czwartek, 23 kwietnia 2009

O biurokracji w wydaniu niemiecko-polsko-nowozelandzkim

Michał właśnie wyszedł na swoją pierwszą rozmowę kwalifikacyjną. Wystrojony w nowe ciuchy, w swoim nieodłącznym pomarańczowym krawacie :), dostał moje i Tymonka błogosławieństwo, czyli powinno wszystko pójść dobrze :)
Nie ma jednak chłopak łatwo, bo dzisiaj nie mógł po prostu poświęcić ranka na przygotowywanie się do rozmowy. A to z przyczyny całej tej papierologii imigracyjnej, która trochę utknęła. Londyn dostał wszystko w ekspresowym tempie, niestety jednego dokumentu im brakuje. Nie załączyliśmy zaświadczeń (Michała i mojego) o niekaralności z Niemiec. Myśleliśmy, że polskie wystarczą, w końcu mamy cały ten układ Schengen i jakbyśmy byli karani w Niemczech podczas naszego pobytu tam, to w Polsce by o tym wiedzieli. No, ale takie wytłumaczenie Londynowi nie wystarcza. No i mamy dostarczyć te niemieckie zaświadczenia. Tylko, że my jesteśmy sobie na drugiej półkuli, a tu trzeba załatwiać coś w Bonn. Nie mamy jednak co dyskutować, tylko trzeba załatwiać. Tak więc wybraliśmy się dzisiaj po śniadanku do konsulatu niemieckiego w Auckland, bo to u nich trzeba potwierdzić swój podpis na wniosku do Justizamtu i certyfikować kopie paszportów, które też musimy załączyć. Całość wysyłamy sami do Bonn, konsulat tylko potwierdza dokumenty. No nie są to już te łatwe procedury nowozelandzkie, tylko klasyczna biurokracja europejska :( Ale konsulat jest jednak w NZ i dlatego wszystko z ich strony poszło gładziutko i z miłymi niespodziankami.
Konsulat znajduje się w city, w jednym z najwyższych wieżowców. Interesantów przyjmują tylko przez 2 godziny dziennie od 10:00-12:00, ale jak się potem okazało, to i tak za dużo czasu, bo nie wygląda na to żeby mieli tam sporo interesantów. Znaleźliśmy parking pod samym budynkiem, a to już dobry znak na początek załatwiania czegoś w city, jak się łatwo znajdzie dobre miejsce parkingowe :) Byliśmy razem z synkiem, bo przecież nie zostawimy go samego w domu. Biurowiec jak to biurowiec, lobby z kafejką na dole, tablica co gdzie się znajduje i windy. My jechaliśmy tylko na 11 piętro, ale Tymonowi i tak się podobało (mi dużo mniej), bo winda zasuwa jak torpeda. Na górze cisza i spokój, pusto. Pani stojąca akurat przy front desku zapytała nas czy szukamy konsulatu i zaprosiła do małego pokoiku konferencyjnego. Nie mają nawet specjalnego stanowiska do przyjmowania interesantów, bo najwyraźniej im nie potrzebne. Potem pani zapytała czy wolimy mówić po niemiecku, czy po angielsku. Kiedy odpowiedzieliśmy, że po angielsku, niepocieszona stwierdziła, że spróbuje, ale mamy jej wybaczyć błędy. Nie mieliśmy jednak okazji za długo słuchać jej angielskiego, bo kiedy pani dowiedziała się, że jesteśmy Polakami, uznała, że woli z nami rozmawiać … po polsku! No jaki ten świat mały :) Jak się okazało w dalszej rozmowie, pani ta to studentka prawa z Niemiec, robi tu w Auckland kilkumiesięczne praktyki, a jej mama jest polką z opolskiego, z którą ona zawsze rozmawiała po polsku i przez to ona zna polski lepiej niż angielski. No to sobie chwilę miło pogawędziliśmy, musieliśmy znowu tłumaczyć skąd ten nasz pomysł na Nową Zelandię, pani zapewniła nas, że nie powinno to za długo trwać w tym Bonn i po 10 minutach wyszliśmy z podpisami konsula na naszych wnioskach.
Teraz musimy to wysłać i potem już tylko czekać na zbiurokratyzowany urząd niemiecki, aż nam wystawią te głupie papiery. Niestety trochę czasu zajmie poczta i to bynajmniej nie ta przez pół świata, tylko raczej ta w Niemczech, bo wiemy, że oni działają solidnie i z pewnością wszystko zostanie pięknie dostarczone, ale też zbytnio im się nie spieszy. No, ale na to nie mamy wpływu, my ze swojej strony zrobiliśmy co trzeba, teraz kolej na ruch urzędników.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz