środa, 22 kwietnia 2009

Bardziej codziennie i przyziemnie - jedzenie

Ostatnie 3 dni padało. Żadne tam straszne ulewy, po prostu przez cały czas było zachmurzone niebo i coś się tam z niego większość dnia sączyło (po naszemu to coś w rodzaju mrzawki). Temperatura cały czas wysoka, ale jednak jak jest mokro, to człowiek ma mniej pola do popisu co do jakiś wypadów i aktywności. No to siedzimy w domu i ruszamy się jedynie na zakupy i na małe spacerki. Byliśmy parę dni temu (jeszcze była ładna pogoda) na Karekare Beach i mieliśmy okazję popodziwiać sobie nowozelandzki zachód słońca. Karekare znajduje się po zachodniej stronie, nad Morzem Tasmańskim, czyli słońce zachodzi do morza. Generalnie ładne widowisko, podobne do tego, jakie znamy znad Bałtyku, dużo bardziej atrakcyjne niż to osławione na Key West na Florydzie.




Jako że nic się ostatnio aż tak nie dzieje, wspomnę może o bardziej przyziemnych tematach takich jak jedzenie w kraju kiwi. Od czego tu zacząć?
Mają tutaj klimat, w którym rośnie wszystko, blisko też (stosunkowo) do Australii, wysp polinezyjskich i Chin, czyli z owoców i warzyw dostępne jest wszystko, co sobie wymyślisz i więcej (części warzyw i owoców, jakie można kupić, nie znamy i nie wiemy, jak ich używać). Z faktu, że żyje tu sporo Azjatów (w tym też Hindusów) w sklepach można kupić wszelkie możliwe przyprawy, a curry, czy mielony imbir dostępne są na kilogramy. Mięso jedzą takie jak u nas, no może w diecie mają trochę więcej wołowiny, która jest tutaj raczej tania no i w dziale mięsnym jest też sporo jagnięciny i baraniny. Ryby i owoce morza są też jak najbardziej dostępne, jedliśmy już ichniejsze ryby o ciekawych nazwach jak hoki, czy tarakihi, jednak ceny ryb są stosunkowo wysokie (spodziewaliśmy się, że będzie raczej odwrotnie, ale jednak), więc nie jemy ich jakoś częściej niż w Polsce czy w Niemczech. Wszelki nabiał, jaki sobie wymyślisz, też raczej bez problemu kupisz w sklepie, niektóre rzeczy smakują trochę inaczej niż u nas – np. każde masło jest pyszne i smakuje tak, że można je spokojnie nazwać „prawdziwym masłem”, jogurty, mleko czy śmietana są trochę inne, ale da się ich używać tak, jak jestem przyzwyczajona. Serki są, jak najbardziej, przeróżne, ale takie bardziej europejskie smaki (brie, camembert, mozarella itd.) też swoje kosztują. No i jeszcze jedna obserwacja – opakowania są ogromne, tak po amerykańsku i na wszystko co kupujesz musisz mieć sporo miejsca w lodówce i zamrażarce. No i też po amerykańsku mają oni tutaj sporo gotowych dań (chłodzonych, mrożonych, w puszkach, instant itp.) i masę półproduktów, które mają ci pomóc przygotować szybciej danie. Ogólnie jemy tutaj podobnie, mamy wszystko co sobie wymyślimy, a są też możliwości popróbowania bardziej dla nas egzotycznych kuchni takich jak tajska, koreańska, japońska, hinduska itd.
Jest jednak jedna rzecz, której tu nie kupisz normalnie w supermarkecie, mianowicie prawdziwy chleb. Jak w większości krajów na świecie, jedzą tutaj to okropne białe, miękkie pieczywo tostowe i cokolwiek nie kupisz, w jakimkolwiek to by nie było kształcie (chleb, bułka, bagietka, rogalik), wszystko smakuje tak samo nijak. Na dodatek w telewizji reklamują teraz super nowy chleb tostowy bielszy niż inne i jeszcze bardziej miękki. Ble! Po kilku tygodniach jedzenia tego pieczywa wiedzieliśmy, że trzeba coś z tym zrobić. Na szczęście w tym wielokulturowym mieście szybko udało się znaleźć rozwiązanie. Wystarczyło wpisać w google hasło „german bread, Auckland” (tak, to nie pomyłka „german” - dla tych co nie próbowali, gwarantuję, że w południowych Niemczech mają najlepsze pieczywo na świecie, lepsze nawet od polskiego) i okazało się, że 5 min drogi samochodem od nas jest sławna piekarnia (pisał o niej nawet NZ Herald), gdzie od środy do soboty można kupić najprawdziwsze wypieki niemieckie. Tak się ucieszyliśmy, że aż sfotografowaliśmy dwa piękne precelki jakie udało nam się dostać.


Z takich bardziej charakterystycznych nowozelandzkich rzeczy wspomnę, że świeże kiwi (niestety nie ma jeszcze na nie pełnego sezonu) smakuje trochę inaczej – inna struktura, bardziej mączyste. Avocado, którym się zajadamy i Tymon jest już jego najprawdziwszym fanem (czasami wybiera je chętniej niż szynkę), też mają tutaj inne – jest to czarne avocado, z twardą, chropowatą skórką, taką zdrewniałą od środka, kiedy jest odpowiednio dojrzałe miąższ w środku jest na tyle miękki, że najlepiej jeść je łyżeczką. Próbujemy też sobie tutejszych i australijskich win. Rzeczywiście, tak, jak czytaliśmy, wszystkie wina są tutaj z zakrętką, a nie z korkiem. I to wcale nie jest związane z ich jakością i ceną, tak jak w Europie (zakrętka = sikacz). Po prostu nie używają tu korków do zamykania butelek i przyznam szczerze, że to całkiem praktyczne rozwiązanie, sprawdzające się chociażby na pikniku. Piwo oczywiście też tu jest, różne marki, pszeniczne nie bardzo, głównie lager.
A jak w tym wszystkim znajduje się Tymon? No jak to Tymon, wszędzie mu dobrze i wszystko mu pasuje. Jako, że alergia na białko mleka krowiego i soję jest tu dużo rzadziej spotykana niż u nas (tu około 10% dzieci), jest trochę mniej produktów dostosowanych pod tym kątem. Ale ta alergia jest tu znana i z takich ciekawostek, to ostatnio dowiedzieliśmy się tu o specjalnym mleku krowim typu A2, które nie powoduje alergii. Jest to „wynalazek” oryginalnie nowozelandzki, jak na razie to mleko jest dostępne tutaj, w Australii i gdzieniegdzie w USA. Wykryli, że jakiś szczep krów daje mleko, które nie jest alergogenne, już mają specjalne hodowle tych krów i możliwe, że za jakiś czas będą rozpowszechniać ten super nowy rodzaj mleka. Jeszcze nie natknęliśmy się na to mleko w sklepie, ale jak będzie, to spróbujemy. No, ale radzimy sobie bez tego, bo przecież synek jest już na etapie jogurtów, czyli jakieś formy mleka już toleruje. Poza tym jest dostępne mleko kozie, ryżowe, kokosowe itp. Czyli z tym nie ma problemu. Trochę trudniej jest z wszelkimi kaszkami, które u nas są bardzo ważną podstawą diety takich maluchów (głównie u nas, bo jak ktoś próbował znaleźć kiedyś np. kaszę mannę gdzieś za granicą na zachód od Polski, to dobrze wie, że raczej tego nie znają, jak zresztą wszelkich kasz). Ale po kilku wyprawach do sklepu i przejrzeniu dokładnie wszystkich półek znalazłam jakieś płatki ryżowe, mamy płatki owsiane takie drobne, że się nadają, i jest nawet coś na kształt manny (tutaj nazywa się to semolina). Ogólnie jest dobrze, synek ma co jeść. Ponadto Tymon żąda już jedzenia tego samego co my i cokolwiek sobie człowiek nie przygotuje, trzeba mu też dać spróbować. I zazwyczaj najbardziej smakuje mu to, co my mamy na swoich talerzach, nawet jak jest to szpinak z brokułami i niebieskim serem pleśniowym (!). Jabłka je w całości, ze skórką i ogryzkiem, zostawia tylko ogonek. No i niech mu będzie na zdrowie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz