sobota, 4 kwietnia 2009

A jak się auto zepsuje

Nasze ostatnie przygody „zmuszają mnie” do ciągnięcia tematów motoryzacyjnych. Wybraliśmy się wreszcie dwa dni temu na trochę bardziej odległą wycieczkę. Chcieliśmy odwiedzić gejzery w Rotorua. Chcieliśmy, bo nie odwiedziliśmy :(, a to z powodu awarii samochodu.
Otóż jedziemy sobie w porannym korku na autostradzie, samochody jadą wolniej niż zazwyczaj, ale nie stoją. Za Harbour Bridge, dokładnie koło mariny Westhaven nasz samochód postanowił jednak nie jechać i stanął. Po prostu zgasł i nie chciał odpalić. Chwilę wcześniej zapaliła się czerwona lampka „check engine”, ale nie dała Michałowi szansy na reakcję, zjechanie na bok itp., bo samochód zgasł prawie natychmiast. Czyli stoimy sobie na środku autostrady, samochody mijają nas z prawej i lewej i zonk. Na szczęście Michał to przezorny człowiek, który zapisał sobie w komórce nr do tutejszych służb drogowych, o kojarzącej się całkowicie inaczej nazwie AA (odpowiednik niemieckiego ADAC).
Auto nie chce odpalić pomimo wielu prób (odpala, ale gaśnie od razu z braku mocy), no więc trzeba dzwonić po pomoc. Odebrała miła pani, która przede wszystkim chciała wiedzieć czy jesteśmy członkiem AA. Nie jesteśmy, no więc trzeba było się zarejestrować. Stoimy na autostradzie i blokujemy trochę ruch, a tutaj trzeba podawać stosy danych takich jak adres, nr tel., dane samochodu itp. No ale jakoś poszło, pani przyjęła zgłoszenie i kazała czekać na pomoc, którą już wysyła. No to czekamy.
W międzyczasie podjechał do nas samochód policyjny i pomógł nam dostać się na pobocze. Kazał nam po prostu wrzucić luz i zepchnął nas, pchając zderzakiem o zderzak, na pas poboczny. Niestety nie było to takie prawdziwe pobocze, tylko specjalny pas dla autobusów. A trzeba wiedzieć, że autobusy tutaj zasuwają dużo szybciej niż samochody, czyli nie było to w 100% bezpieczne miejsce. Policjant poradził nam żebyśmy wsiedli z samochodu i pospacerowali sobie po marinie czekając na AA. Nie kontrolował nas, nie opieprzał, po prostu nam pomógł i pojechał sobie dalej.
Wygramoliłam się z samochodu z Tymonkiem, wyjęliśmy wózek i idąc za radą pana policjanta, zwiedziliśmy sobie marinę (super jachty, piękny widok na city). Nie czekaliśmy długo i pojawił się samochód AA. Facet sprawdza najpierw podstawowe rzeczy w samochodzie i próbuje naprawić samochód. Jeśli jest to coś z czym nie może poradzić sobie na miejscu, wzywa holowanie. W naszym przypadku musiał wezwać holowanie. Michał podejrzewał, że zepsuło się coś związanego z wtryskiem paliwa, bo takie były objawy. Wyobraźcie sobie, że miał rację, jak się potem okazało w warsztacie!
Na hol czekaliśmy następną chwilę. Przyjechał sprawnie, załadował samochód i ruszyliśmy. Stwierdziliśmy, że chcemy jechać nie do najbliższego warsztatu (to jest gratis w usłudze), ale do Forrest Hill Motors, które mamy pod domem. Za to musieliśmy dopłacić, ale nie zdarli z nas :) Podróż z panem była bardzo miła, pogadaliśmy sobie miło o NZ, o tym skąd jesteśmy, polecił nam kilka miejsc wartych odwiedzenia i dowiózł sprawnie do mechanika.
Zostawiliśmy samochód do naprawy i dostaliśmy auto zastępcze. To jest tutaj w standardzie :) Kiedy później zdiagnozowali problem okazało się, że popsuła się sonda lambda (air flow meter) i trzeba ją wymienić. Próbowali ją naprawić, ale nie udało się. Zaproponowali kupno nowej, ale to już bardzo drogo i ustaliliśmy, że trzeba znaleźć jakąś używaną. Żeby nie czekać na to za długo, Michał znalazł to ustrojstwo na Trademe, kupił i przywiózł. Naprawili to i kupę innych upierdliwych drobiazgów przy okazji (bo szef jest Niemcem z krwi i kości). I dobrze, że działa, bo autem zastępczym mogliśmy jeździć tylko w bliżej nieokreślonych granicach Auckland. Rachunek przyzwoity. Dodatkowo zapłaciliśmy podwójną cenę za członkostwo w AA (tak się płaci kiedy zapisuje się dopiero w razie problemu). W sumie się uzbierało, ale z drugiej strony kupując 13-letnie auto spodziewaliśmy się tego, oby nie było takich sytuacji zbyt dużo. W ostatecznym rozrachunku niezłe doświadczenie, poradziliśmy sobie bardzo sprawnie, pomoc drogowa działa tutaj tip top i chyba jest to kolejny argument, że NZ to miłe miejsce do życia :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz