poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Piknikowanie i Święta Wielkanocne

No i już prawie po świętach. Mieliśmy bardzo wesołe, zdrowe i spokojne święta, było trochę lenistwa świątecznego, a jajko wielkanocne wszystkim bardzo smakowało (najbardziej chyba Tymonowi).


Te cztery dni świąteczne (tutaj główne święto jest w Wielki Piątek, Niedziela Wielkanocna też jest ważna, a Poniedziałek to tak połowicznie – niby święto, ale niektóre sklepy pootwierane, niektórzy pracują itp.) spędziliśmy na wycieczkach i piknikowaniu. Idąc za przykładem Kiwi, postanowiliśmy spróbować tej najbardziej popularnej tu aktywności na świeżym powietrzu i chyba ją bardzo polubiliśmy. Ale po kolei.
W piątek wybraliśmy się na Muriwai Beach (piękne widoczki i sławna kolonia morskich ptaków głuptaków – ang. gannet). Piątek był też pierwszym dniem tutejszej przerwy świątecznej w szkole, która potrwa dwa tygodnie. No i zdziwiliśmy się, że jednak w miejscach turystycznych tutaj też może być sporo ludzi (nie było jednak ich tak dużo, żeby był tłok i nie było czuć przestrzeni). Była piękna pogoda, a w piękną pogodę nie siedzi się w domu tylko jedzie się gdzieś. Może być dalej od domu, albo chociaż do pobliskiego parku, ale obowiązkowo należy się umówić ze znajomymi i ruszyć w teren. W terenie chwilę się łazi, a potem rozkłada się na miękkiej, zielonej trawce (której tutaj jest pod dostatkiem gdziekolwiek się człowiek nie ruszy) i się błogo spędza czas jedząc, pijąc, gadając, śmiejąc się, albo po prostu leżąc sobie i gapiąc się na chmurki, jeśli jakieś są. Jakaś gra w krykieta, czy rugby też należy do powszechnie praktykowanych form spędzania wolnego czasu. No i wszędzie masa biegających dzieciaków w każdym możliwym wieku, które łażą po drzewach, turlają się ze stromych górek lub zjeżdżają po nich na kartonowych „sankach”, wspinają się po stromych, piaszczystych wydmach i czołgają się po czarnopiaskowej plaży. Nasz Skarbek szybko złapał klimat i też się poczołgał …


My nie byliśmy przygotowani piknikowo w piątek, ale mieliśmy w planie nadrobić to w sobotę – byliśmy umówieni na całodniowy piknik jazzowy na wyspie Rakino. Kiedy robiliśmy zakupy przedświąteczne w naszym supermarkecie, zagadnęła nas pewna para (ona Polka, on pochodzi z Zimbabwe). Usłyszeli, że mówimy po polsku i podeszli do nas, ponieważ ona mocno poszukuje kontaktu z Polakami (są tutaj ponad 8 miesięcy i jeszcze na Polaków się nie natknęła!). Gosia pracuje jako babysitter, mieszkają na ulicy obok, czyli dla nas rewelacja, bo możliwe, że już mamy opcję na jakieś wyjścia wieczorne i będzie z kim zostawić Tymona. Chwilę pogadaliśmy i wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że powinniśmy się kiedyś spotkać bardziej towarzysko. Wspomnieli, że wybierają się na całą sobotę na Rakino Island i myśmy następnego dnia też zarezerwowali bilety. Impreza jest całkowicie darmowa, musisz jedynie kupić bilet na prom, jeśli chcesz tam się dostać. No i jest to piknik, czyli masz wziąć ze sobą jedzenie i przy miłej, granej na żywo cały dzień muzyczce jazzowej możesz się relaksować. Przygotowani na piknik (upiekłam nawet ciasto świąteczne) pojechaliśmy rano do Devonport (jeśli chcesz gdzieś płynąć z Auckland, to z Devonport odpływają wszystkie promy) i zaczęła się wycieczka. Pierwszy raz byliśmy tu na wodzie. Masa wysepek, piękne zatoczki, płynęło się trochę jak w Chorwacji. Musimy koniecznie spróbować tutaj żeglowania, wszystko w swoim czasie :) Na wyspie (malutkiej, pagórkowatej, kilkanaście domów, kilka plaż i zatoczek, stare samochody gruchoty bez rejestracji) spędziliśmy super dzień. Było śniadanie na trawie z pięknym widoczkiem, były spacerki, trochę zabawy na plaży, Tymonek pobawił się trochę z innymi dzieciakami (przez część dnia była z nami jeszcze jedna para z dwójką dzieci) i nawet potańczyliśmy trochę na koniec dnia, kiedy towarzystwo piknikowe już było mocniej rozochocone winkiem i piwkiem :) A w drodze powrotnej na promie impreza trwała nadal, ponieważ płynął z nami jeden z występujących wcześniej zespołów (kilku Maori, Azjata i jeden biały, jezzujący bez żadnych instrumentów, wszystko śpiewem).




W Niedzielę Wielkanocną zrobiliśmy sobie tradycyjne śniadanie (jajka, kiełbaska, bułka prawie taka jak od babci Kasi, nie było tylko żurku, bo to już raczej niemożliwe gdziekolwiek za granicą). Dziękujemy też za kartki z życzeniami i załączone naklejki pisankowe :). Nawet tutaj na antypodach, gdzie nie bardzo znają tą tradycję, mieliśmy kolorowe jajka. Tutaj Wielkanoc to przede wszystkim czekoladowe jajka i ogólnie jedzenie czekolady. Poleniuchowaliśmy sobie w domu rodzinnie i zaliczyliśmy obowiązkowy spacer po plaży żeby synek zażył codziennej dawki hasania i powietrza, od czego się już uzależnił. Poniedziałek równie leniwy, pół dnia spędziliśmy na trawce i na plaży w Long Bay (wokół sporo piknikowiczów oczywiście). Pogoda idealna do odpoczynku, nie gorąco, nie zimno, tak akurat. Tymonek nauczył się turlać z górki i jest to teraz jedna z jego ulubionych zabaw, obok zbierania patyczków, muszelek, kamyczków itp. Zbudowaliśmy też zamek na plaży, synek pomagał. No i po świętach :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz