poniedziałek, 25 maja 2009

O Polsce

Polska jest krajem, o którym ludzie tutaj gdzieś kiedyś słyszeli (albo im się tak wydaje) i to byłoby na tyle. Nie funkcjonuje tutaj jakiś specjalny stereotyp Polaka, tak naprawdę, to mówiąc ludziom skąd jestem często mam wrażenie, że odpowiadając „aha”, nie do końca wiedzą co to za kraj. Nie mam im tego oczywiście za złe, nie są to przecież nasi sąsiedzi. Zauważam jednak jedno skojarzenie z Polską (jeśli już ktoś jakieś ma). Główny wizerunek Polski w krajach poza Europą (zetknęłam się z tym nie tylko w NZ) to: Polska to kraj, w którym jest zimno. Przykładowe stwierdzenia: 1. Krótka rozmowa z jedną z mam na playgroup, pytam się na jakie owoce jest teraz sezon, pani mi odpowiada i zagaduje „a w Polsce rosną w ogóle jakieś owoce?”. 2. Wymiana zdań z panią obsługującą w jakiejś kafejce, pyta się skąd jesteśmy, poleca kilka miejsc do odwiedzenia, wspomina o południowej wyspie, my mówimy, że teraz to się tam nie wybieramy, trochę za zimno, na co ona „przecież jesteście z Polski”. A kiedy mówi się ludziom, że w Polsce może być ponad +30 stopni, to są szczerze zdziwieni.
Zastanawiałam już się nie raz skąd się to bierze. Z pewnością jedną z przyczyn jest to, że polski klimat rzeczywiście nie należy do najcieplejszych, mamy długą zimę itd. Ale Niemcy mają taką samą pogodę i jakoś nikomu nie włącza się automatyczne skojarzenie „Niemiec = przyzwyczajony do zimna i mrozu”. Myślę, że przyczyny można tutaj szukać w tej naszej nieszczęsnej historii i byciu w bloku krajów komunistycznych. Jesteśmy bardzo łatwo kojarzeni z Rosją, a w filmach szpiegowskich piękne Słowianki chodzą w futrach bądź kożuchach i futrzanych czapach, Słowianie zaś piją wódkę, żeby się rozgrzać. Ponadto funkcjonujący gdzieś obraz ludzi zza żelaznej kurtyny przedstawia się następująco: babulinka w płaszczu i chustce na głowie, robotnicy w kufajkach i ocieplanych czapkach z nausznikami, szare zimowe kolory i ubrania, para wydobywająca się z ust itd. Przyznam się, że nawet ja mam taki wizerunek Rosji, której totalnie nie znam i która na pewno by mnie mocno zaskoczyła. Nie ma w tych obrazach słońca, lata, kolorów, ciepła... No i trzeba ludziom żyjącym po tej drugiej stronie ziemi tłumaczyć, że wiemy co to jest upał, że rośnie u nas wiele przepysznych owoców i że nie jesteśmy aż tak zahartowani, żeby 8 st C uważać za super pogodę wycieczkową.
A z akcentami polskimi spotkaliśmy się w Nowej Zelandii jak na razie dwukrotnie. Jednym z nich są kieliszki z Krosna, z których popijamy sobie czasami winko – szkło z Krosna jest widocznie jedyne w swoim rodzaju, bo nawet na drugim końcu świata jest to znana i ceniona marka. Drugim akcentem jest dżem pomarańczowy, jaki sobie zajadamy na śniadanie. Jest to dżem pakowany w Australii, ale na słoiku można dopatrzyć się napisu „Made in Poland”. Chyba jakiś Łowicz, czy podobny wytwórca produkuje cysterny tego dżemu z hiszpańskich pomarańczy i wysyłają to statkami tutaj (?). A w Polsce dostać dżem z pomarańczy wcale nie jest tak łatwo...

niedziela, 24 maja 2009

Zadowoleni Kiwi

Jakiś czas temu natknęłam się na artykuł w „NZ Herald” opierający się na jednym z raportów OECD i mówiący o tym, że Kwi nie należą do specjalnie bogatych społeczeństw, ale są jedną z bardziej zadowolonych ze swojego życia nacji na świecie. Oczywiście nasuwa się od razu wniosek i oczywista prawda, że pieniądze to nie wszystko. Żeby być zadowolonym ze swojego życia trzeba mieć jeszcze coś. Co?
Znacie z pewnością takie uczucie, takie momenty, kiedy człowiek wdycha głeboko powietrze, sam uśmiecha się do siebie i stwierdza – „właśnie po to jestem, po to pracuję, po to coś robię… żeby przeżyć takie chwile”. Dla mnie to jest to to uczucie, kiedy wejdziesz na jakiś szczyt i patrzysz na niesamowity widok; kiedy robi się wiosna, zakwitają drzewa, świeci słońce i wychodzisz na spacer; kiedy jesteś w miejscu, gdzie otacza cię niesamowita, wydaje się, że nieograniczona przestrzeń; kiedy siadasz sobie w piękny słoneczny dzień ze świeżo zaparzoną kawą w ogródku /na tarasie z książką i nikt ci nie przeszkadza; kiedy patrzysz jak twój szkrab biega sobie na bosaka, znajduje kamyczki, gałązki, muszelki itp. i śmieje się tak po prostu… itd. Już chyba wiecie o czym mówię :) No i jak to ma się do zadowolenia z życia w NZ? Ano tak, że tutaj stosunkowo często trafiają się człowiekowi takie chwile (bazuję całkowicie na swoich subiektywnych odczuciach, nie mam poparcia w żadnych badaniach). Ale mając to skromne porównanie, jakie mam z mieszkania w kilku miejscach, widzę, że tutaj raczej łatwo poczuć, że jest po prostu fajnie. Gdziekolwiek się nie ruszysz, dalej, czy bliżej domu, masz prawie 100% gwarancję, że będziesz mógł usiąść, popatrzeć i stwierdzić, że jest dobrze i o to właśnie w życiu chodzi. Nie musisz wspinać się na szczyt w Alpach, żeby poczuć przestrzeń, nie musisz jechać na wakacje nad morze, żeby obejrzeć sobie zachód słońca na plaży, nie musisz czekać do wiosny, żeby było zielono i nie musisz szukać specjalnych miejsc, gdzie nie ma tłumów, bo jest raczej na odwrót – jak potrzebujesz tłumu, musisz się wysilić. No i moim zdaniem (całkowicie prywatnym), to jest właśnie to, co daje człowiekowi to zadowolenie z życia.




Ten artykuł z gazety doczekał się sporo komentarzy czytelników. Wielu chciało wyrazić swoją opinię jak to jest z tym zadowoleniem. Sporo osób stwierdziło, że oczywiście w NZ nie jest tak różowo. Przewija się sporo opinii, że Nowa Zelandia to świetny kraj przede wszystkim dla ludzi w wieku 30-45 lat, zakładających rodzinę, zdrowych, aktywnych i sprawnych fizycznie (takich też sobie selekcjonują w swoich programach imigracyjnych). Zauważane są słabsze możliwości kształcenia się tutaj (wykształcenie jest drogie – robiąc małą dygresję stwierdzę, że Polacy otrzymują naprawdę niezły prezent od państwa w postaci nieodpłatnych uczelni wyższych, oferujących wykształcenie na całkiem przyzwoitym poziomie), nie tak bogate jak w Nowym Jorku czy Londynie życie kulturalne i imprezowe, co powoduje, że jak jesteś w wieku 20-30 lat, to może czegoś ci tu brakować i ciągnąć cię do innego świata. Tak samo kiedy nie jesteś w stanie lub nie masz ochoty uprawiać surfingu, a zamiast przestrzeni do aktywności fizycznej bardziej potrzebujesz darmowego lekarza blisko domu i rozrywek typu wyjście do teatru, czy seriale w TV, może czegoś ci w Nowej Zelandii brakować. Nie mam jeszcze opinii na ten temat, aż tak to się jeszcze tu nie rozeznałam. Ale ten przegląd komentarzy pod artykułem raczej tłumaczy moje (i nasze) „zachwycanie się" tym, co tu mamy. Wygląda na to, że w NZ warto spędzić ten etap życia, na jakim właśnie jesteśmy :)

niedziela, 17 maja 2009

O pracy, zmianie mieszkania i pogodzie

Nie wiem jak to teraz będzie z tym moim pisaniem. Spędzam ostatnio bardzo dużo czasu przy kompie, ale w związku z pracą. Jak mogę się oderwać, to jest masę innych rzeczy do roboty i nie bardzo znajduję czas na pisanie, a poza tym ile można siedzieć przy kompie! Obiecuję jednak, że będę próbować, mam tyle rzeczy do opisania.
Najpierw krótka relacja z tego co słychać u nas. Pracy cały czas Michał nie ma. Jeszcze się nie poddajemy i nie uciekamy stąd, ale już wiemy, że trafiliśmy na spowolnienie rynku i z pracą nie jest tak super łatwo. Po dziwnej i niespodziewanej odmowie tej firmy, która zachowywała się jakby już mieli Michała zatrudniać, nastąpił frontalny atak na wszystkie możliwe ogłoszenia z seeka (tutejszy główny portal z ofertami pracy), które w jakiś sposób spotykają się z kwalifikacjami Michała. Dzieje się teraz sporo - codziennie ktoś dzwoni, masa mailowania, wysyłania CV, opisywania za każdym razem w trochę inny sposób swojego doświadczenia, kolejne testy oceniające kwalifikacje, spotkania w city (trzeba pojechać, znaleźć miejsce parkingowe i za nie zapłacić). Wszystko to jednak nie z pracodawcami, tylko z tymi głupimi agencjami rekrutacyjnymi. Już jest chyba z 7 czy 8 osób i agencji zaangażowanych we wciskanie Michała do różnych pracodawców. Mnie osobiście ten system z tymi agencjami denerwuje, bo to wydłuża tylko cały proces, poza tym to tak naprawdę człowiek nigdy na 100% nie wie jak działa taki agent, jak się stara, czy robi wszystko co w jego mocy itd. No, ale tak to tu jest, nie bardzo da się to przeskoczyć i trzeba z tymi pośrednikami grzecznie rozmawiać, spotykać się itd. Każdy coś w tych rozmowach powie o sytuacji na rynku pracy w IT i główny wniosek to, że szkoda że nie przyjechaliśmy tutaj kilka miesięcy temu – wtedy do były setki super ofert itd. (taki to rysują obraz, myślę, że trochę wyolbrzymiony, ale coś jest na rzeczy...) My jeszcze nie jesteśmy na etapie czarnowidzenia (tzn. Michał cały czas super optymizm, a mnie czasami już łapie zastanawianie się co to będzie) i cierpliwie czekamy na rozwój wydarzeń.
A tymczasem będziemy zmieniać mieszkanie. Tutaj jesteśmy prawie do końca maja, a potem przeprowadzamy się do prawdziwego Auckland City. Stwierdziliśmy, że spróbowaliśmy już życia na przedmieściach i teraz kolej na coś innego. Mamy już zaklepane mieszkanko w Grey Lynn, dzielnicy bardzo blisko ścisłego centrum. Też będzie to krótkoterminowy wynajem (tym razem do połowy lipca), ale w naszej sytuacji to najlepsze rozwiązanie. Nasza sytuacja to: nie wiemy jeszcze na 100% czy zostajemy w NZ, nie mamy wcale swoich rzeczy potrzebnych do mieszkania (pościel, naczynia itp., nie wspominając o meblach). Czyli całkowicie urządzone mieszkanie na 1,5 miesiąca jest dla nas jak znalazł. Dzielnica całkowicie inna niż obecna, nie ma plaż, są za to kafejki, gęstsza zabudowa, ale można poruszać się autobusem i można dostać się do centrum bez problemu szukania parkingu. Jak wszędzie plusy i minusy, my skupimy się na plusach :)
Tymon rośnie sobie. Mówi coraz więcej, próbuje już powtarzać słowa i ma swoje określenia na wiele przedmiotów. My go rozumiemy i komunikacja jest już w 100% bezbłędna. Idą mu znowu kolejne zęby, (pomału jak zawsze) i zdarza mu się ostatnio trochę marudzić i wybrzydzać przy jedzeniu kaszki. Przeżyjemy :) Jego sprawność jest zaskakująca i trochę niestety też uciążliwa. Wchodzi na krzesła i stoły i potem z nich zeskakuje, co w jego wykonaniu wygląda jak jakiś niesamowity, zamrażający krew w żyłach skok komandoski. Na spacerach biega po każdym możliwym terenie, zazwyczaj w innym kierunku niż ty chcesz iść. Potrafi już wszystko dosięgnąć i zdjąć sobie na głowę, a jak stawanie na palcach nie wystarcza, to zawsze coś się znajdzie do podsunięcia, na co można sobie wejść jak na schodek. Uwielbia wszelkie zjeżdżalnie i place zabaw z miejscami do wspinania się, drabinkami itp. Fajnie, place zabaw są dostępne, ale wyciągnąć go ze zjeżdżalni kiedy ty już ma dość po jego 100 zjeździe, graniczy prawie z cudem. Nabija sobie też guzy i ogólnie jest przeciętnym 1,5 rocznym dzieckiem.
Z tego co u nas słychać, to muszę chyba jeszcze wspomnieć o pogodzie. I nie jest to bynajmniej temat, który porusza się, jak już nie ma o czym mówić. Warunki klimatyczne tutaj to coś, obok czego nie da się przejść obojętnie, bo pogodę się czuje. My jeszcze totalnie nie opanowaliśmy tej pogody i poruszamy się w niej trochę po omacku. Może wydaje to się dziwne, co piszę, ale ktoś, kto próbował kiedyś przeprowadzić się do nawet odrobinę innego klimatu, zrozumie o co mi chodzi. Funkcjonowania w danych warunkach klimatycznych trzeba się nauczyć. Trzeba wiedzieć jak się ubierać i mieć odpowiednie ciuchy, trzeba nauczyć się na co zwracać uwagę w prognozie pogody – na temperaturę, czy zachmurzenie i opady, a może wiatry itd., trzeba wiedzieć co robi się zimą, a co latem (jeśli w danym miejscu są pory roku). Nam pomału zaczyna się zima. W klimacie, z jakim jesteśmy obeznani, zima to kozaki, czapki i ciepłe kurtki, zima to długie wieczory w ogrzewanym domu, zima to czas kiedy człowiek trochę zapada w sen i czeka na wiosnę. Jeszcze nie wiem co to jest zima tutaj, ale raczej to kurtki przeciwdeszczowe i uparte nie przejmowanie się pogodą i wychodzenie z domu żeby się poruszać i rozgrzać. Z jednej strony może być tutaj człowiekowi zimniej niż kiedykolwiek w Polsce, bo przez brak sensownego ogrzewania w tych niesolidnych domkach, w domu panuje taka sama temperatura jak na zewnątrz i bywa ciężko. Dlatego na zimę tutaj trzeba się wyposażyć w ciepłą piżamę, ciepłe kapcie, najlepiej takie wielkie, futrzane, przydatne też są wszelkie termofory, a dziecko kładzie się spać do łóżka w trzech warstwach ciuchów, z czego jedna to ciepły kombinezon. Z drugiej strony wyjeżdża człowiek zmarznięty rano z domu, ubrany w polar i kurtkę, a po godzinie trzeba rozebrać się do krótkiego rękawka, bo wyszło piękne słońce (chociaż wcześniej niebo było zaciągnięte najcięższymi chmurami jakie się kiedykolwiek widziało) i jest cieplutko. My już parę rzeczy, pomagających nam w starciu z pogodą, sobie wypracowaliśmy. Wiemy już, że najlepszym i niezastąpionym źródłem ciepła jest świecące słońce – banał, ale zajęło nam to kilka dni zanim przekonaliśmy się, że w domu trzeba poodsłaniać wszystkie okna, a najlepiej pootwierać je, jak tylko niebo się rozjaśnia i wychodzi słońce. Teraz idąc wieczorem spać podnosimy wszystkie rolety żeby od rana się nagrzewało, jeśli tylko będzie słońce. Poczuliśmy też na własnej skórze, że jak jest ci chłodno w domu, to żaden grzejnik nie ogrzeje cię tak, jak wyjście na dwór i poruszanie się. Najgorsze to siedzieć na tyłku i marznąć. Wiemy też już na czym polega różnica i czego się można spodziewać kiedy zapowiadają przelotne deszcze (tzw. showers), a kiedy mówią, że będzie padać. Przelotne deszcze to zmieniająca się nawet kilkadziesiąt razy dziennie pogoda, kiedy w jednej chwili jest słonecznie, w drugiej leje wielki deszcz mogący cię totalnie przemoczyć. Taki deszcz trwa maksymalnie 5 minut i potem znowu słońce. Trzeba się przyzwyczaić i ta pogoda nie przeszkadza. Gorzej jest kiedy po prostu pada. Może być to mżawka lub coś większego, ale w taki dzień nie ma odrobiny słońca i jest zimno. Ktoś nam ostatnio mówił, że najgorszym pod względem pogody miesiącem jest czerwiec, a potem już się ociepla (co chyba można rozumieć jako rozchmurza). No zobaczymy w takim razie jak przeżyjemy ten najzimniejszy miesiąc w nowym mieszkaniu. Będziemy się przystosowywać :)

niedziela, 10 maja 2009

Białe piaski i Rangitoto

Po takim czasie, jaki już tu jesteśmy, wszystkie miejsca wypadowe w okolicy mamy już opanowane i wydają się one coraz bardziej zwyczajne. Ale szukamy dzielnie i cały czas udaje nam się trafiać w nowe fajne miejsca.
Czarny i drobniutki piasek wulkaniczny przestaje już po mału być jakąś specjalną atrakcją, dlatego wybraliśmy się jakiś czas temu na białe plaże. Oczywiście, że takie też tu są, bo jest tu prawie wszystko co sobie wymyślisz :) Wypatrzyałam w jakimś przewodniku super zdjęcia z bialutkim piaskiem, granatowym niebem i błękitno-zielonym oceanem. No to stwierdziliśmy, że ruszamy. Od nas trzeba jechać tak około godziny na północ i zajeżdża się w trochę inny świat. Tereny chyba mocno nasłonecznione, bo jadąc mija się piękne uprawy winogron i winnice. Jest to też region, gdzie uprawia się dużo warzyw i owoców, mają też oczywiście masę krów i owiec. To w tej okolicy można odwiedzić najbardziej znany i polecany tutaj w Auckland farmers market w miejscowości Matakana. Odbywa się on w każdą sobotę i można tam sobie pooglądać i oczywiście kupić wszelkie lokalne i naturalne wyroby takie jak owoce, warzywa, sery, mięso, ryby, wina, przetwory, miody itd. To też jest jakiś fajny pomysł na wypad. W jakąś ładną sobotę trzeba wstać wcześniej (market jest czynny tylko do 13:00) i można sobie trochę pooglądać tą farmerską NZ. Potem wyskoczyć na plażę lub jakiś fajny spacer po pagórkach z widokiem na białe plaże i po prostu super dzień. My tym razem rzuciliśmy tylko okiem na ten region i przypadł nam do gustu. Czarny piasek jest egzotyczny, ale ja chyba wolę ten biały :) Jest "czystszy", nie jest taki drobny i ma się wrażenie, że jest się w jakimś miejscu z katalogu wakacyjnego :) Pogodę mielismy rewelacyjną i żałuję jedynie, że nie wzięliśmy strojów kąpielowych, przynajmniej dla Tymonka. No ale człowiek uczy się cały czas. Niby pogoda taka, że włącza się już grzejniki, ale jedziesz na plażę w słoneczny dzień i można byłoby się w wodzie taplać. Do bagażnika wrzuciłam już, obok kurtek nieprzemaklanych i butów, ręczniki i sroje kąpielowe. Może jeszcze się jakaś okazja trafi :) A te białe plaże wyglądają tak:



Kompletnie innym miejscem jest natomiast wulkan Rangitoto, na który wybraliśmy się następnego dnia. Rangitoto jest bardzo młodym stożkiem wulkanicznym (wypiętrzył się podczas wybuchów jakieś 600-700 lat temu) i dlatego jest to specyficzne miejsce. My nigdy wcześniej nie łaziliśmy po zastygłej lawie i nie wiedzieliśmy czego tam się spodziewać. Wybraliśmy się jak na każdy inny spacer, a spacer po wulkanie to jednak coś zupełnie innego. Podłoże (ta zastygła lawa) jest twarde i nierówne, dlatego dobrze mieć buty z twardą podeszwą, bo nie jest to chodzenie po mięciutkiej nowozelandzkiej trawce. Lawa nie wygląda jak żadna normalna skała jaką się zna, porównałabym to do żużlu, czy czegoś takiego. Nie ma tam prawie wcale ziemi w znaczeniu gleby. To znaczy gleba jest, bo przecież jest tam sporo roślin, ale nie możnabyłoby sobie zrobić tam poletka i czegoś uprawiać, bo bardzo blisko, pod cienką warstwą jakiegoś mchu i torfu jest ta zastygła lawa. Na wulkanie just też duszno i wilgotno. Te wszystkie "skały" wychładzają się mocno w nocy i kiedy pojawia się rano słońce zaczynają mocno parować. W okularach przeciwsłonecznych nie dało się iść, bo od razu parowały. Najwyższy punkt wulkanu, to nie jest "normalny" szczyt, lecz brzeg sporego krateru. Na Rangitoto można też przejść przez totalnie ciemne jaskinie z lawy (dobrze mieć latarkę, której my nie mieliśmy) i oczywiście można też sobie pooglądać widoczki na Auckland, na Coromandel i na cała zatokę Hauraki. Była to bardzo fajna wycieczka, totalnie inna od wszystkiego co robiliśmy dotychczas. Ponadto jest to wyspa, czyli w programie wycieczki jest też podróż stateczkiem. Bardzo nam się podobało, a Tymonek miał tyle wrażeń, że aż na koniec, nie zważając na żadne niewygody, pospał się w plecaku.



Odwiedziliśmy też w ostatnich dniach dwa miejsca w North Shore, w których jeszcze nie byliśmy. Byliśmy w Birkenhead, które znajduje się po drugiej stronie autostrady, bardzo blisko Harbour Bridge. Tutaj każda dzielnica ma jakiś swój charakter i wjeżdżając do innej dzielnicy ma się wrażenie jakby było się w jakimś innym miasteczku. Birkenhead wygląda na jedną ze starszych dzielnic North Shore. Domy są duże, stare, w innym stylu niż w naszym rejonie. Najbardziej charakterystyczną rzeczą w Birkenhead były dla mnie rosnące na wybrzeżu sosny. Chociaż nazwa wskazuje na brzozy ("birken" to po niemiecku brzoza) ja tam wiele brzóz nie widziałam, za to sosny były piękne i pachnące. A wracając z tej części miasta można podziwiać panoramę Auckland z innej strony. My mieliśmy akurat naprawdę co podziwiać, bo na niebie pojawiła się pełna, bardzo wyraźna tęcza, która, tak jak most, połączyła North Shore z Auckland (nie ma zdjęć, może następnym razem). Tęcze tutaj się zdarzają nawet często. Przy tych przejściowych deszczach, kiedy w jednej chwili masz błękitne niebo i piękne słońce, potem nagle deszcz taki w stylu "leje jak z cebra" i za chwilę znów słoneczko, można się na tęcze spokojnie załapać. Drugim miejscem w North Shore, w którym wcześniej nie byliśmy jest jezioro Pupuke. Dzisiaj tam wpadliśmy na krótki spacer. Pupuke jest całkiem duże, znajduje się blisko morza, na terenie dwóch dzielnic - Milford i Takapuna. Są to jedne z najdroższych miejsc do mieszkania w całej Nowej Zelandii, no ale jak chce się mieć dom na plaży lub w ostateczności nad sporym jeziorem, to trzeba za to zapłacić :) Nad jeziorem lasek, po którym się spaceruje, pływają sobie czarne łabędzie z czerwonymi dziobami, jakieś kaczki itp. Niektórzy uczą się żeglować na małych żaglóweczkach, niektórzy uprawiają sobie windsurfing, jescze inni łowią ryby. Ogólnie pełen relaks i kontakt z naturą. I to pod samym domem ...

sobota, 9 maja 2009

Dzień Matki

Co roku, zawsze w drugą niedzielę maja, obchodzi się tutaj Dzień Matki. Jakoś podobnie było w Niemczech i chyba na tej dacie podobieństwa się kończą. W Niemczech było tak jak po polsku, czyli w ten dzień dobrze spotkać się z mamą na niedzielnej kawie lub chociaż zadzwonić, można kupić kwiatka, czy czekoladki, dzieci przygotowują specjalne laurki i to byłoby na tyle. Tutaj natomiast to istne szaleństwo. O tym święcie słyszymy już chyba od miesiąca (radio, telewizja, reklamy wszelkiej maści itp.). Z moich obserwacji wynika, że jest to dużo większa okazja i święto niż niedawna Wielkanoc. Po drodze mieliśmy jeszcze ANZAC Day (taki ichniejszy 11 listopada), ale też nie było to nic specjalnego. A ten ich Dzień Matki to porównałabym chyba do Bożego Narodzenia! (no chyba, że Christmas to jeszcze większe szaleństwo, ale jeśli tak, to lepiej nie brać w tym udziału i uciekać jak najdalej). Początkowo planowaliśmy nawet jakoś sobie obchodzić ten dzień, ale raczej zrezygnujemy, bo wszelkie odmiany słowa „mother” już nam naprawdę bokiem wyszły. Wystarczy mi miły upominek zrobiony ręcznie przez inną mamę prowadzącą zajęcia zabawowe dla maluchów i tyle. Dla mnie laurka to jest Dzień Matki i niech tak zostanie :)


Na czym polega to tutejsze „dniomatkowe” szaleństwo? Przede wszystkim na tym, że z tej okazji kupuje się prezenty. I to bynajmniej nie czekoladki (chociaż oczywiście są dozwolone jako upominek), ale mega prezenty jak na gwiazdkę. Prezentem, wg atakujących nas z każdej możliwej strony reklam i akcji promocyjnych, może być dosłownie wszystko, poczynając od drobiazgów typu notesik, mydełko, zestaw solniczka i pieprzniczka, poprzez płyty, ręczniki, ciepłe piżamy, lampy, tostery, karnety na różne usługi, na lodówkach, komputerach i wycieczkach na Fiji kończąc. Każdy możliwy produkt reklamowany jest od co najmniej trzech tygodni w kontekście zbliżającego się Dnia Matki. Każdy możliwy sklep, centrum handlowe i jakiekolwiek biznesy (nie wyłączając np. warsztatów samochodowych, czy sklepów z grzejnikami) mają jakieś promocje i zniżki. I niestety nie można się opędzić od smutnej refleksji, że w całym tym zamieszaniu chodzi tylko o kupowanie i jest to jedna wielka, zwariowana akcja marketingowa.
Ten cały marketing i ta otoczka zakupowa jest dla mnie nie do zaakceptowania, ale z drugiej strony rozumiem też dlaczego akurat Dzień Matki jest taką wielką okazją do świętowania. W tym wielokulturowym i mocno zlaicyzowanym społeczeństwie nie ma zbyt wielu okazji i świąt, pod które może „podpiąć się” każdy. A przecież ludzie potrzebują okazji do spotkań rodzinnych, tradycji itp. No i ta okazja się idealnie do tego nadaje, bo wręcz każdy, niezależnie od pochodzenia, wyznania, koloru skóry, czy wieku może obchodzić Dzień Matki. Każdy jest czyimś dzieckiem, z wiekiem większość ma też swoje dzieci i w każdej możliwej kulturze mama (czy tego chce czy nie) ma rolę osoby będącej czymś w rodzaju fundamentu rodziny. I jeśli spojrzeć na to zamieszanie jak na święto rodzinne i okazję do odświętnego obiadu, to niech sobie Kiwi nie żałują i świętują :) Ciekawe czy mają Dzień Dziecka, a jeśli tak, to jak to wygląda? ...

sobota, 2 maja 2009

Maori

Wczoraj była niesamowita pogoda - błękitne niebo bez ani jednej chmurki i totalnie przejrzyste powietrze. Nie mieliśmy niestety ze sobą aparatu (nie chce nam się go taszczyć ze sobą za każdym razem, gdy się ruszamy z domu), więc musicie uwierzyć na słowo – Rangitoto było jak na wyciągnięcie ręki i było widać nawet pojedyncze krzaczki tam rosnące, a dalej można było sobie bardzo wyraźnie obejrzeć półwysep Coromandel. Panorama Auckland z naszych okolic też niesamowita. Dzisiaj się zachmurzyło, ale na 2 kolejne dni zapowiadają piękne słoneczko, więc może uda nam się uwiecznić parę widoczków. Jako, że dzisiaj pochmurnie, robimy sobie leniwą sobotę i byczymy się w domu. Zaczęliśmy oglądać „The Sopranos”. Jakoś nigdy wcześniej się za to nie zabraliśmy, a przecież to jeden z bardziej docenionych seriali ostatnich lat. Dopiero się wciągamy, ale zapowiada się nieźle. Siedzimy na kanapie pod kocykiem, grzejniczek obok (zrobiło się dzisiaj jakoś chłodno), Tymonek kręci się wokół nas i jest fajnie. Tymon pobawi się może trochę na podwórku i będzie musiał przeżyć jakoś ten bezruch :) Odbije sobie w następne dni.
Bezruch i nic szczególnego się nie dzieje, więc wspomnę może trochę o swoich luźnych obserwacjach, jakie mi się nazbierały przez pobyt tutaj. Może o Maori. Wiadomo, jest to „rdzenna” ludność wysp Nowej Zelandii. Piszę w cudzysłowiu, bo kiedyś dawno temu oni też dopłynęli tutaj i skolonizowali te wyspy, które w ich języku nazywają się Aotearoa. Przypłynęli najprawdopodobniej z wysp Polinezji. Są jednak rdzenni, bo jak pojawili się tutaj europejscy kolonizatorzy, to witali ich wodzowie maoryscy. Maorysów jest tutaj sporo, nie są rzadkością tak jak np. Indianie w Ameryce Płn. Ich kultura była zagrożona, tak jak indiańska, ale od lat 60-tych XX wieku, powstały różne ruchy mające na celu rewitalizację kultury maoryskiej, język maoryski nie wymarł, ich tradycje i zwyczaje są kultywowane. My niestety nie odróżniamy Maori od Polinezyjczyków, których też tu jest nie mało. Ogólnie struktura etniczna NZ przedstawia się następująco: 78% ludzie pochodzenia europejskiego (w formularzach zaznacza się „europejski Nowozelandczyk”) + inni, 14,6% Maorysi, 9,2% różni Azjaci, 6,9% różni Polinezyjczycy. Te procenty są podawane trochę różne w zależności od źródła, to co napisałam nawet nie sumuje się do równych 100%, bo tak naprawę określenie swojej przynależności etnicznej bywa trudne i często z powodzeniem można zaliczać się do różnych grup. Ale jakiś pogląd to daje. Czyli, jak widać, najwięcej jest tutaj tzw. białych, znacząca grupą są Azjaci, których przybywa i przybywa, no i mamy Maori + Polinezyjczyków. Co ciekawe, nie ma prawie w ogóle czarnych (w znaczeniu takich afrykańskich czarnych), chyba, że my się na nich nie natykamy (są na pewno, ale nie ma ich na tyle dużo, żeby byli bardzo zaznaczającą się mniejszością).
Maori i Polinezyjczycy należą niestety do tych biedniejszych grup społecznych, tak jak we wszystkich możliwych społecznościach zdominowanych przez kulturę europejską. W rejonie Auckland najwięcej mieszka ich w Manukau, jest to jednocześnie „najgorsze” miejsce do mieszkania wg np. wskaźników przestępczości. Ale to oni mają najbarwniejsze i najciekawsze dla nas tradycje i zwyczaje, to oni znają starożytne legendy i także oni tworzą dobrą muzykę (podobnie jak czarni w USA). Nie są oczywiście społecznością zepchniętą do życia w gettach i widać ich ogólnie na ulicach, mają swoją telewizję z programami po maorysku (słucha się tego świetnie), widać ich w różnych programach telewizyjnych i ogólnie są znaczącym „elementem” charakterystyki Nowej Zelandii. A ostatnią edycję tutejszego „Tańca z gwiazdami” wygrał zapowiadacz pogody Tamati, który teraz jest chyba najpopularniejszym Maorysem i prawdziwą gwiazdą (no chyba, że jeszcze jacyś zawodnicy rugby maoryscy, ale na tym to się nie znam jak na razie).
Ogólnie Maori są duzi (uogólniam, bo drobne osóbki na pewno też się znajdą). Mężczyźni są wysocy i dobrze zbudowani, takie „byczki” :), kobiety bardzo ładnie okrągłe, a z wiekiem grubawe. Widać, że te ich gabaryty są cechą ich populacji, nie wygląda to jak jakaś chorobowa otyłość, ale może się mylę. Mają ładną, ciemną karnację i czarne włosy. Kobiety często mają piękne długie, proste włosy, które można zestawić z jakimiś egzotycznymi kwiatami i wyglądałoby jak z obrazka :).
Jak już wspominałam, język maoryski brzmi bardzo ładnie. Jest melodyjny, słowa mają dużo samogłosek. Co ciekawe dla nas Polaków, wymowa maoryskich słów jest dla nas bardzo prosta, w przeciwieństwie do osób anglojęzycznych. Ogólnie głoski wymawia się tak jak w polskim, z tą różnicą, że „w” wymawia się jak „ł”, a „wh” = „f”. I to dla nas cały kurs wymowy maoryskiego. Czyli Karekare, Piha, Rotorua, Rangitoto itd. itp. możecie z powodzeniem czytać tak jak jest napisane :) No i dla nas poprawna maoryska wymowa tych nazw jest oczywistością, co niektórych tu dziwi, że np. wymawiamy nazwę przylądka Reinga od razu bez problemu :) Utrudnieniem jest to, że tak naprawdę, żeby się tu komunikować, to trzeba znać tą pokaleczoną, zangielszczoną wymowę maoryskich słów i chcąc być zrozumianym, na Karekare mówi się coś w stylu „Kerikeri” itd. Tyle w tym dobrego, że Tymonek, który jak się ostatnio dowiedzieliśmy nie mówi jak anglojęzyczne dziecko (chociaż po polsku to on nie gada), będzie bez problemu mógł opanować maoryski :)