czwartek, 9 kwietnia 2009

Życie wokół Tymona

Trochę cały nas ten przyjazd tutaj różni się od tego jakbyśmy byli tutaj sami, bez dziecka. Przede wszystkim wydajemy więcej kasy. Gdybyśmy przyjechali tu bez synka, moglibyśmy na początek mieszkać w tanim hostelu, gdzie śpi się z kilkoma osobami w pokoju, a potem wynajęlibyśmy sobie taniutki pokój w czymś w rodzaju mieszkania studenckiego. Kiedy chcemy się gdzieś ruszyć też nie możemy iść po prostu na żywioł i założyć, że gdzieś tam się człowiek prześpi, pod namiotem, albo w tanim hostelu, albo w ostateczności w samochodzie jak to robiliśmy w USA. Trzeba też mieć zawsze zapas jedzenia dla synka, jakieś specjalne mleka, kaszki itp., kupować mu świeże warzywa i owoce - życie na frytkach z MacDonalda odpada :) No ale na to byliśmy przygotowani i byliśmy świadomi, że musimy mieć odłożone trochę kasy na początek.
Jednak to co mi chyba najbardziej „doskwiera”, to fakt, że Tymon nas trochę ogranicza jeśli chodzi o podróżowanie i zwiedzanie tego niesamowitego kraju. No bo w niektóre miejsca z nim się nie wybierzemy (np. jaskinie ze świecącymi robaczkami, gdzie płynie się łódką i trzeba być cicho, a jemu się jeszcze nie wytłumaczy jak ma się zachowywać), w niektóre miejsca go nie wtaszczymy (bo jednak całodniowa trasa po górkach z Tymonem na plecach wymaga bardzo dobrej kondycji i samozaparcia), a większość miejsc wymaga kilkudniowej wyprawy, co w związku z Tymonem i zmieniającą się już pogodą łączy się mocno z organizowaniem, rezerwowaniem noclegów itp. i gdzieś znika ta fajna w każdej podróży spontaniczność. No i wybranie się nawet na jednodniową wycieczkę i wyjście z domu wcześniej niż o 8 rano graniczy prawie z cudem.
No to sobie trochę ponarzekałam :). Czyli czas na plusy tego, że Tymon jest z nami. Fajnie jest widzieć, że dziecko tak dobrze i szybko się adaptuje do jakichkolwiek otaczających je warunków (samolot, nowe mieszkanie i łóżeczko, trochę inne jedzenie, inna pogoda). Fajnie czuć, że da się wszystko zrobić, nawet jak ma się dziecko (np. przylecieć na drugi koniec świata). Fajnie „musieć” chodzić codziennie na plażę i mieć tyle przestrzeni do wypuszczenia dziecka żeby się wybiegało i potem wieczorem po prostu padło na twarz i zasnęło w ciągu sekundy. Fajnie też mieć ten super sposób na nawiązywanie nowych kontaktów, jakim jest zwracające uwagę wszystkich dziecko. Dzięki Tymonowi chodzę na zajęcia dla dzieci, synek ma kontakt z innymi maluchami, a ja poznaję nowych ludzi i obserwuję sobie jak tutaj wygląda codzienne życie. Radochę też sprawia obserwowanie synka, który pierwszy raz widzi fale i morze i zastanawia się jak się za to zabrać, a po kilku dniach biegnie w stronę wody i fal z taką radością, że aż człowiek sam się uśmiecha. No i mamy, możliwe że niepowtarzalną, okazję pobyć sobie tak po prostu razem w trójkę.
Poza tym mam wrażenie, że synek nam trochę wydoroślał przez te ostatnie tygodnie. Tymonek stał się jakby bardziej samodzielny, radzi sobie w każdej sytuacji, komunikuje coraz wyraźniej o co mu chodzi i najlepszy hit – je już sam łyżeczką. Kilka dni temu kategorycznie odmówił przyjmowania jakichkolwiek pokarmów podawanych mu łyżeczką. Potem były tak gdzieś z dwie stracone kaszki i mamy synka, który sam wcina sobie jedzonko z miseczki, jogurciki itp. Tymon daje też już wyraźnie do zrozumienia, kiedy chce iść spać, kiedy jeść, kiedy się bawić itp. No i chodzi już po schodach, wspina się pięknie pod górkę i złazi z górki, jest w stanie przebiec za nami tak gdzieś z kilometr, zjeżdża na zjeżdżalni i jest ogólnie niesamowicie sprawny ruchowo. No i jak się na niego patrzy, to widać, że on jest zadowolony, że go tu ściągnęliśmy, i my chyba też jeteśmy ;-)

1 komentarz:

  1. No wreszcie coś o słoneczku. To świetnie że jest mu tam dobrze i myślę że za pół roku to i pod namiot będzie go można wziąć-bo przecież będzie lato. Ucałowania i podziękowania za relacje na bieżąco.Ewa

    OdpowiedzUsuń