czwartek, 2 kwietnia 2009

Zakup samochodu

Przez pierwszy tydzień po przyjeździe mieliśmy samochód z wypożyczalni. Szybko jednak zorientowaliśmy się, że nie bardzo to się opłaca, biorąc pod uwagę za ile można tutaj kupić samochód i ile kosztuje wynajem. Kurt (właściciel mieszkania, który podrzuca nam często jakieś wskazówki) też doradzał nam kupno samochodu zamiast wynajmu. No więc zaczęliśmy się rozglądać. To znaczy Michał zaczął się rozglądać, bo ja raczej nie jestem w temacie i to Michał zawsze zajmuje się tymi tematami.
Na początku przeglądał oferty w sieci na Trademe. Jest tego dużo, ceny nie odstraszają. Znalazł kilka samochodów godnych uwagi i nawet jeden z nich pojechał obejrzeć. Było to w Auckland, ale po południowej stronie miasta. Wyprawa około 40 min jazdy w jedną stronę. Samochód okazał się niezadbany i nie wyglądał na godny swojej ceny. Czyli obejrzenie jednego samochodu, łącznie ze znalezieniem go w sieci zajmuje prawie pół dnia i może oczywiście nic z tego nie wyjść. A nas gonił czas, bo dla nas każdy kolejny dzień wynajmu to strata kasy. Kurt wspomniał, że on kupuje samochody zawsze w Turners, i że jego zdaniem to najlepsze miejsce żeby szybko znaleźć coś wartego swojej ceny. No to zaczęło się przeglądanie stron tego Turners.
Turners to ogromna firma zajmująca się aukcjami. Są w całej NZ, w Auckland są dwa oddziały (jeden bardzo blisko naszego domu). Licytują wszystko (meble, sprzęty różne, maszyny itd.), ale głównym towarem na aukcjach są samochody. W miarę szybko Michał znalazł na ich stronach 2 samochody, które nam odpowiadały (w tym oddziale bliżej nas). Pojechał je zobaczyć i wypróbować, a wieczorem był na licytacji. Byliśmy zdecydowani na kupno, ale oba samochody poszły za wyższą cenę niż chcieliśmy wydać. No to dalej do komputera i przeglądanie dalszych ofert. Okazało się, że następnego dnia w południe jest kolejna licytacja w tym drugim oddziale. I to tak naprawdę okazało się to główne, ogromne miejsce, z którego raczej nie da się wyjść bez samochodu.
Nie miałam ochoty siedzieć w domu i tylko czekać czy Michał kupi coś, dlatego zaplanowaliśmy, że jedziemy tam całą rodziną. No i dobrze, że pojechałam, bo taka aukcja (najprawdziwsza z prawdziwych, z podbijaniem ceny, młotkiem i niesamowicie szybko mówiącym prowadzącym) to wielka frajda i ciekawe nowe doświadczenie (u nas nic takiego nie ma, a szkoda). Wstaliśmy wcześniej, bo Michał chciał jeszcze przejrzeć w sieci co będzie wystawione na aukcji i coś wstępnie wybrać, a poza tym przed licytacją chcieliśmy oczywiście jeszcze obejrzeć samochody na żywo i je wypróbować. Byliśmy na miejscu 2 godziny przed licytacją. Jak to wszystko wygląda i działa? - świetna sprawa.
Jeżeli chcesz kupić auto, musisz się zarejestrować jako uczestnik aukcji. Szybka i bezbolesna procedura, nic nie płacisz, nadają ci numer, musisz tylko podać podstawowe dane, ale oczywiście bez nr tel. się nie obejdzie :) Dostajesz wydruk ze wszystkimi dostępnymi danego dnia samochodami, ich danymi itp. i możesz ruszać. Samochody wystawione są w ogromnym hangarze, tego dnia było licytowanych 200 aut, wszystkie w cenach poniżej $6500. Masa ludzi, samochody wystawione kolejno numerami, w rzędach. Do każdego można wsiąść, uruchomić, przejechać się itp. Hałas, spaliny, trochę zamętu, ale można się we wszystkim połapać i w jednym miejscu w naprawdę krótkim czasie można obejrzeć masę aut. Bardzo duże zainteresowanie, ludzie chodzą, zaglądają do silników, robią małe rundy po hangarze, czuć podekscytowanie jakby zaraz miało zacząć się coś ważnego. Po godzinie kręcenia się między samochodami miałam już dość, na miejscu jest na szczęście kafejka, więc poszliśmy tam z synkiem na drugie śniadanko, a Michał poszedł jeszcze ostatecznie wybrać co w chodzi dla nas grę w licytacji. Im bliżej południa atmosfera coraz gorętsza. Ludzie przychodzą do kafejki porobić sobie ostateczne notatki i na spokojnie zastanowić się które samochody będą tak naprawdę licytować. My na swojej liście mieliśmy w końcu 6 samochodów, które wchodziły w grę. No i zaczęło się. Czułam się jak na jakimś przedstawieniu. Usiedliśmy sobie w pierwszym rzędzie, show niesamowity. Co minutę schodziło jedno auto, czyli wyobraźcie sobie tempo w jakim wszystko się dzieje!. Facet mówi z prędkością huraganu, reklamuje dany samochód, zachęca, rzuca ceny. Kilka osób mu pomaga obserwując licytujących. Na ekranie widać co się w danym momencie dzieje, o ile się podbija cenę itp. Nadszedł czas na pierwsze auto z naszej listy. Zaczęła się licytacja, kilka osób brało w niej udział. 30 sekund i mieliśmy samochód. Kiedy facet uderzył młotkiem i krzyknął „sold” aż podskoczyłam i krzyknęłam z radości i podekscytowania. Aukcje internetowe niech się schowają, gdzie ta adrenalina!
Wystawione auta mają określony przedział cenowy. Większość samochodów schodziła za cenę pośrodku przedziału. Nasz też. Od momentu kiedy uderzy młotek, jesteś posiadaczem samochodu. No to staliśmy się posiadaczami białego Subaru Legacy, kombi, napęd 4x4, automat, przyciemniane szyby, rocznik 1996. Michał chciał japońskie auto, ja kombi, czyli każdy jest zadowolony. Zaraz po uderzeniu młotka podbiega ktoś z obsługi, chwyta cię za rękę (żebyś czasami nie zwiał) i zaprasza cię do biura, aby wszystko sfinalizować. Jeśli masz kasę przy sobie, możesz od razu zapłacić i wyjechać nowym samochodem. Nie ma żadnych skomplikowanych formalności, rejestracji, biegania po urzędach itp. Wszystko załatwiasz na miejscu, łącznie z ubezpieczeniem, trwa to 10-15 min. I tyle. Czyli mamy auto.
Musieliśmy jeszcze dokupić fotelik dla Tymonka, to już na Trademe. Ja już też jeżdżę (w znaczeniu prowadzę). Ta lewa strona to pikuś. Wsiadłam i pojechałam, bez żadnych problemów. A automatyczna skrzynia biegów, to w ogóle super sprawa i nie rozumiem dlaczego u nas się trzeba męczyć z ręcznymi biegami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz