piątek, 17 kwietnia 2009

Szukanie pracy i papierologia imigracyjna

Ostatnio rzadziej piszę, bo nie mogę się często dostać do komputera. A to dlatego, że zaczęło się pełną parą szukanie pracy. Najpierw było przygotowywanie CV, a teraz ciągłe przeglądane ofert, odpowiadanie na maile itp. Oferty dla Michała są, już jakieś kontakty nawiązał, a dzisiaj jest nawet na teście z C++ (dzięki temu dorwałam kompa). Nie ma jeszcze żadnej konkretnej propozycji i na żadnym interview jeszcze nie był, ale wszystko idzie w dobrym kierunku.
Tutaj wszystkie oferty pracy są wystawiane przez pośredników – agencje rekrutacyjne. Raczej nie zdarzają się oferty bezpośrednio od pracodawców, przynajmniej na takie jeszcze Michał nie trafił. Taka agencja działa tak, że ma iluś pracowników, którzy chyba są na jakiś kontraktach i pracują tak jakby na akord – dostają oferty, którymi mają się zająć i to jest ich sprawa jak szybko i w jaki sposób znajdą pracownika. Taki ktoś może ogłaszać się w różnych miejscach, korzystać z baz CV jakie ma zgromadzone dana firma, ogłoszenie znajduje się też zawsze na ogólnej stronie firmy rekrutacyjnej, ale jest zawsze przypisane do konkretnej osoby, jest zazwyczaj podany do niej kontakt itp. Zaleta jest taka, że szukając pracy od razu wiesz z kim się kontaktujesz i odpowiadając na jakieś ogłoszenie masz od razu kontakt z konkretną osobą, której, jeśli jesteś dobrym specjalistą, zależy tak samo mocno jak tobie żeby znaleźć ci jakąś pracę – za każdego pracownika zaakceptowanego przez pracodawcę taka osoba dostaje kasę. Jeden facet już się konkretnie zajął Michałem, przedstawia mu już różne oferty, kontaktuje się regularnie i jestem dobrej myśli, bo możliwe, że coś z tego będzie. Z drugiej strony przez to, że nie masz od razu kontaktu z pracodawcą wszystko wydłuża się i zanim pójdziesz na tą prawdziwą rozmowę kwalifikacyjną, na której tak naprawdę dowiadujesz się co to za praca, ile płacą itp., może minąć sporo czasu. Ponadto wygląda na to, że pracodawca nie zleca szukania pracowników tylko jednej agencji. Dlatego może się zdarzyć, że odpowiadasz na dwie różne oferty, dwóm różnym osobom, oferty brzmią trochę inaczej (no bo każdy agent może sobie napisać po swojemu daną ofertę), a potem okazuje się, że chodzi o to samo stanowisko. Raz już się tak zdarzyło. Dlatego często jednym z pierwszych pytań agenta jest czy już się z kimś kontaktowałeś, z kim itp. No taki tu mają sobie system. Oczywiście można zawsze wyszukać sobie konkretne firmy, w których chciałoby się pracować i do nich bezpośrednio się odzywać i wysyłać im swoją ofertę. To też jest jakaś droga, ale jak na razie jest etap odpowiadania na oferty.
Co do kryzysu ogólnoświatowego i jego wpływu na możliwości znalezienia pracy tutaj, to jeszcze nie wiem. Ogólnie mówi się tutaj o kryzysie, ceny nieruchomości się korygują, rośnie bezrobocie (było 4,5%, a jest, czy ma być w najbliższym czasie około 8%), a firmy mają usprawiedliwienie dla nie dawania podwyżek, czy oferowania mniejszych płac. Wszyscy mówią, że rok temu był lepszy czas na szukanie pracy itp. Ale nie wygląda to tak źle. Oferty są, specjalistów Michała pokroju podobno bardzo brakuje, pieniądze jakie oferują wyglądają na przyzwoite, czyli my kryzysu nie czujemy jak na razie. Zobaczmy w jaką stronę to się rozwinie, ale jak na razie jest dobrze :) No i ja pracę mam :) Zawsze to coś, nie utrzymalibyśmy się z tego tutaj, ale jako dodatek do głównej pensji, to już coś.
Poza szukaniem pracy popychamy też do przodu całą naszą procedurę imigracyjną. Z naszej strony wszystko już jest naprawdę zrobione. Wczoraj poszła do Londynu nasza kolosalna aplikacja. Chcieliśmy przenieść całą sprawę do NZ, ale nie dało się, fakt że tu jesteśmy na wizie turystycznej niczego nie zmienia i mamy przydzielonego urzędnika w Londynie. Aplikacja przygotowana pięknie, prawie kilo dokumentacji, jeszcze parę gram i trzeba byłoby to wysyłać jako paczkę a nie list. Sami zobaczcie:


Ten cały plik papierów, to dokumenty jakie zbieraliśmy tak naprawdę od początku roku. Wszystko na spokojnie i bez stresu, ale jakby się chciało to zrobić w kilka dni, to by się nie dało. Cała procedura programu Skilled Migrant, w ramach którego chcemy dostać tutaj status rezydenta, jest bardzo dokładnie i przystępnie opisana na stronach rządowych NZ. Przez jakiś czas była to najważniejsza strona w „ulubionych” w naszej przeglądarce, bo zaglądało się tam bardzo często. Ale dzięki temu wiemy dokładnie co się dzieje w każdym momencie procedury, wiedzieliśmy jak się zabrać za całą tą aplikację, jakie dokumenty przygotować, ile czasu trwają poszczególne etapy itd. No i przygotowywaliśmy wszystko w ciągu tych kilku miesięcy, rozpoczęliśmy całą procedurę wysyłając wstępny wniosek i nie musimy teraz słono płacić (1-2 tys. $) żadnym mocno reklamującym się tu agencjom pomagającym wzorowo przygotować dokumenty.
Muszę tu zaznaczyć, że oni (te wszystkie urzędy, z którymi się kontaktujemy) działają tutaj całkiem sprawnie i dokładnie tak jak opisują to na swoich stronach. I jakoś tak pomimo tego, że musieliśmy przygotowywać i wysyłać te stosy papierów, to jakoś to nie przeszkadza, bo człowiek widzi, że oni ze swojej strony wszystko robią tak jak powinni. Na przykład sprawa w NZQA (u nich uznaje się wykształcenie) została załatwiona w tydzień, łącznie z wysyłaniem dokumentów itp., a po drodze były święta. Czyli całkiem niezły wynik. Ponadto w sieci możesz śledzić zazwyczaj na jakim etapie jest twoja sprawa i zawsze masz też przydzieloną konkretną osobę do swojej sprawy, co bardzo usprawnia jakąkolwiek komunikację.
Przy okazji wspomnę tutaj, że dużo ułatwia nam też super sprawnie działająca tutaj poczta (przesyłka kurierska do Wellington nadana o 6 wieczorem jednego dnia była na biurku w odpowiednim urzędzie o 8 rano następnego dnia, wszystko da się pięknie śledzić w sieci) i ogólny brak przesadnie skomplikowanej biurokracji. Na przykład potwierdzenie zgodności z oryginałem kopii naszych paszportów zajęło kilka minut. Co kilka domów można znaleźć tutaj tzw. sędziego pokoju, który bez żadnych opłat, składając po prostu swój podpis może poświadczyć różne rzeczy, tak jak notariusz u nas. Jakie to proste! W Polsce do notariusza można przyjść tylko w tygodniu między 10 a 14, a z Justice of the Peace można się spotkać nawet w niedzielę wieczorem, jeśli tylko jest w domu.
Jeżeli wszystko pójdzie teraz bez żadnych przeszkód, to za kilka tygodni powinniśmy być rezydentami. A jak Michał dostanie ofertę pracy, to w takim przypadku wszystko przyspiesza maksymalnie i w 3 dni można zamknąć całą sprawę. No i miejmy nadzieję, że tak będzie w naszym przypadku, trzymajcie kciuki :)

1 komentarz: