam jeszcze opinii na ten temat, aż tak to się jeszcze tu nie rozeznałam. Ale ten przegląd komentarzy pod artykułem raczej tłumaczy moje (i nasze) „zachwycanie się" tym, co tu mamy. Wygląda na to, że w NZ warto spędzić ten etap życia, na jakim właśnie jesteśmy :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz