niedziela, 10 maja 2009

Białe piaski i Rangitoto

Po takim czasie, jaki już tu jesteśmy, wszystkie miejsca wypadowe w okolicy mamy już opanowane i wydają się one coraz bardziej zwyczajne. Ale szukamy dzielnie i cały czas udaje nam się trafiać w nowe fajne miejsca.
Czarny i drobniutki piasek wulkaniczny przestaje już po mału być jakąś specjalną atrakcją, dlatego wybraliśmy się jakiś czas temu na białe plaże. Oczywiście, że takie też tu są, bo jest tu prawie wszystko co sobie wymyślisz :) Wypatrzyałam w jakimś przewodniku super zdjęcia z bialutkim piaskiem, granatowym niebem i błękitno-zielonym oceanem. No to stwierdziliśmy, że ruszamy. Od nas trzeba jechać tak około godziny na północ i zajeżdża się w trochę inny świat. Tereny chyba mocno nasłonecznione, bo jadąc mija się piękne uprawy winogron i winnice. Jest to też region, gdzie uprawia się dużo warzyw i owoców, mają też oczywiście masę krów i owiec. To w tej okolicy można odwiedzić najbardziej znany i polecany tutaj w Auckland farmers market w miejscowości Matakana. Odbywa się on w każdą sobotę i można tam sobie pooglądać i oczywiście kupić wszelkie lokalne i naturalne wyroby takie jak owoce, warzywa, sery, mięso, ryby, wina, przetwory, miody itd. To też jest jakiś fajny pomysł na wypad. W jakąś ładną sobotę trzeba wstać wcześniej (market jest czynny tylko do 13:00) i można sobie trochę pooglądać tą farmerską NZ. Potem wyskoczyć na plażę lub jakiś fajny spacer po pagórkach z widokiem na białe plaże i po prostu super dzień. My tym razem rzuciliśmy tylko okiem na ten region i przypadł nam do gustu. Czarny piasek jest egzotyczny, ale ja chyba wolę ten biały :) Jest "czystszy", nie jest taki drobny i ma się wrażenie, że jest się w jakimś miejscu z katalogu wakacyjnego :) Pogodę mielismy rewelacyjną i żałuję jedynie, że nie wzięliśmy strojów kąpielowych, przynajmniej dla Tymonka. No ale człowiek uczy się cały czas. Niby pogoda taka, że włącza się już grzejniki, ale jedziesz na plażę w słoneczny dzień i można byłoby się w wodzie taplać. Do bagażnika wrzuciłam już, obok kurtek nieprzemaklanych i butów, ręczniki i sroje kąpielowe. Może jeszcze się jakaś okazja trafi :) A te białe plaże wyglądają tak:



Kompletnie innym miejscem jest natomiast wulkan Rangitoto, na który wybraliśmy się następnego dnia. Rangitoto jest bardzo młodym stożkiem wulkanicznym (wypiętrzył się podczas wybuchów jakieś 600-700 lat temu) i dlatego jest to specyficzne miejsce. My nigdy wcześniej nie łaziliśmy po zastygłej lawie i nie wiedzieliśmy czego tam się spodziewać. Wybraliśmy się jak na każdy inny spacer, a spacer po wulkanie to jednak coś zupełnie innego. Podłoże (ta zastygła lawa) jest twarde i nierówne, dlatego dobrze mieć buty z twardą podeszwą, bo nie jest to chodzenie po mięciutkiej nowozelandzkiej trawce. Lawa nie wygląda jak żadna normalna skała jaką się zna, porównałabym to do żużlu, czy czegoś takiego. Nie ma tam prawie wcale ziemi w znaczeniu gleby. To znaczy gleba jest, bo przecież jest tam sporo roślin, ale nie możnabyłoby sobie zrobić tam poletka i czegoś uprawiać, bo bardzo blisko, pod cienką warstwą jakiegoś mchu i torfu jest ta zastygła lawa. Na wulkanie just też duszno i wilgotno. Te wszystkie "skały" wychładzają się mocno w nocy i kiedy pojawia się rano słońce zaczynają mocno parować. W okularach przeciwsłonecznych nie dało się iść, bo od razu parowały. Najwyższy punkt wulkanu, to nie jest "normalny" szczyt, lecz brzeg sporego krateru. Na Rangitoto można też przejść przez totalnie ciemne jaskinie z lawy (dobrze mieć latarkę, której my nie mieliśmy) i oczywiście można też sobie pooglądać widoczki na Auckland, na Coromandel i na cała zatokę Hauraki. Była to bardzo fajna wycieczka, totalnie inna od wszystkiego co robiliśmy dotychczas. Ponadto jest to wyspa, czyli w programie wycieczki jest też podróż stateczkiem. Bardzo nam się podobało, a Tymonek miał tyle wrażeń, że aż na koniec, nie zważając na żadne niewygody, pospał się w plecaku.



Odwiedziliśmy też w ostatnich dniach dwa miejsca w North Shore, w których jeszcze nie byliśmy. Byliśmy w Birkenhead, które znajduje się po drugiej stronie autostrady, bardzo blisko Harbour Bridge. Tutaj każda dzielnica ma jakiś swój charakter i wjeżdżając do innej dzielnicy ma się wrażenie jakby było się w jakimś innym miasteczku. Birkenhead wygląda na jedną ze starszych dzielnic North Shore. Domy są duże, stare, w innym stylu niż w naszym rejonie. Najbardziej charakterystyczną rzeczą w Birkenhead były dla mnie rosnące na wybrzeżu sosny. Chociaż nazwa wskazuje na brzozy ("birken" to po niemiecku brzoza) ja tam wiele brzóz nie widziałam, za to sosny były piękne i pachnące. A wracając z tej części miasta można podziwiać panoramę Auckland z innej strony. My mieliśmy akurat naprawdę co podziwiać, bo na niebie pojawiła się pełna, bardzo wyraźna tęcza, która, tak jak most, połączyła North Shore z Auckland (nie ma zdjęć, może następnym razem). Tęcze tutaj się zdarzają nawet często. Przy tych przejściowych deszczach, kiedy w jednej chwili masz błękitne niebo i piękne słońce, potem nagle deszcz taki w stylu "leje jak z cebra" i za chwilę znów słoneczko, można się na tęcze spokojnie załapać. Drugim miejscem w North Shore, w którym wcześniej nie byliśmy jest jezioro Pupuke. Dzisiaj tam wpadliśmy na krótki spacer. Pupuke jest całkiem duże, znajduje się blisko morza, na terenie dwóch dzielnic - Milford i Takapuna. Są to jedne z najdroższych miejsc do mieszkania w całej Nowej Zelandii, no ale jak chce się mieć dom na plaży lub w ostateczności nad sporym jeziorem, to trzeba za to zapłacić :) Nad jeziorem lasek, po którym się spaceruje, pływają sobie czarne łabędzie z czerwonymi dziobami, jakieś kaczki itp. Niektórzy uczą się żeglować na małych żaglóweczkach, niektórzy uprawiają sobie windsurfing, jescze inni łowią ryby. Ogólnie pełen relaks i kontakt z naturą. I to pod samym domem ...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz