czwartek, 30 kwietnia 2009

Sky Tower i Auckland City

Rozmowy kwalifikacyjne i testy cały czas trwają. Wszystko głównie w jednej firmie, która wygląda na bardzo mocno zainteresowaną Michałem. Może początek maja przyniesie jakiś przełom w tym szukaniu pracy. Poza tym skończyła się już jesienna przerwa wakacyjna w szkole i dzięki temu zaczęły się z powrotem zajęcia dla dzieciaczków w community centre. Chodzimy sobie z Tymonkiem 2 razy w tygodniu trochę się socjalizować. Jakoś nam idzie, mamy już parę znajomych, a ja zbieram informacje o ewentualnych rozwiązaniach dot. opieki nad dziećmi, gdyby przyszła taka potrzeba. Na razie jednak Tymon ma dwójkę rodziców w domu, oni tutaj powiedzieliby chyba, że jesteśmy takimi stay at home parents :), analogicznie do stay at home mum. Tutaj nie używa się raczej określenia housewife, określenie to ma mieć wydźwięk pozytywny i brzmieć jak coś, co robisz z wyboru, tak jak zawód. No i muszę przyznać, że bycie przez kilka lat w domu z dzieckiem, czy raczej z dziećmi (przyrost naturalny mają spory - tak średnio po 2-3 dzieci na rodzinę) to tutaj całkowity standard.
Jak na dobrych rodziców przystało, organizujemy więc różne aktywności synkowi i przy okazji sobie. Jedną z nich był ostatnio wypad do City, gdzie wreszcie zaliczyliśmy jedną z głównych atrakcji Auckland, czyli wjazd na Sky Tower. Wieżę z pewnością kojarzycie, bo jest to swoisty symbol tego miasta, nieodłączny element każdej panoramy Auckland. Jest to bardzo charakterystyczna budowla i tak na marginesie wspomnę, że uważam, że coś takiego jest każdemu miastu potrzebne, jeżeli chce ono istnieć w międzynarodowej świadomości. I chyba niech Warszawa eksponuje bardziej Pałac Kultury, który prezentuje się całkiem przyzwoicie, zamiast zasłaniać go i próbować budować coś nowego (no chyba, że miałoby to być coś na miarę wieży Eiffla, opery w Sydney, czy mostu Golden Gate w San Francisco).
Główną atrakcją jaką oferują na wieży są skoki z wysokości 192 m i tzw. Skywalk (spacer po niebie) też na wysokości 192 m (Brr!). To są jednak ekstremalne sprawy, na które nie reflektowaliśmy (no może poza Tymonem, ale on sobie spróbuje kiedyś sam), więc my zaliczyliśmy standardowy wjazd na samą górę (220 m) z podziwianiem widoków 360 st. na miasto i okolice. Widoki jak widoki, ciekawe, ale nic, czego się nie spodziewaliśmy. Fajną rzeczą są natomiast miejsca ze szklaną podłogą. Przeżyłam tam chwile grozy. To niesamowite, jak człowiek nie panuje nad swoimi instynktami. Stoisz sobie na betonowej, nieprzejrzystej podłodze, dobrze wiesz, że jesteś wysoko, bo widzisz widok przez okna, i wszystko jest ok. Obok ciebie kawałek podłogi ze szkła, napisane na tabliczce, że szkło to jest tak samo grube i wytrzymałe jak beton i można śmiało po nim chodzić. Ty to wszystko rozumiesz i chcesz przejść się po tej podłodze, dajesz krok i… nie możesz. Twoja podświadomość, czy chcesz tego czy nie, blokuje cię i zatrzymujesz się na skraju tej „dziury”. Śmiejesz się z siebie, ale jednak przejście się po tej szybie wymaga sporo samozaparcia. I to nie tylko moje wrażenie, wszyscy, którzy tam byli reagowali tak samo, łącznie z Tymonem (taki mały, ale instynkty działają), który musiał trzymać się albo mnie, albo murka obok, żeby przejść po tej szybie. Ale za to boczne szyby traktował z całkowitą ufnością i jak tylko wymacał, że one tam są, że to nie jest otwarta przestrzeń, wskakiwał na te szyby z rozbiegu. Niektórych zwiedzających przyprawiało to o palpitacje serca, ale on się nie przejmował :) No widać, że do skoku z wieży już się przygotował, jak podrośnie będzie mógł próbować :) Ja za to wiem, że w życiu się na coś takiego nie zdobędę (mieliśmy okazję kilka skoków zobaczyć, byli też śmiałkowie przechadzający się po tej kratce w chmurach) i żadne skoki z wysokości, czy spacery nie wchodzą w grę w moim przypadku. Na szczęście są też inne ciekawe rzeczy do robienia i aż taka adrenalina nie jest konieczna do szczęścia.



Na wieży są dwa poziomy obserwacyjne, kafejka, w której wypiliśmy sobie przepyszne cappuccino i ekskluzywna restauracja (nie obraca się ona jednak tak jak ta w Monachium, a szkoda). W całym kompleksie Sky City jest też kasyno, hotel, kino, różne restauracje itp. Ogólnie fajne miejsce i warto było to „zaliczyć”. Poza tym cały dzień był ciekawy, bo miałam wreszcie okazję połazić sobie po centrum (zaparkowaliśmy na darmowym parkingu pod muzeum, które jest kawał drogi od Sky Tower i zrobiliśmy sobie porządny spacer tam i z powrotem). Jest to bardzo fajne miasto, dużo wieżowców, ale sporo też starszych budynków wyglądających tak na początek XX wieku. Dużo kafejek, pubów, restauracji, masa małych sklepików. Są oczywiście też duże i ekskluzywne sklepy, ale wszędzie pełno małych biznesów przeróżnej maści. Miasto wcale nie wydało mi się wymarłe i powolne. Może nie ma przesadnego tłoku, ludzie nigdzie nie biegną, ale też nie jest bardzo pusto. Ogólnie bardzo miło. Ja bardzo cieszę się, że sobie wreszcie połaziłam trochę po centrum, bo jak dla mnie, to jest najlepszy sposób na „poczucie” miasta – tak się przejść spory kawałek, kupić sobie coś do przekąszenia w jakimś małym barku, wypić kawę, popatrzeć na ludzi, wejść do paru sklepów… Trochę mi tego brakuje, w Ulm często szwędałam się po centrum, ale może niedługo przeprowadzimy się gdzieś bliżej miasta… zobaczymy. Idąc na nasz parking, mijaliśmy też campus Uniwersytetu w Auckland. No i kolejna refleksja – kurcze, jak byłoby fajnie tu studiować. Bardzo międzynarodowo (widać, że studenci są przeróżni, każda możliwa rasa, słychać wszędzie różne języki, no dużo Azjatów, ale tu to standard), wypasiona biblioteka, park z fontanną i masa ludzi rozwalonych na trawce itd. No, że to tak człowiek odkrywa wszystko po czasie :)
Wycieczka zakończyła się nam super przekąską w parku. Kupiliśmy sobie sushi na wynos. Takie prawdziwe od Japończyków (jest tutaj tego pełno) z wasabi, sosem sojowym i imbirem, nie z surową rybą, ale za to z avocado i kurczakiem. Rewelacja! Kosztuje tyle samo co głupi zestaw w MacDonaldzie, a jedzenie 100 razy lepsze. Tymonowi też smakowało i wolał nawet to niż jogurt! Postanowiłam, że będziemy częściej sobie coś takiego fundować zamiast frytek, bo smaczne i zdrowe :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz