środa, 8 kwietnia 2009

Rotorua

Ci, co zaglądają regularnie do naszej galerii, dobrze już wiedzą, że wybraliśmy się wreszcie na wycieczkę do Rotorua. Tym razem zajechaliśmy i wróciliśmy bez żadnych samochodowych przygód :) Był to nasz pierwszy wypad tak daleko od Auckland i tak naprawdę pierwszy rzut oka na Nową Zelandię, która przecież jest inna niż miasto Auckland. Z takich wrażeń z podróży te 270 km na południe:
- jest to raczej rzadko zaludniony kraj,
- teren przez który jechaliśmy jest bardzo rolniczy, czy żeby nazwać to po ichniemu – farmerski; wszędzie krowy i owce pasące się na pagórkach, zamiast salonów samochodowych salony z maszynami rolniczymi itp.
- im bardziej na południe od Auckland krajobrazy robią się bardziej podobne do europejskich (pagórki, mniej palm, drzewa w kolorach jesieni), chociaż widać, że to wyspa pochodzenia wulkanicznego – pagórki z trawersami, no i ta trawa jakaś taka bardziej zielona,
- co kawałek przy drodze widać brązowe tablice wskazujące na jakieś atrakcje turystyczne, jest tego pełno i gdziekolwiek się nie ruszysz masz parki krajobrazowe, muzea i masę miejsc oferujących wszelkiej maści atrakcje i rozrywki,
- podróżuje się tutaj bardzo dobrze, średnia prędkość jaką można sobie kalkulować na jazdę to 80 km/h (w porównaniu do autostrad w Niemczech to cienko, ale w porównaniu do jakichkolwiek innych znanych mi krajów i dróg, to bardzo przyzwoity wynik).

Wjeżdżając do Rotorua nie trzeba czytać znaków czy to już to miasto z gejzerami. Gejzery czuć od razu – zapachu zepsutych jaj nie da się nie zauważyć. Całe miasto, czy też miasteczko, bo nie jest to jakaś bardzo duża miejscowość, jest położone na terenie bardzo aktywnym geotermalnie. Objawia się to tym, że w samym głównym parku miejskim znajduje się kilkadziesiąt dziur z parującym błotem, a jadąc ulicą wszędzie widać parę unoszącą się się z kratek ściekowych. Ponadto mieszkańcy mają małe gejzerki w ogródkach (czy tego chcą czy nie, bo wygląda na to, że jakakolwiek dziura w ziemi może okazać się gejzerem).
My za cel obraliśmy sobie park geotermalny Wai-o-tapu, znajdujący się 30 km za Rotorua. Jest to też miejsce, gdzie znajduje się znany gejzer Lady Knox, wybucha on jednak regularnie codziennie o 10:15 (jest to jakoś sztucznie regulowane), a my byliśmy na miejscu około południa, więc na ten „show” już się nie załapaliśmy. Ale i tak było sporo wrażeń. Wai-o-tapu znaczy po maorysku święte wody i jest to bardzo szczególne miejsce, trudno je do czegoś porównać, bo jest tam trochę jak na innej planecie. Tak to wygląda w dużym skrócie:



Do zdjęć trzeba sobie dodać zapach siarki, nasycone parą powietrze i wszechobecne bulgotanie, syczenie, mruczenie. Jest to miejsce gdzie rzeczywiście można przekonać się i poczuć, że ziemia nie jest stała, że w głębi to wszystko się gotuje, wybucha, płynie i na swój sposób żyje. Jakakolwiek woda w bajorkach w tym parku jest gorąca i paruje. Kolorki to różne związki siarki, żelaza, magnezu, krzemu. Kolory zmieniają się w zależności od tego jak mocno świeci słońce. Cały teren zwiedza się około 2 godzin – tyle zajął nam spacer z zatrzymywaniem się, robieniem zdjęć itd. Niestety nie można tam wejść za darmo i wstęp nie należy do najtańszych. No ale jest to jedna z bardziej znanych atrakcji regionu, takie „must see in New Zealand”.
Oprócz gejzerów w Rotorua można zapoznać się też z kulturą maoryską. Najlepszym do tego miejscem jest Te Puia – muzeum z występami wojowników, rozległym terenem i jednym z większych gejzerów rejonu. Nie mieliśmy już jednak czasu na wizytę tam, ponadto wstęp też swoje kosztuje, więc połaziliśmy sobie po prostu po parku Kuirau i ruszyliśmy z powrotem do domu. Jeszcze się kiedyś wybierzemy w ten rejon i raczej na dłużej niż jeden dzień, bo jest co tam robić i zwiedzać (jak zresztą wszędzie).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz