niedziela, 17 maja 2009

O pracy, zmianie mieszkania i pogodzie

Nie wiem jak to teraz będzie z tym moim pisaniem. Spędzam ostatnio bardzo dużo czasu przy kompie, ale w związku z pracą. Jak mogę się oderwać, to jest masę innych rzeczy do roboty i nie bardzo znajduję czas na pisanie, a poza tym ile można siedzieć przy kompie! Obiecuję jednak, że będę próbować, mam tyle rzeczy do opisania.
Najpierw krótka relacja z tego co słychać u nas. Pracy cały czas Michał nie ma. Jeszcze się nie poddajemy i nie uciekamy stąd, ale już wiemy, że trafiliśmy na spowolnienie rynku i z pracą nie jest tak super łatwo. Po dziwnej i niespodziewanej odmowie tej firmy, która zachowywała się jakby już mieli Michała zatrudniać, nastąpił frontalny atak na wszystkie możliwe ogłoszenia z seeka (tutejszy główny portal z ofertami pracy), które w jakiś sposób spotykają się z kwalifikacjami Michała. Dzieje się teraz sporo - codziennie ktoś dzwoni, masa mailowania, wysyłania CV, opisywania za każdym razem w trochę inny sposób swojego doświadczenia, kolejne testy oceniające kwalifikacje, spotkania w city (trzeba pojechać, znaleźć miejsce parkingowe i za nie zapłacić). Wszystko to jednak nie z pracodawcami, tylko z tymi głupimi agencjami rekrutacyjnymi. Już jest chyba z 7 czy 8 osób i agencji zaangażowanych we wciskanie Michała do różnych pracodawców. Mnie osobiście ten system z tymi agencjami denerwuje, bo to wydłuża tylko cały proces, poza tym to tak naprawdę człowiek nigdy na 100% nie wie jak działa taki agent, jak się stara, czy robi wszystko co w jego mocy itd. No, ale tak to tu jest, nie bardzo da się to przeskoczyć i trzeba z tymi pośrednikami grzecznie rozmawiać, spotykać się itd. Każdy coś w tych rozmowach powie o sytuacji na rynku pracy w IT i główny wniosek to, że szkoda że nie przyjechaliśmy tutaj kilka miesięcy temu – wtedy do były setki super ofert itd. (taki to rysują obraz, myślę, że trochę wyolbrzymiony, ale coś jest na rzeczy...) My jeszcze nie jesteśmy na etapie czarnowidzenia (tzn. Michał cały czas super optymizm, a mnie czasami już łapie zastanawianie się co to będzie) i cierpliwie czekamy na rozwój wydarzeń.
A tymczasem będziemy zmieniać mieszkanie. Tutaj jesteśmy prawie do końca maja, a potem przeprowadzamy się do prawdziwego Auckland City. Stwierdziliśmy, że spróbowaliśmy już życia na przedmieściach i teraz kolej na coś innego. Mamy już zaklepane mieszkanko w Grey Lynn, dzielnicy bardzo blisko ścisłego centrum. Też będzie to krótkoterminowy wynajem (tym razem do połowy lipca), ale w naszej sytuacji to najlepsze rozwiązanie. Nasza sytuacja to: nie wiemy jeszcze na 100% czy zostajemy w NZ, nie mamy wcale swoich rzeczy potrzebnych do mieszkania (pościel, naczynia itp., nie wspominając o meblach). Czyli całkowicie urządzone mieszkanie na 1,5 miesiąca jest dla nas jak znalazł. Dzielnica całkowicie inna niż obecna, nie ma plaż, są za to kafejki, gęstsza zabudowa, ale można poruszać się autobusem i można dostać się do centrum bez problemu szukania parkingu. Jak wszędzie plusy i minusy, my skupimy się na plusach :)
Tymon rośnie sobie. Mówi coraz więcej, próbuje już powtarzać słowa i ma swoje określenia na wiele przedmiotów. My go rozumiemy i komunikacja jest już w 100% bezbłędna. Idą mu znowu kolejne zęby, (pomału jak zawsze) i zdarza mu się ostatnio trochę marudzić i wybrzydzać przy jedzeniu kaszki. Przeżyjemy :) Jego sprawność jest zaskakująca i trochę niestety też uciążliwa. Wchodzi na krzesła i stoły i potem z nich zeskakuje, co w jego wykonaniu wygląda jak jakiś niesamowity, zamrażający krew w żyłach skok komandoski. Na spacerach biega po każdym możliwym terenie, zazwyczaj w innym kierunku niż ty chcesz iść. Potrafi już wszystko dosięgnąć i zdjąć sobie na głowę, a jak stawanie na palcach nie wystarcza, to zawsze coś się znajdzie do podsunięcia, na co można sobie wejść jak na schodek. Uwielbia wszelkie zjeżdżalnie i place zabaw z miejscami do wspinania się, drabinkami itp. Fajnie, place zabaw są dostępne, ale wyciągnąć go ze zjeżdżalni kiedy ty już ma dość po jego 100 zjeździe, graniczy prawie z cudem. Nabija sobie też guzy i ogólnie jest przeciętnym 1,5 rocznym dzieckiem.
Z tego co u nas słychać, to muszę chyba jeszcze wspomnieć o pogodzie. I nie jest to bynajmniej temat, który porusza się, jak już nie ma o czym mówić. Warunki klimatyczne tutaj to coś, obok czego nie da się przejść obojętnie, bo pogodę się czuje. My jeszcze totalnie nie opanowaliśmy tej pogody i poruszamy się w niej trochę po omacku. Może wydaje to się dziwne, co piszę, ale ktoś, kto próbował kiedyś przeprowadzić się do nawet odrobinę innego klimatu, zrozumie o co mi chodzi. Funkcjonowania w danych warunkach klimatycznych trzeba się nauczyć. Trzeba wiedzieć jak się ubierać i mieć odpowiednie ciuchy, trzeba nauczyć się na co zwracać uwagę w prognozie pogody – na temperaturę, czy zachmurzenie i opady, a może wiatry itd., trzeba wiedzieć co robi się zimą, a co latem (jeśli w danym miejscu są pory roku). Nam pomału zaczyna się zima. W klimacie, z jakim jesteśmy obeznani, zima to kozaki, czapki i ciepłe kurtki, zima to długie wieczory w ogrzewanym domu, zima to czas kiedy człowiek trochę zapada w sen i czeka na wiosnę. Jeszcze nie wiem co to jest zima tutaj, ale raczej to kurtki przeciwdeszczowe i uparte nie przejmowanie się pogodą i wychodzenie z domu żeby się poruszać i rozgrzać. Z jednej strony może być tutaj człowiekowi zimniej niż kiedykolwiek w Polsce, bo przez brak sensownego ogrzewania w tych niesolidnych domkach, w domu panuje taka sama temperatura jak na zewnątrz i bywa ciężko. Dlatego na zimę tutaj trzeba się wyposażyć w ciepłą piżamę, ciepłe kapcie, najlepiej takie wielkie, futrzane, przydatne też są wszelkie termofory, a dziecko kładzie się spać do łóżka w trzech warstwach ciuchów, z czego jedna to ciepły kombinezon. Z drugiej strony wyjeżdża człowiek zmarznięty rano z domu, ubrany w polar i kurtkę, a po godzinie trzeba rozebrać się do krótkiego rękawka, bo wyszło piękne słońce (chociaż wcześniej niebo było zaciągnięte najcięższymi chmurami jakie się kiedykolwiek widziało) i jest cieplutko. My już parę rzeczy, pomagających nam w starciu z pogodą, sobie wypracowaliśmy. Wiemy już, że najlepszym i niezastąpionym źródłem ciepła jest świecące słońce – banał, ale zajęło nam to kilka dni zanim przekonaliśmy się, że w domu trzeba poodsłaniać wszystkie okna, a najlepiej pootwierać je, jak tylko niebo się rozjaśnia i wychodzi słońce. Teraz idąc wieczorem spać podnosimy wszystkie rolety żeby od rana się nagrzewało, jeśli tylko będzie słońce. Poczuliśmy też na własnej skórze, że jak jest ci chłodno w domu, to żaden grzejnik nie ogrzeje cię tak, jak wyjście na dwór i poruszanie się. Najgorsze to siedzieć na tyłku i marznąć. Wiemy też już na czym polega różnica i czego się można spodziewać kiedy zapowiadają przelotne deszcze (tzw. showers), a kiedy mówią, że będzie padać. Przelotne deszcze to zmieniająca się nawet kilkadziesiąt razy dziennie pogoda, kiedy w jednej chwili jest słonecznie, w drugiej leje wielki deszcz mogący cię totalnie przemoczyć. Taki deszcz trwa maksymalnie 5 minut i potem znowu słońce. Trzeba się przyzwyczaić i ta pogoda nie przeszkadza. Gorzej jest kiedy po prostu pada. Może być to mżawka lub coś większego, ale w taki dzień nie ma odrobiny słońca i jest zimno. Ktoś nam ostatnio mówił, że najgorszym pod względem pogody miesiącem jest czerwiec, a potem już się ociepla (co chyba można rozumieć jako rozchmurza). No zobaczymy w takim razie jak przeżyjemy ten najzimniejszy miesiąc w nowym mieszkaniu. Będziemy się przystosowywać :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz