czwartek, 30 kwietnia 2009

Sky Tower i Auckland City

Rozmowy kwalifikacyjne i testy cały czas trwają. Wszystko głównie w jednej firmie, która wygląda na bardzo mocno zainteresowaną Michałem. Może początek maja przyniesie jakiś przełom w tym szukaniu pracy. Poza tym skończyła się już jesienna przerwa wakacyjna w szkole i dzięki temu zaczęły się z powrotem zajęcia dla dzieciaczków w community centre. Chodzimy sobie z Tymonkiem 2 razy w tygodniu trochę się socjalizować. Jakoś nam idzie, mamy już parę znajomych, a ja zbieram informacje o ewentualnych rozwiązaniach dot. opieki nad dziećmi, gdyby przyszła taka potrzeba. Na razie jednak Tymon ma dwójkę rodziców w domu, oni tutaj powiedzieliby chyba, że jesteśmy takimi stay at home parents :), analogicznie do stay at home mum. Tutaj nie używa się raczej określenia housewife, określenie to ma mieć wydźwięk pozytywny i brzmieć jak coś, co robisz z wyboru, tak jak zawód. No i muszę przyznać, że bycie przez kilka lat w domu z dzieckiem, czy raczej z dziećmi (przyrost naturalny mają spory - tak średnio po 2-3 dzieci na rodzinę) to tutaj całkowity standard.
Jak na dobrych rodziców przystało, organizujemy więc różne aktywności synkowi i przy okazji sobie. Jedną z nich był ostatnio wypad do City, gdzie wreszcie zaliczyliśmy jedną z głównych atrakcji Auckland, czyli wjazd na Sky Tower. Wieżę z pewnością kojarzycie, bo jest to swoisty symbol tego miasta, nieodłączny element każdej panoramy Auckland. Jest to bardzo charakterystyczna budowla i tak na marginesie wspomnę, że uważam, że coś takiego jest każdemu miastu potrzebne, jeżeli chce ono istnieć w międzynarodowej świadomości. I chyba niech Warszawa eksponuje bardziej Pałac Kultury, który prezentuje się całkiem przyzwoicie, zamiast zasłaniać go i próbować budować coś nowego (no chyba, że miałoby to być coś na miarę wieży Eiffla, opery w Sydney, czy mostu Golden Gate w San Francisco).
Główną atrakcją jaką oferują na wieży są skoki z wysokości 192 m i tzw. Skywalk (spacer po niebie) też na wysokości 192 m (Brr!). To są jednak ekstremalne sprawy, na które nie reflektowaliśmy (no może poza Tymonem, ale on sobie spróbuje kiedyś sam), więc my zaliczyliśmy standardowy wjazd na samą górę (220 m) z podziwianiem widoków 360 st. na miasto i okolice. Widoki jak widoki, ciekawe, ale nic, czego się nie spodziewaliśmy. Fajną rzeczą są natomiast miejsca ze szklaną podłogą. Przeżyłam tam chwile grozy. To niesamowite, jak człowiek nie panuje nad swoimi instynktami. Stoisz sobie na betonowej, nieprzejrzystej podłodze, dobrze wiesz, że jesteś wysoko, bo widzisz widok przez okna, i wszystko jest ok. Obok ciebie kawałek podłogi ze szkła, napisane na tabliczce, że szkło to jest tak samo grube i wytrzymałe jak beton i można śmiało po nim chodzić. Ty to wszystko rozumiesz i chcesz przejść się po tej podłodze, dajesz krok i… nie możesz. Twoja podświadomość, czy chcesz tego czy nie, blokuje cię i zatrzymujesz się na skraju tej „dziury”. Śmiejesz się z siebie, ale jednak przejście się po tej szybie wymaga sporo samozaparcia. I to nie tylko moje wrażenie, wszyscy, którzy tam byli reagowali tak samo, łącznie z Tymonem (taki mały, ale instynkty działają), który musiał trzymać się albo mnie, albo murka obok, żeby przejść po tej szybie. Ale za to boczne szyby traktował z całkowitą ufnością i jak tylko wymacał, że one tam są, że to nie jest otwarta przestrzeń, wskakiwał na te szyby z rozbiegu. Niektórych zwiedzających przyprawiało to o palpitacje serca, ale on się nie przejmował :) No widać, że do skoku z wieży już się przygotował, jak podrośnie będzie mógł próbować :) Ja za to wiem, że w życiu się na coś takiego nie zdobędę (mieliśmy okazję kilka skoków zobaczyć, byli też śmiałkowie przechadzający się po tej kratce w chmurach) i żadne skoki z wysokości, czy spacery nie wchodzą w grę w moim przypadku. Na szczęście są też inne ciekawe rzeczy do robienia i aż taka adrenalina nie jest konieczna do szczęścia.



Na wieży są dwa poziomy obserwacyjne, kafejka, w której wypiliśmy sobie przepyszne cappuccino i ekskluzywna restauracja (nie obraca się ona jednak tak jak ta w Monachium, a szkoda). W całym kompleksie Sky City jest też kasyno, hotel, kino, różne restauracje itp. Ogólnie fajne miejsce i warto było to „zaliczyć”. Poza tym cały dzień był ciekawy, bo miałam wreszcie okazję połazić sobie po centrum (zaparkowaliśmy na darmowym parkingu pod muzeum, które jest kawał drogi od Sky Tower i zrobiliśmy sobie porządny spacer tam i z powrotem). Jest to bardzo fajne miasto, dużo wieżowców, ale sporo też starszych budynków wyglądających tak na początek XX wieku. Dużo kafejek, pubów, restauracji, masa małych sklepików. Są oczywiście też duże i ekskluzywne sklepy, ale wszędzie pełno małych biznesów przeróżnej maści. Miasto wcale nie wydało mi się wymarłe i powolne. Może nie ma przesadnego tłoku, ludzie nigdzie nie biegną, ale też nie jest bardzo pusto. Ogólnie bardzo miło. Ja bardzo cieszę się, że sobie wreszcie połaziłam trochę po centrum, bo jak dla mnie, to jest najlepszy sposób na „poczucie” miasta – tak się przejść spory kawałek, kupić sobie coś do przekąszenia w jakimś małym barku, wypić kawę, popatrzeć na ludzi, wejść do paru sklepów… Trochę mi tego brakuje, w Ulm często szwędałam się po centrum, ale może niedługo przeprowadzimy się gdzieś bliżej miasta… zobaczymy. Idąc na nasz parking, mijaliśmy też campus Uniwersytetu w Auckland. No i kolejna refleksja – kurcze, jak byłoby fajnie tu studiować. Bardzo międzynarodowo (widać, że studenci są przeróżni, każda możliwa rasa, słychać wszędzie różne języki, no dużo Azjatów, ale tu to standard), wypasiona biblioteka, park z fontanną i masa ludzi rozwalonych na trawce itd. No, że to tak człowiek odkrywa wszystko po czasie :)
Wycieczka zakończyła się nam super przekąską w parku. Kupiliśmy sobie sushi na wynos. Takie prawdziwe od Japończyków (jest tutaj tego pełno) z wasabi, sosem sojowym i imbirem, nie z surową rybą, ale za to z avocado i kurczakiem. Rewelacja! Kosztuje tyle samo co głupi zestaw w MacDonaldzie, a jedzenie 100 razy lepsze. Tymonowi też smakowało i wolał nawet to niż jogurt! Postanowiłam, że będziemy częściej sobie coś takiego fundować zamiast frytek, bo smaczne i zdrowe :)

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Trekking i świńska grypa

Pogoda ostatnio szaleje. Dzisiaj na przykład mamy letnią temperaturę około 22 st i jest wilgotno gorąco. O tej porze roku jest zazwyczaj podobno inaczej, ale widocznie jakoś trafiliśmy na osobliwą jesień :) Noce ostatnio też nie są chłodne, synek już nie musi być ubierany w 3 warstwy do spania. Ale ogólnie jest kompletnie inaczej niż jak przyjechaliśmy. Wietrzniej, mokrzej, a błękitne niebo widujemy już dużo rzadziej (co niestety wpływa na jakość zdjęć). Drzewa zmieniły kolory, na naszej ulicy dużo żółto-czerwonych kolorków, gdzieniegdzie czerwieni się jarzębina, ale nie wygląda to też w żadnym wypadku jak nasza europejska jesień, bo pomiędzy tymi kolorowymi drzewami co chwilę jakaś palma, jakaś juka itd. Przez padające ostatnio coraz częściej deszcze, zakwitło też sporo różnych kwiatków. Niestety nie znam się na tym za bardzo i nie potrafię przytoczyć co to za kwiatki, ale większość wygląda znajomo, w naszych ogródkach widuje się podobne. Zapowiadają teraz już więcej deszczów i mają być silniejsze wiatry. No zobaczymy jak to tu wygląda. Aha, taką też całkiem istotną różnicą, wskazującą na późną jesień jest coraz krótszy dzień. Jak tu przyjechaliśmy, ciemno robiło się o 8 wieczorem, teraz już o 6 jest całkowicie ciemno.
Planowaliśmy w ostatni weekend zrobić sobie jakąś porządniejszą wycieczkę z noclegiem. Niestety kilka ostatnich dni było mocno zachmurzonych, popadywało, wiało itp. i daliśmy sobie spokój z dalszą turystyką. Spędziliśmy jednak ten weekend aktywnie. Zaczęliśmy więcej chodzić i robić sobie trasy trekkingowe w pobliskich parkach krajobrazowych. Nie są to żadne wielkie, całodniowe wypady, ale na takich 1-2 godzinnych trasach też da się nieźle zaprawić w chodzeniu. Tym bardziej, że tutaj nigdzie płasko nie jest i gdziekolwiek się człowiek nie ruszy to trzeba mieć na uwadze wchodzenie pod górkę. Nowością jest to, że Tymon coraz chętniej sam uprawia trekking. Nie trzeba już go w żadnym wypadku cały czas mieć w plecaku. Część trasy robi sam, idąc obok nas lub za nami, część za rączkę. I nawet nas specjalnie nie spowalnia, bo zasuwa całkiem nieźle, pod górę, z górki, w międzyczasie schyli się po kamyczek, zrobi kółko, wejdzie na wystający pieniek, jak jakiś jest, itd. A jak zaczyna za bardzo się ociągać, to do plecaka i idziemy dalej.
Krajobrazy wszędzie podobne - zielone pagórki, w dolince jakiś lasek w stylu małej dżungli, z górki widok na morze i pobliskie wyspy, teren poprzedzielany płotami pod prądem (to trochę utrudnienie, gdy się Tymona puszcza samopas), ponieważ wszystko to, to nie tylko tereny rekreacyjne, ale także pastwiska. Na owce i krowy trafiamy ostatnio coraz częściej. I jakiś paw też się czasami znajdzie. Tymon, to nawet chyba odkrył swoje powołanie i z chęcią krowy by pasł…



Widać, że zmiana pogody tutaj, to nie jest przyczyna do zaprzestania aktywności. Co z tego, że pada – trzeba założyć odpowiednie ciuchy i można spędzać czas na dworze. Musimy sprawić Tymonkowi kalosze i kurtkę nieprzemakalną i to dopiero będzie zabawa :) A dzięki temu, że wieje, wylegli ostatnio na plaże amatorzy bardzo ciekawego sportu, mianowicie kite boardingu. Latawiec i kawałek deski, trochę wiatru i fale. Mieliśmy okazję kilku takich ostatnio obserwować i się zafascynowałam. To chyba trochę jak snowboard, ale połączone z lataniem (!). Muszę kiedyś czegoś takiego spróbować!
Żeby być na bieżąco, wspomnę jeszcze o tej świńskiej grypie. No tak, jakimś dziwnym trafem dotarła ona tak szybko po Meksyku i USA, nie do Anglii, nawet nie do Australii, tylko akurat na ten koniec świata, jakim jest NZ. No i na całym świecie pojawiła się Nowa Zelandia w newsach. Tutaj to oczywiście też temat numer jeden, ale żadnej paniki nie widać. Media widocznie nie mają misji przestraszyć wszystkich i rozdmuchać tego wydarzenia do nie wiadomo jakich rozmiarów. Rozmawiałam dzisiaj na muzykowaniu z maluchami z jedną mamą, i przekonałam się, że oni podchodzą do takich zagadnień bardzo na spokojnie. Oczywiście dziwią się, że to się tak szybko u nich pojawiło, przecież są tak mocno odizolowanym krajem, ale mocno ufają swoim służbom medycznym i procedurom rządowym i przede wszystkim cieszą się, że tak szybko to zostało wykryte i zostały podjęte od razu środki mające przeciwdziałać jakimkolwiek epidemiom. Zainfekowani uczniowie (nikt jeszcze na 100% nie potwierdził, że to jest ta grypa) są odizolowani, ludzie przylatujący z Ameryki są dokładnie informowani, że mają zgłaszać jakiekolwiek objawy, są też badani i wygląda na to, że sytuacja jest pod kontrolą. Ponadto fakt, że NZ jest krajem o małej populacji działa tutaj na korzyść i łatwo jest to wszystko ogarnąć – w samym mieście Meksyk mieszka 7 razy więcej ludzi niż w całej NZ. Żeby wszystkich uspokoić - ogólnie my nie mamy żadnych objawów grypowych i nikt wokół nas nie ma. Jak na razie nie widać żeby jakaś grypa na nas czyhała. A oczywiście niech WHO działa i przeciwdziała groźbie pandemii.

czwartek, 23 kwietnia 2009

O biurokracji w wydaniu niemiecko-polsko-nowozelandzkim

Michał właśnie wyszedł na swoją pierwszą rozmowę kwalifikacyjną. Wystrojony w nowe ciuchy, w swoim nieodłącznym pomarańczowym krawacie :), dostał moje i Tymonka błogosławieństwo, czyli powinno wszystko pójść dobrze :)
Nie ma jednak chłopak łatwo, bo dzisiaj nie mógł po prostu poświęcić ranka na przygotowywanie się do rozmowy. A to z przyczyny całej tej papierologii imigracyjnej, która trochę utknęła. Londyn dostał wszystko w ekspresowym tempie, niestety jednego dokumentu im brakuje. Nie załączyliśmy zaświadczeń (Michała i mojego) o niekaralności z Niemiec. Myśleliśmy, że polskie wystarczą, w końcu mamy cały ten układ Schengen i jakbyśmy byli karani w Niemczech podczas naszego pobytu tam, to w Polsce by o tym wiedzieli. No, ale takie wytłumaczenie Londynowi nie wystarcza. No i mamy dostarczyć te niemieckie zaświadczenia. Tylko, że my jesteśmy sobie na drugiej półkuli, a tu trzeba załatwiać coś w Bonn. Nie mamy jednak co dyskutować, tylko trzeba załatwiać. Tak więc wybraliśmy się dzisiaj po śniadanku do konsulatu niemieckiego w Auckland, bo to u nich trzeba potwierdzić swój podpis na wniosku do Justizamtu i certyfikować kopie paszportów, które też musimy załączyć. Całość wysyłamy sami do Bonn, konsulat tylko potwierdza dokumenty. No nie są to już te łatwe procedury nowozelandzkie, tylko klasyczna biurokracja europejska :( Ale konsulat jest jednak w NZ i dlatego wszystko z ich strony poszło gładziutko i z miłymi niespodziankami.
Konsulat znajduje się w city, w jednym z najwyższych wieżowców. Interesantów przyjmują tylko przez 2 godziny dziennie od 10:00-12:00, ale jak się potem okazało, to i tak za dużo czasu, bo nie wygląda na to żeby mieli tam sporo interesantów. Znaleźliśmy parking pod samym budynkiem, a to już dobry znak na początek załatwiania czegoś w city, jak się łatwo znajdzie dobre miejsce parkingowe :) Byliśmy razem z synkiem, bo przecież nie zostawimy go samego w domu. Biurowiec jak to biurowiec, lobby z kafejką na dole, tablica co gdzie się znajduje i windy. My jechaliśmy tylko na 11 piętro, ale Tymonowi i tak się podobało (mi dużo mniej), bo winda zasuwa jak torpeda. Na górze cisza i spokój, pusto. Pani stojąca akurat przy front desku zapytała nas czy szukamy konsulatu i zaprosiła do małego pokoiku konferencyjnego. Nie mają nawet specjalnego stanowiska do przyjmowania interesantów, bo najwyraźniej im nie potrzebne. Potem pani zapytała czy wolimy mówić po niemiecku, czy po angielsku. Kiedy odpowiedzieliśmy, że po angielsku, niepocieszona stwierdziła, że spróbuje, ale mamy jej wybaczyć błędy. Nie mieliśmy jednak okazji za długo słuchać jej angielskiego, bo kiedy pani dowiedziała się, że jesteśmy Polakami, uznała, że woli z nami rozmawiać … po polsku! No jaki ten świat mały :) Jak się okazało w dalszej rozmowie, pani ta to studentka prawa z Niemiec, robi tu w Auckland kilkumiesięczne praktyki, a jej mama jest polką z opolskiego, z którą ona zawsze rozmawiała po polsku i przez to ona zna polski lepiej niż angielski. No to sobie chwilę miło pogawędziliśmy, musieliśmy znowu tłumaczyć skąd ten nasz pomysł na Nową Zelandię, pani zapewniła nas, że nie powinno to za długo trwać w tym Bonn i po 10 minutach wyszliśmy z podpisami konsula na naszych wnioskach.
Teraz musimy to wysłać i potem już tylko czekać na zbiurokratyzowany urząd niemiecki, aż nam wystawią te głupie papiery. Niestety trochę czasu zajmie poczta i to bynajmniej nie ta przez pół świata, tylko raczej ta w Niemczech, bo wiemy, że oni działają solidnie i z pewnością wszystko zostanie pięknie dostarczone, ale też zbytnio im się nie spieszy. No, ale na to nie mamy wpływu, my ze swojej strony zrobiliśmy co trzeba, teraz kolej na ruch urzędników.

środa, 22 kwietnia 2009

Bardziej codziennie i przyziemnie - jedzenie

Ostatnie 3 dni padało. Żadne tam straszne ulewy, po prostu przez cały czas było zachmurzone niebo i coś się tam z niego większość dnia sączyło (po naszemu to coś w rodzaju mrzawki). Temperatura cały czas wysoka, ale jednak jak jest mokro, to człowiek ma mniej pola do popisu co do jakiś wypadów i aktywności. No to siedzimy w domu i ruszamy się jedynie na zakupy i na małe spacerki. Byliśmy parę dni temu (jeszcze była ładna pogoda) na Karekare Beach i mieliśmy okazję popodziwiać sobie nowozelandzki zachód słońca. Karekare znajduje się po zachodniej stronie, nad Morzem Tasmańskim, czyli słońce zachodzi do morza. Generalnie ładne widowisko, podobne do tego, jakie znamy znad Bałtyku, dużo bardziej atrakcyjne niż to osławione na Key West na Florydzie.




Jako że nic się ostatnio aż tak nie dzieje, wspomnę może o bardziej przyziemnych tematach takich jak jedzenie w kraju kiwi. Od czego tu zacząć?
Mają tutaj klimat, w którym rośnie wszystko, blisko też (stosunkowo) do Australii, wysp polinezyjskich i Chin, czyli z owoców i warzyw dostępne jest wszystko, co sobie wymyślisz i więcej (części warzyw i owoców, jakie można kupić, nie znamy i nie wiemy, jak ich używać). Z faktu, że żyje tu sporo Azjatów (w tym też Hindusów) w sklepach można kupić wszelkie możliwe przyprawy, a curry, czy mielony imbir dostępne są na kilogramy. Mięso jedzą takie jak u nas, no może w diecie mają trochę więcej wołowiny, która jest tutaj raczej tania no i w dziale mięsnym jest też sporo jagnięciny i baraniny. Ryby i owoce morza są też jak najbardziej dostępne, jedliśmy już ichniejsze ryby o ciekawych nazwach jak hoki, czy tarakihi, jednak ceny ryb są stosunkowo wysokie (spodziewaliśmy się, że będzie raczej odwrotnie, ale jednak), więc nie jemy ich jakoś częściej niż w Polsce czy w Niemczech. Wszelki nabiał, jaki sobie wymyślisz, też raczej bez problemu kupisz w sklepie, niektóre rzeczy smakują trochę inaczej niż u nas – np. każde masło jest pyszne i smakuje tak, że można je spokojnie nazwać „prawdziwym masłem”, jogurty, mleko czy śmietana są trochę inne, ale da się ich używać tak, jak jestem przyzwyczajona. Serki są, jak najbardziej, przeróżne, ale takie bardziej europejskie smaki (brie, camembert, mozarella itd.) też swoje kosztują. No i jeszcze jedna obserwacja – opakowania są ogromne, tak po amerykańsku i na wszystko co kupujesz musisz mieć sporo miejsca w lodówce i zamrażarce. No i też po amerykańsku mają oni tutaj sporo gotowych dań (chłodzonych, mrożonych, w puszkach, instant itp.) i masę półproduktów, które mają ci pomóc przygotować szybciej danie. Ogólnie jemy tutaj podobnie, mamy wszystko co sobie wymyślimy, a są też możliwości popróbowania bardziej dla nas egzotycznych kuchni takich jak tajska, koreańska, japońska, hinduska itd.
Jest jednak jedna rzecz, której tu nie kupisz normalnie w supermarkecie, mianowicie prawdziwy chleb. Jak w większości krajów na świecie, jedzą tutaj to okropne białe, miękkie pieczywo tostowe i cokolwiek nie kupisz, w jakimkolwiek to by nie było kształcie (chleb, bułka, bagietka, rogalik), wszystko smakuje tak samo nijak. Na dodatek w telewizji reklamują teraz super nowy chleb tostowy bielszy niż inne i jeszcze bardziej miękki. Ble! Po kilku tygodniach jedzenia tego pieczywa wiedzieliśmy, że trzeba coś z tym zrobić. Na szczęście w tym wielokulturowym mieście szybko udało się znaleźć rozwiązanie. Wystarczyło wpisać w google hasło „german bread, Auckland” (tak, to nie pomyłka „german” - dla tych co nie próbowali, gwarantuję, że w południowych Niemczech mają najlepsze pieczywo na świecie, lepsze nawet od polskiego) i okazało się, że 5 min drogi samochodem od nas jest sławna piekarnia (pisał o niej nawet NZ Herald), gdzie od środy do soboty można kupić najprawdziwsze wypieki niemieckie. Tak się ucieszyliśmy, że aż sfotografowaliśmy dwa piękne precelki jakie udało nam się dostać.


Z takich bardziej charakterystycznych nowozelandzkich rzeczy wspomnę, że świeże kiwi (niestety nie ma jeszcze na nie pełnego sezonu) smakuje trochę inaczej – inna struktura, bardziej mączyste. Avocado, którym się zajadamy i Tymon jest już jego najprawdziwszym fanem (czasami wybiera je chętniej niż szynkę), też mają tutaj inne – jest to czarne avocado, z twardą, chropowatą skórką, taką zdrewniałą od środka, kiedy jest odpowiednio dojrzałe miąższ w środku jest na tyle miękki, że najlepiej jeść je łyżeczką. Próbujemy też sobie tutejszych i australijskich win. Rzeczywiście, tak, jak czytaliśmy, wszystkie wina są tutaj z zakrętką, a nie z korkiem. I to wcale nie jest związane z ich jakością i ceną, tak jak w Europie (zakrętka = sikacz). Po prostu nie używają tu korków do zamykania butelek i przyznam szczerze, że to całkiem praktyczne rozwiązanie, sprawdzające się chociażby na pikniku. Piwo oczywiście też tu jest, różne marki, pszeniczne nie bardzo, głównie lager.
A jak w tym wszystkim znajduje się Tymon? No jak to Tymon, wszędzie mu dobrze i wszystko mu pasuje. Jako, że alergia na białko mleka krowiego i soję jest tu dużo rzadziej spotykana niż u nas (tu około 10% dzieci), jest trochę mniej produktów dostosowanych pod tym kątem. Ale ta alergia jest tu znana i z takich ciekawostek, to ostatnio dowiedzieliśmy się tu o specjalnym mleku krowim typu A2, które nie powoduje alergii. Jest to „wynalazek” oryginalnie nowozelandzki, jak na razie to mleko jest dostępne tutaj, w Australii i gdzieniegdzie w USA. Wykryli, że jakiś szczep krów daje mleko, które nie jest alergogenne, już mają specjalne hodowle tych krów i możliwe, że za jakiś czas będą rozpowszechniać ten super nowy rodzaj mleka. Jeszcze nie natknęliśmy się na to mleko w sklepie, ale jak będzie, to spróbujemy. No, ale radzimy sobie bez tego, bo przecież synek jest już na etapie jogurtów, czyli jakieś formy mleka już toleruje. Poza tym jest dostępne mleko kozie, ryżowe, kokosowe itp. Czyli z tym nie ma problemu. Trochę trudniej jest z wszelkimi kaszkami, które u nas są bardzo ważną podstawą diety takich maluchów (głównie u nas, bo jak ktoś próbował znaleźć kiedyś np. kaszę mannę gdzieś za granicą na zachód od Polski, to dobrze wie, że raczej tego nie znają, jak zresztą wszelkich kasz). Ale po kilku wyprawach do sklepu i przejrzeniu dokładnie wszystkich półek znalazłam jakieś płatki ryżowe, mamy płatki owsiane takie drobne, że się nadają, i jest nawet coś na kształt manny (tutaj nazywa się to semolina). Ogólnie jest dobrze, synek ma co jeść. Ponadto Tymon żąda już jedzenia tego samego co my i cokolwiek sobie człowiek nie przygotuje, trzeba mu też dać spróbować. I zazwyczaj najbardziej smakuje mu to, co my mamy na swoich talerzach, nawet jak jest to szpinak z brokułami i niebieskim serem pleśniowym (!). Jabłka je w całości, ze skórką i ogryzkiem, zostawia tylko ogonek. No i niech mu będzie na zdrowie :)

piątek, 17 kwietnia 2009

Szukanie pracy i papierologia imigracyjna

Ostatnio rzadziej piszę, bo nie mogę się często dostać do komputera. A to dlatego, że zaczęło się pełną parą szukanie pracy. Najpierw było przygotowywanie CV, a teraz ciągłe przeglądane ofert, odpowiadanie na maile itp. Oferty dla Michała są, już jakieś kontakty nawiązał, a dzisiaj jest nawet na teście z C++ (dzięki temu dorwałam kompa). Nie ma jeszcze żadnej konkretnej propozycji i na żadnym interview jeszcze nie był, ale wszystko idzie w dobrym kierunku.
Tutaj wszystkie oferty pracy są wystawiane przez pośredników – agencje rekrutacyjne. Raczej nie zdarzają się oferty bezpośrednio od pracodawców, przynajmniej na takie jeszcze Michał nie trafił. Taka agencja działa tak, że ma iluś pracowników, którzy chyba są na jakiś kontraktach i pracują tak jakby na akord – dostają oferty, którymi mają się zająć i to jest ich sprawa jak szybko i w jaki sposób znajdą pracownika. Taki ktoś może ogłaszać się w różnych miejscach, korzystać z baz CV jakie ma zgromadzone dana firma, ogłoszenie znajduje się też zawsze na ogólnej stronie firmy rekrutacyjnej, ale jest zawsze przypisane do konkretnej osoby, jest zazwyczaj podany do niej kontakt itp. Zaleta jest taka, że szukając pracy od razu wiesz z kim się kontaktujesz i odpowiadając na jakieś ogłoszenie masz od razu kontakt z konkretną osobą, której, jeśli jesteś dobrym specjalistą, zależy tak samo mocno jak tobie żeby znaleźć ci jakąś pracę – za każdego pracownika zaakceptowanego przez pracodawcę taka osoba dostaje kasę. Jeden facet już się konkretnie zajął Michałem, przedstawia mu już różne oferty, kontaktuje się regularnie i jestem dobrej myśli, bo możliwe, że coś z tego będzie. Z drugiej strony przez to, że nie masz od razu kontaktu z pracodawcą wszystko wydłuża się i zanim pójdziesz na tą prawdziwą rozmowę kwalifikacyjną, na której tak naprawdę dowiadujesz się co to za praca, ile płacą itp., może minąć sporo czasu. Ponadto wygląda na to, że pracodawca nie zleca szukania pracowników tylko jednej agencji. Dlatego może się zdarzyć, że odpowiadasz na dwie różne oferty, dwóm różnym osobom, oferty brzmią trochę inaczej (no bo każdy agent może sobie napisać po swojemu daną ofertę), a potem okazuje się, że chodzi o to samo stanowisko. Raz już się tak zdarzyło. Dlatego często jednym z pierwszych pytań agenta jest czy już się z kimś kontaktowałeś, z kim itp. No taki tu mają sobie system. Oczywiście można zawsze wyszukać sobie konkretne firmy, w których chciałoby się pracować i do nich bezpośrednio się odzywać i wysyłać im swoją ofertę. To też jest jakaś droga, ale jak na razie jest etap odpowiadania na oferty.
Co do kryzysu ogólnoświatowego i jego wpływu na możliwości znalezienia pracy tutaj, to jeszcze nie wiem. Ogólnie mówi się tutaj o kryzysie, ceny nieruchomości się korygują, rośnie bezrobocie (było 4,5%, a jest, czy ma być w najbliższym czasie około 8%), a firmy mają usprawiedliwienie dla nie dawania podwyżek, czy oferowania mniejszych płac. Wszyscy mówią, że rok temu był lepszy czas na szukanie pracy itp. Ale nie wygląda to tak źle. Oferty są, specjalistów Michała pokroju podobno bardzo brakuje, pieniądze jakie oferują wyglądają na przyzwoite, czyli my kryzysu nie czujemy jak na razie. Zobaczmy w jaką stronę to się rozwinie, ale jak na razie jest dobrze :) No i ja pracę mam :) Zawsze to coś, nie utrzymalibyśmy się z tego tutaj, ale jako dodatek do głównej pensji, to już coś.
Poza szukaniem pracy popychamy też do przodu całą naszą procedurę imigracyjną. Z naszej strony wszystko już jest naprawdę zrobione. Wczoraj poszła do Londynu nasza kolosalna aplikacja. Chcieliśmy przenieść całą sprawę do NZ, ale nie dało się, fakt że tu jesteśmy na wizie turystycznej niczego nie zmienia i mamy przydzielonego urzędnika w Londynie. Aplikacja przygotowana pięknie, prawie kilo dokumentacji, jeszcze parę gram i trzeba byłoby to wysyłać jako paczkę a nie list. Sami zobaczcie:


Ten cały plik papierów, to dokumenty jakie zbieraliśmy tak naprawdę od początku roku. Wszystko na spokojnie i bez stresu, ale jakby się chciało to zrobić w kilka dni, to by się nie dało. Cała procedura programu Skilled Migrant, w ramach którego chcemy dostać tutaj status rezydenta, jest bardzo dokładnie i przystępnie opisana na stronach rządowych NZ. Przez jakiś czas była to najważniejsza strona w „ulubionych” w naszej przeglądarce, bo zaglądało się tam bardzo często. Ale dzięki temu wiemy dokładnie co się dzieje w każdym momencie procedury, wiedzieliśmy jak się zabrać za całą tą aplikację, jakie dokumenty przygotować, ile czasu trwają poszczególne etapy itd. No i przygotowywaliśmy wszystko w ciągu tych kilku miesięcy, rozpoczęliśmy całą procedurę wysyłając wstępny wniosek i nie musimy teraz słono płacić (1-2 tys. $) żadnym mocno reklamującym się tu agencjom pomagającym wzorowo przygotować dokumenty.
Muszę tu zaznaczyć, że oni (te wszystkie urzędy, z którymi się kontaktujemy) działają tutaj całkiem sprawnie i dokładnie tak jak opisują to na swoich stronach. I jakoś tak pomimo tego, że musieliśmy przygotowywać i wysyłać te stosy papierów, to jakoś to nie przeszkadza, bo człowiek widzi, że oni ze swojej strony wszystko robią tak jak powinni. Na przykład sprawa w NZQA (u nich uznaje się wykształcenie) została załatwiona w tydzień, łącznie z wysyłaniem dokumentów itp., a po drodze były święta. Czyli całkiem niezły wynik. Ponadto w sieci możesz śledzić zazwyczaj na jakim etapie jest twoja sprawa i zawsze masz też przydzieloną konkretną osobę do swojej sprawy, co bardzo usprawnia jakąkolwiek komunikację.
Przy okazji wspomnę tutaj, że dużo ułatwia nam też super sprawnie działająca tutaj poczta (przesyłka kurierska do Wellington nadana o 6 wieczorem jednego dnia była na biurku w odpowiednim urzędzie o 8 rano następnego dnia, wszystko da się pięknie śledzić w sieci) i ogólny brak przesadnie skomplikowanej biurokracji. Na przykład potwierdzenie zgodności z oryginałem kopii naszych paszportów zajęło kilka minut. Co kilka domów można znaleźć tutaj tzw. sędziego pokoju, który bez żadnych opłat, składając po prostu swój podpis może poświadczyć różne rzeczy, tak jak notariusz u nas. Jakie to proste! W Polsce do notariusza można przyjść tylko w tygodniu między 10 a 14, a z Justice of the Peace można się spotkać nawet w niedzielę wieczorem, jeśli tylko jest w domu.
Jeżeli wszystko pójdzie teraz bez żadnych przeszkód, to za kilka tygodni powinniśmy być rezydentami. A jak Michał dostanie ofertę pracy, to w takim przypadku wszystko przyspiesza maksymalnie i w 3 dni można zamknąć całą sprawę. No i miejmy nadzieję, że tak będzie w naszym przypadku, trzymajcie kciuki :)

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Piknikowanie i Święta Wielkanocne

No i już prawie po świętach. Mieliśmy bardzo wesołe, zdrowe i spokojne święta, było trochę lenistwa świątecznego, a jajko wielkanocne wszystkim bardzo smakowało (najbardziej chyba Tymonowi).


Te cztery dni świąteczne (tutaj główne święto jest w Wielki Piątek, Niedziela Wielkanocna też jest ważna, a Poniedziałek to tak połowicznie – niby święto, ale niektóre sklepy pootwierane, niektórzy pracują itp.) spędziliśmy na wycieczkach i piknikowaniu. Idąc za przykładem Kiwi, postanowiliśmy spróbować tej najbardziej popularnej tu aktywności na świeżym powietrzu i chyba ją bardzo polubiliśmy. Ale po kolei.
W piątek wybraliśmy się na Muriwai Beach (piękne widoczki i sławna kolonia morskich ptaków głuptaków – ang. gannet). Piątek był też pierwszym dniem tutejszej przerwy świątecznej w szkole, która potrwa dwa tygodnie. No i zdziwiliśmy się, że jednak w miejscach turystycznych tutaj też może być sporo ludzi (nie było jednak ich tak dużo, żeby był tłok i nie było czuć przestrzeni). Była piękna pogoda, a w piękną pogodę nie siedzi się w domu tylko jedzie się gdzieś. Może być dalej od domu, albo chociaż do pobliskiego parku, ale obowiązkowo należy się umówić ze znajomymi i ruszyć w teren. W terenie chwilę się łazi, a potem rozkłada się na miękkiej, zielonej trawce (której tutaj jest pod dostatkiem gdziekolwiek się człowiek nie ruszy) i się błogo spędza czas jedząc, pijąc, gadając, śmiejąc się, albo po prostu leżąc sobie i gapiąc się na chmurki, jeśli jakieś są. Jakaś gra w krykieta, czy rugby też należy do powszechnie praktykowanych form spędzania wolnego czasu. No i wszędzie masa biegających dzieciaków w każdym możliwym wieku, które łażą po drzewach, turlają się ze stromych górek lub zjeżdżają po nich na kartonowych „sankach”, wspinają się po stromych, piaszczystych wydmach i czołgają się po czarnopiaskowej plaży. Nasz Skarbek szybko złapał klimat i też się poczołgał …


My nie byliśmy przygotowani piknikowo w piątek, ale mieliśmy w planie nadrobić to w sobotę – byliśmy umówieni na całodniowy piknik jazzowy na wyspie Rakino. Kiedy robiliśmy zakupy przedświąteczne w naszym supermarkecie, zagadnęła nas pewna para (ona Polka, on pochodzi z Zimbabwe). Usłyszeli, że mówimy po polsku i podeszli do nas, ponieważ ona mocno poszukuje kontaktu z Polakami (są tutaj ponad 8 miesięcy i jeszcze na Polaków się nie natknęła!). Gosia pracuje jako babysitter, mieszkają na ulicy obok, czyli dla nas rewelacja, bo możliwe, że już mamy opcję na jakieś wyjścia wieczorne i będzie z kim zostawić Tymona. Chwilę pogadaliśmy i wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że powinniśmy się kiedyś spotkać bardziej towarzysko. Wspomnieli, że wybierają się na całą sobotę na Rakino Island i myśmy następnego dnia też zarezerwowali bilety. Impreza jest całkowicie darmowa, musisz jedynie kupić bilet na prom, jeśli chcesz tam się dostać. No i jest to piknik, czyli masz wziąć ze sobą jedzenie i przy miłej, granej na żywo cały dzień muzyczce jazzowej możesz się relaksować. Przygotowani na piknik (upiekłam nawet ciasto świąteczne) pojechaliśmy rano do Devonport (jeśli chcesz gdzieś płynąć z Auckland, to z Devonport odpływają wszystkie promy) i zaczęła się wycieczka. Pierwszy raz byliśmy tu na wodzie. Masa wysepek, piękne zatoczki, płynęło się trochę jak w Chorwacji. Musimy koniecznie spróbować tutaj żeglowania, wszystko w swoim czasie :) Na wyspie (malutkiej, pagórkowatej, kilkanaście domów, kilka plaż i zatoczek, stare samochody gruchoty bez rejestracji) spędziliśmy super dzień. Było śniadanie na trawie z pięknym widoczkiem, były spacerki, trochę zabawy na plaży, Tymonek pobawił się trochę z innymi dzieciakami (przez część dnia była z nami jeszcze jedna para z dwójką dzieci) i nawet potańczyliśmy trochę na koniec dnia, kiedy towarzystwo piknikowe już było mocniej rozochocone winkiem i piwkiem :) A w drodze powrotnej na promie impreza trwała nadal, ponieważ płynął z nami jeden z występujących wcześniej zespołów (kilku Maori, Azjata i jeden biały, jezzujący bez żadnych instrumentów, wszystko śpiewem).




W Niedzielę Wielkanocną zrobiliśmy sobie tradycyjne śniadanie (jajka, kiełbaska, bułka prawie taka jak od babci Kasi, nie było tylko żurku, bo to już raczej niemożliwe gdziekolwiek za granicą). Dziękujemy też za kartki z życzeniami i załączone naklejki pisankowe :). Nawet tutaj na antypodach, gdzie nie bardzo znają tą tradycję, mieliśmy kolorowe jajka. Tutaj Wielkanoc to przede wszystkim czekoladowe jajka i ogólnie jedzenie czekolady. Poleniuchowaliśmy sobie w domu rodzinnie i zaliczyliśmy obowiązkowy spacer po plaży żeby synek zażył codziennej dawki hasania i powietrza, od czego się już uzależnił. Poniedziałek równie leniwy, pół dnia spędziliśmy na trawce i na plaży w Long Bay (wokół sporo piknikowiczów oczywiście). Pogoda idealna do odpoczynku, nie gorąco, nie zimno, tak akurat. Tymonek nauczył się turlać z górki i jest to teraz jedna z jego ulubionych zabaw, obok zbierania patyczków, muszelek, kamyczków itp. Zbudowaliśmy też zamek na plaży, synek pomagał. No i po świętach :)

czwartek, 9 kwietnia 2009

Życie wokół Tymona

Trochę cały nas ten przyjazd tutaj różni się od tego jakbyśmy byli tutaj sami, bez dziecka. Przede wszystkim wydajemy więcej kasy. Gdybyśmy przyjechali tu bez synka, moglibyśmy na początek mieszkać w tanim hostelu, gdzie śpi się z kilkoma osobami w pokoju, a potem wynajęlibyśmy sobie taniutki pokój w czymś w rodzaju mieszkania studenckiego. Kiedy chcemy się gdzieś ruszyć też nie możemy iść po prostu na żywioł i założyć, że gdzieś tam się człowiek prześpi, pod namiotem, albo w tanim hostelu, albo w ostateczności w samochodzie jak to robiliśmy w USA. Trzeba też mieć zawsze zapas jedzenia dla synka, jakieś specjalne mleka, kaszki itp., kupować mu świeże warzywa i owoce - życie na frytkach z MacDonalda odpada :) No ale na to byliśmy przygotowani i byliśmy świadomi, że musimy mieć odłożone trochę kasy na początek.
Jednak to co mi chyba najbardziej „doskwiera”, to fakt, że Tymon nas trochę ogranicza jeśli chodzi o podróżowanie i zwiedzanie tego niesamowitego kraju. No bo w niektóre miejsca z nim się nie wybierzemy (np. jaskinie ze świecącymi robaczkami, gdzie płynie się łódką i trzeba być cicho, a jemu się jeszcze nie wytłumaczy jak ma się zachowywać), w niektóre miejsca go nie wtaszczymy (bo jednak całodniowa trasa po górkach z Tymonem na plecach wymaga bardzo dobrej kondycji i samozaparcia), a większość miejsc wymaga kilkudniowej wyprawy, co w związku z Tymonem i zmieniającą się już pogodą łączy się mocno z organizowaniem, rezerwowaniem noclegów itp. i gdzieś znika ta fajna w każdej podróży spontaniczność. No i wybranie się nawet na jednodniową wycieczkę i wyjście z domu wcześniej niż o 8 rano graniczy prawie z cudem.
No to sobie trochę ponarzekałam :). Czyli czas na plusy tego, że Tymon jest z nami. Fajnie jest widzieć, że dziecko tak dobrze i szybko się adaptuje do jakichkolwiek otaczających je warunków (samolot, nowe mieszkanie i łóżeczko, trochę inne jedzenie, inna pogoda). Fajnie czuć, że da się wszystko zrobić, nawet jak ma się dziecko (np. przylecieć na drugi koniec świata). Fajnie „musieć” chodzić codziennie na plażę i mieć tyle przestrzeni do wypuszczenia dziecka żeby się wybiegało i potem wieczorem po prostu padło na twarz i zasnęło w ciągu sekundy. Fajnie też mieć ten super sposób na nawiązywanie nowych kontaktów, jakim jest zwracające uwagę wszystkich dziecko. Dzięki Tymonowi chodzę na zajęcia dla dzieci, synek ma kontakt z innymi maluchami, a ja poznaję nowych ludzi i obserwuję sobie jak tutaj wygląda codzienne życie. Radochę też sprawia obserwowanie synka, który pierwszy raz widzi fale i morze i zastanawia się jak się za to zabrać, a po kilku dniach biegnie w stronę wody i fal z taką radością, że aż człowiek sam się uśmiecha. No i mamy, możliwe że niepowtarzalną, okazję pobyć sobie tak po prostu razem w trójkę.
Poza tym mam wrażenie, że synek nam trochę wydoroślał przez te ostatnie tygodnie. Tymonek stał się jakby bardziej samodzielny, radzi sobie w każdej sytuacji, komunikuje coraz wyraźniej o co mu chodzi i najlepszy hit – je już sam łyżeczką. Kilka dni temu kategorycznie odmówił przyjmowania jakichkolwiek pokarmów podawanych mu łyżeczką. Potem były tak gdzieś z dwie stracone kaszki i mamy synka, który sam wcina sobie jedzonko z miseczki, jogurciki itp. Tymon daje też już wyraźnie do zrozumienia, kiedy chce iść spać, kiedy jeść, kiedy się bawić itp. No i chodzi już po schodach, wspina się pięknie pod górkę i złazi z górki, jest w stanie przebiec za nami tak gdzieś z kilometr, zjeżdża na zjeżdżalni i jest ogólnie niesamowicie sprawny ruchowo. No i jak się na niego patrzy, to widać, że on jest zadowolony, że go tu ściągnęliśmy, i my chyba też jeteśmy ;-)

środa, 8 kwietnia 2009

Rotorua

Ci, co zaglądają regularnie do naszej galerii, dobrze już wiedzą, że wybraliśmy się wreszcie na wycieczkę do Rotorua. Tym razem zajechaliśmy i wróciliśmy bez żadnych samochodowych przygód :) Był to nasz pierwszy wypad tak daleko od Auckland i tak naprawdę pierwszy rzut oka na Nową Zelandię, która przecież jest inna niż miasto Auckland. Z takich wrażeń z podróży te 270 km na południe:
- jest to raczej rzadko zaludniony kraj,
- teren przez który jechaliśmy jest bardzo rolniczy, czy żeby nazwać to po ichniemu – farmerski; wszędzie krowy i owce pasące się na pagórkach, zamiast salonów samochodowych salony z maszynami rolniczymi itp.
- im bardziej na południe od Auckland krajobrazy robią się bardziej podobne do europejskich (pagórki, mniej palm, drzewa w kolorach jesieni), chociaż widać, że to wyspa pochodzenia wulkanicznego – pagórki z trawersami, no i ta trawa jakaś taka bardziej zielona,
- co kawałek przy drodze widać brązowe tablice wskazujące na jakieś atrakcje turystyczne, jest tego pełno i gdziekolwiek się nie ruszysz masz parki krajobrazowe, muzea i masę miejsc oferujących wszelkiej maści atrakcje i rozrywki,
- podróżuje się tutaj bardzo dobrze, średnia prędkość jaką można sobie kalkulować na jazdę to 80 km/h (w porównaniu do autostrad w Niemczech to cienko, ale w porównaniu do jakichkolwiek innych znanych mi krajów i dróg, to bardzo przyzwoity wynik).

Wjeżdżając do Rotorua nie trzeba czytać znaków czy to już to miasto z gejzerami. Gejzery czuć od razu – zapachu zepsutych jaj nie da się nie zauważyć. Całe miasto, czy też miasteczko, bo nie jest to jakaś bardzo duża miejscowość, jest położone na terenie bardzo aktywnym geotermalnie. Objawia się to tym, że w samym głównym parku miejskim znajduje się kilkadziesiąt dziur z parującym błotem, a jadąc ulicą wszędzie widać parę unoszącą się się z kratek ściekowych. Ponadto mieszkańcy mają małe gejzerki w ogródkach (czy tego chcą czy nie, bo wygląda na to, że jakakolwiek dziura w ziemi może okazać się gejzerem).
My za cel obraliśmy sobie park geotermalny Wai-o-tapu, znajdujący się 30 km za Rotorua. Jest to też miejsce, gdzie znajduje się znany gejzer Lady Knox, wybucha on jednak regularnie codziennie o 10:15 (jest to jakoś sztucznie regulowane), a my byliśmy na miejscu około południa, więc na ten „show” już się nie załapaliśmy. Ale i tak było sporo wrażeń. Wai-o-tapu znaczy po maorysku święte wody i jest to bardzo szczególne miejsce, trudno je do czegoś porównać, bo jest tam trochę jak na innej planecie. Tak to wygląda w dużym skrócie:



Do zdjęć trzeba sobie dodać zapach siarki, nasycone parą powietrze i wszechobecne bulgotanie, syczenie, mruczenie. Jest to miejsce gdzie rzeczywiście można przekonać się i poczuć, że ziemia nie jest stała, że w głębi to wszystko się gotuje, wybucha, płynie i na swój sposób żyje. Jakakolwiek woda w bajorkach w tym parku jest gorąca i paruje. Kolorki to różne związki siarki, żelaza, magnezu, krzemu. Kolory zmieniają się w zależności od tego jak mocno świeci słońce. Cały teren zwiedza się około 2 godzin – tyle zajął nam spacer z zatrzymywaniem się, robieniem zdjęć itd. Niestety nie można tam wejść za darmo i wstęp nie należy do najtańszych. No ale jest to jedna z bardziej znanych atrakcji regionu, takie „must see in New Zealand”.
Oprócz gejzerów w Rotorua można zapoznać się też z kulturą maoryską. Najlepszym do tego miejscem jest Te Puia – muzeum z występami wojowników, rozległym terenem i jednym z większych gejzerów rejonu. Nie mieliśmy już jednak czasu na wizytę tam, ponadto wstęp też swoje kosztuje, więc połaziliśmy sobie po prostu po parku Kuirau i ruszyliśmy z powrotem do domu. Jeszcze się kiedyś wybierzemy w ten rejon i raczej na dłużej niż jeden dzień, bo jest co tam robić i zwiedzać (jak zresztą wszędzie).

wtorek, 7 kwietnia 2009

Najlepsze miejsca do życia

Po tych blisko trzech tygodniach spędzonych w Auckland i po dwóch latach w Ulm już chyba wiem o co chodzi w tym rankingu najlepszych miejsc do życia.
W zeszłym roku natknęliśmy się na ranking Mercera. Można poczytać sobie na stronie http://www.mercer.com/referencecontent.htm?idContent=1307990#Top50_qol (niestety po angielsku, ale tabelkę każdy chyba rozumie :) Jest to zestawienie dużych miast z całego świata porównujące je pod kątem ogólnie rozumianej jakości życia. Na piątym miejscu jest Auckland po Zurichu, Wiedniu, Genevie i Vancouver. Spójrzcie też na pierwszą dziesiątkę (Brno, Monachium, Frankfurt, Dusseldorf). Oczywiście można powiedzieć, że są to po prostu najbogatsze rejony na świecie i tam się dobrze żyje. Ale nie, to nie o to chodzi. A gdzie Londyn, Los Angeles, Nowy Jork, Paryż ...? To co mi się rzuca w oczy to, że sporo tych miast jest w pobliżu Alp i też, że w rankingu jest dużo miast z niemieckiego kręgu kulturowego. No i w to wszystko wmieszało się to Auckland, jest Vancouver, Sydney i Wellington (stolica NZ). Już tłumaczę jak to moim zdaniem działa.
Taką bardzo odczuwalną rzeczą jest dostępność miejsc do spędzania wolnego czasu. Tutaj w Auckland mamy masę plaż, ale jakby tego było mało, przy każdej jest park zieloniutki, z placami zabaw, z ławeczkami, ze specjalnymi miejscami do piknikowania itd. Ponadto w całkowicie bezpośrednim zasięgu miasta (30 min jazdy samochodem) mamy 25 parków krajobrazowych (to są już tereny, gdzie się nie mieszka, jest tam dziko, są trasy trekingowe itd.). Ludzie tutaj uprawiają dużo sportów, spacerują i ogólnie spędzają czas na powietrzu (jest do tego odpowiednia infrastruktura). Nie ma grubasów, ogólnie ludzie wyglądają na zdrowych i zadowolonych. W weekend masz ogromne spektrum miejsc gdzie możesz pojechać połazić, popływać, pozwiedzać lub po prostu posiedzieć na trawce. Masz co robić i gdzie wyjść z dzieckiem. My jak na razie nie wypuszczamy się nawet jakoś specjalnie daleko z Auckland, bo i tak codziennie jesteśmy na plaży, mamy gdzie łazić z Tymonem, codziennie odkrywamy nowe miejsca, co jedno to lepsze i mieszkając w dużym mieście czujemy się jak na super wakacjach. No i podobnie było gdy miało się Alpy w zasięgu, gdy w mieście była sieć ścieżek rowerowych, parki nad Dunajem itd.
Oczywiście trzeba mieć w takim miejscu pracę i miejsce do mieszkania, ale cały trik polega na tym, że na szczycie tej listy znajdują się miasta, gdzie ta praca jest :) Jest też bezproblemowy dostęp do wszystkich usług, rozwinięta opieka medyczna, socjalna itd. Czyli wszystko wskazuje na to, że jak już zwiedzimy Nową Zelandię, to będzie czas na … Kanadę? :) (no może po drodze jeszcze Australia).

sobota, 4 kwietnia 2009

Jesień u Kiwi

Tak, tak, w Polsce początek wiosny, a tutaj środek jesieni. Ale taka jesień to sama przyjemność. Ogólnie są tutaj łatwe do odróżnienia 4 pory roku: wiosna – wrzesień do listopada, lato – grudzień do lutego, jesień – marzec do maja i zima – czerwiec do sierpnia.
Czym charakteryzuje się jesień? Temperatura w ciągu dnia nie przewyższa 22 st C, ale jak na razie jest średnio 20 st C. W nocy jest za to już dużo chłodniej niż latem – gdy zachodzi słońce temperatura spada do około 13 st. Trzeba spać w ciepłej piżamie i nakrywać się już kocem, a nie tylko prześcieradłem, co wystarcza latem. Trzeba też zamykać na noc okna, które latem są cały czas otwarte. Przez nasz prawie trzytygodniowy pobyt widzimy już wyraźną zmianę pogody, robi się chłodniej, ale nie drastycznie. Cały czas można iść na plażę, Tymonka można rozebrać i może się potaplać (woda w oceanie ciepła), ale lepiej iść w środku dnia około 14:00, bo później się ochładza. A na spacery plażą pogoda po prostu idealna do wieczora. Niektóre drzewa zmieniają już kolor. Chyba warto teraz wyruszyć gdzieś w teren, najlepiej gdzieś na południe (to tam gdzie jest chłodniej, bo dalej od równika) i popodziwiać kolorowe widoki. W tym roku jest podobno bardzo ładna pogoda jak na kwiecień. Normalnie mogłoby więcej padać (a nie padało od 2 tygodni, co oni nazywają już tutaj jakąś suszą i dyskutują o tym w radiu) i być trochę wietrzniej. No to tylko się cieszyć, że tak nam się trafiło. Zimą podobno więcej pada i wieje, ale wszyscy nas tu uspokajają, że żadnych tornad itp. nie ma :) No zobaczymy jak to wygląda, ale jak na razie cieszmy się tą piękną jesienią i wygrzewamy się w słoneczku po naszej polskiej zimie.
Poniżej kilka zdjęć z tego środka jesieni.

A jak się auto zepsuje

Nasze ostatnie przygody „zmuszają mnie” do ciągnięcia tematów motoryzacyjnych. Wybraliśmy się wreszcie dwa dni temu na trochę bardziej odległą wycieczkę. Chcieliśmy odwiedzić gejzery w Rotorua. Chcieliśmy, bo nie odwiedziliśmy :(, a to z powodu awarii samochodu.
Otóż jedziemy sobie w porannym korku na autostradzie, samochody jadą wolniej niż zazwyczaj, ale nie stoją. Za Harbour Bridge, dokładnie koło mariny Westhaven nasz samochód postanowił jednak nie jechać i stanął. Po prostu zgasł i nie chciał odpalić. Chwilę wcześniej zapaliła się czerwona lampka „check engine”, ale nie dała Michałowi szansy na reakcję, zjechanie na bok itp., bo samochód zgasł prawie natychmiast. Czyli stoimy sobie na środku autostrady, samochody mijają nas z prawej i lewej i zonk. Na szczęście Michał to przezorny człowiek, który zapisał sobie w komórce nr do tutejszych służb drogowych, o kojarzącej się całkowicie inaczej nazwie AA (odpowiednik niemieckiego ADAC).
Auto nie chce odpalić pomimo wielu prób (odpala, ale gaśnie od razu z braku mocy), no więc trzeba dzwonić po pomoc. Odebrała miła pani, która przede wszystkim chciała wiedzieć czy jesteśmy członkiem AA. Nie jesteśmy, no więc trzeba było się zarejestrować. Stoimy na autostradzie i blokujemy trochę ruch, a tutaj trzeba podawać stosy danych takich jak adres, nr tel., dane samochodu itp. No ale jakoś poszło, pani przyjęła zgłoszenie i kazała czekać na pomoc, którą już wysyła. No to czekamy.
W międzyczasie podjechał do nas samochód policyjny i pomógł nam dostać się na pobocze. Kazał nam po prostu wrzucić luz i zepchnął nas, pchając zderzakiem o zderzak, na pas poboczny. Niestety nie było to takie prawdziwe pobocze, tylko specjalny pas dla autobusów. A trzeba wiedzieć, że autobusy tutaj zasuwają dużo szybciej niż samochody, czyli nie było to w 100% bezpieczne miejsce. Policjant poradził nam żebyśmy wsiedli z samochodu i pospacerowali sobie po marinie czekając na AA. Nie kontrolował nas, nie opieprzał, po prostu nam pomógł i pojechał sobie dalej.
Wygramoliłam się z samochodu z Tymonkiem, wyjęliśmy wózek i idąc za radą pana policjanta, zwiedziliśmy sobie marinę (super jachty, piękny widok na city). Nie czekaliśmy długo i pojawił się samochód AA. Facet sprawdza najpierw podstawowe rzeczy w samochodzie i próbuje naprawić samochód. Jeśli jest to coś z czym nie może poradzić sobie na miejscu, wzywa holowanie. W naszym przypadku musiał wezwać holowanie. Michał podejrzewał, że zepsuło się coś związanego z wtryskiem paliwa, bo takie były objawy. Wyobraźcie sobie, że miał rację, jak się potem okazało w warsztacie!
Na hol czekaliśmy następną chwilę. Przyjechał sprawnie, załadował samochód i ruszyliśmy. Stwierdziliśmy, że chcemy jechać nie do najbliższego warsztatu (to jest gratis w usłudze), ale do Forrest Hill Motors, które mamy pod domem. Za to musieliśmy dopłacić, ale nie zdarli z nas :) Podróż z panem była bardzo miła, pogadaliśmy sobie miło o NZ, o tym skąd jesteśmy, polecił nam kilka miejsc wartych odwiedzenia i dowiózł sprawnie do mechanika.
Zostawiliśmy samochód do naprawy i dostaliśmy auto zastępcze. To jest tutaj w standardzie :) Kiedy później zdiagnozowali problem okazało się, że popsuła się sonda lambda (air flow meter) i trzeba ją wymienić. Próbowali ją naprawić, ale nie udało się. Zaproponowali kupno nowej, ale to już bardzo drogo i ustaliliśmy, że trzeba znaleźć jakąś używaną. Żeby nie czekać na to za długo, Michał znalazł to ustrojstwo na Trademe, kupił i przywiózł. Naprawili to i kupę innych upierdliwych drobiazgów przy okazji (bo szef jest Niemcem z krwi i kości). I dobrze, że działa, bo autem zastępczym mogliśmy jeździć tylko w bliżej nieokreślonych granicach Auckland. Rachunek przyzwoity. Dodatkowo zapłaciliśmy podwójną cenę za członkostwo w AA (tak się płaci kiedy zapisuje się dopiero w razie problemu). W sumie się uzbierało, ale z drugiej strony kupując 13-letnie auto spodziewaliśmy się tego, oby nie było takich sytuacji zbyt dużo. W ostatecznym rozrachunku niezłe doświadczenie, poradziliśmy sobie bardzo sprawnie, pomoc drogowa działa tutaj tip top i chyba jest to kolejny argument, że NZ to miłe miejsce do życia :)

czwartek, 2 kwietnia 2009

Zakup samochodu

Przez pierwszy tydzień po przyjeździe mieliśmy samochód z wypożyczalni. Szybko jednak zorientowaliśmy się, że nie bardzo to się opłaca, biorąc pod uwagę za ile można tutaj kupić samochód i ile kosztuje wynajem. Kurt (właściciel mieszkania, który podrzuca nam często jakieś wskazówki) też doradzał nam kupno samochodu zamiast wynajmu. No więc zaczęliśmy się rozglądać. To znaczy Michał zaczął się rozglądać, bo ja raczej nie jestem w temacie i to Michał zawsze zajmuje się tymi tematami.
Na początku przeglądał oferty w sieci na Trademe. Jest tego dużo, ceny nie odstraszają. Znalazł kilka samochodów godnych uwagi i nawet jeden z nich pojechał obejrzeć. Było to w Auckland, ale po południowej stronie miasta. Wyprawa około 40 min jazdy w jedną stronę. Samochód okazał się niezadbany i nie wyglądał na godny swojej ceny. Czyli obejrzenie jednego samochodu, łącznie ze znalezieniem go w sieci zajmuje prawie pół dnia i może oczywiście nic z tego nie wyjść. A nas gonił czas, bo dla nas każdy kolejny dzień wynajmu to strata kasy. Kurt wspomniał, że on kupuje samochody zawsze w Turners, i że jego zdaniem to najlepsze miejsce żeby szybko znaleźć coś wartego swojej ceny. No to zaczęło się przeglądanie stron tego Turners.
Turners to ogromna firma zajmująca się aukcjami. Są w całej NZ, w Auckland są dwa oddziały (jeden bardzo blisko naszego domu). Licytują wszystko (meble, sprzęty różne, maszyny itd.), ale głównym towarem na aukcjach są samochody. W miarę szybko Michał znalazł na ich stronach 2 samochody, które nam odpowiadały (w tym oddziale bliżej nas). Pojechał je zobaczyć i wypróbować, a wieczorem był na licytacji. Byliśmy zdecydowani na kupno, ale oba samochody poszły za wyższą cenę niż chcieliśmy wydać. No to dalej do komputera i przeglądanie dalszych ofert. Okazało się, że następnego dnia w południe jest kolejna licytacja w tym drugim oddziale. I to tak naprawdę okazało się to główne, ogromne miejsce, z którego raczej nie da się wyjść bez samochodu.
Nie miałam ochoty siedzieć w domu i tylko czekać czy Michał kupi coś, dlatego zaplanowaliśmy, że jedziemy tam całą rodziną. No i dobrze, że pojechałam, bo taka aukcja (najprawdziwsza z prawdziwych, z podbijaniem ceny, młotkiem i niesamowicie szybko mówiącym prowadzącym) to wielka frajda i ciekawe nowe doświadczenie (u nas nic takiego nie ma, a szkoda). Wstaliśmy wcześniej, bo Michał chciał jeszcze przejrzeć w sieci co będzie wystawione na aukcji i coś wstępnie wybrać, a poza tym przed licytacją chcieliśmy oczywiście jeszcze obejrzeć samochody na żywo i je wypróbować. Byliśmy na miejscu 2 godziny przed licytacją. Jak to wszystko wygląda i działa? - świetna sprawa.
Jeżeli chcesz kupić auto, musisz się zarejestrować jako uczestnik aukcji. Szybka i bezbolesna procedura, nic nie płacisz, nadają ci numer, musisz tylko podać podstawowe dane, ale oczywiście bez nr tel. się nie obejdzie :) Dostajesz wydruk ze wszystkimi dostępnymi danego dnia samochodami, ich danymi itp. i możesz ruszać. Samochody wystawione są w ogromnym hangarze, tego dnia było licytowanych 200 aut, wszystkie w cenach poniżej $6500. Masa ludzi, samochody wystawione kolejno numerami, w rzędach. Do każdego można wsiąść, uruchomić, przejechać się itp. Hałas, spaliny, trochę zamętu, ale można się we wszystkim połapać i w jednym miejscu w naprawdę krótkim czasie można obejrzeć masę aut. Bardzo duże zainteresowanie, ludzie chodzą, zaglądają do silników, robią małe rundy po hangarze, czuć podekscytowanie jakby zaraz miało zacząć się coś ważnego. Po godzinie kręcenia się między samochodami miałam już dość, na miejscu jest na szczęście kafejka, więc poszliśmy tam z synkiem na drugie śniadanko, a Michał poszedł jeszcze ostatecznie wybrać co w chodzi dla nas grę w licytacji. Im bliżej południa atmosfera coraz gorętsza. Ludzie przychodzą do kafejki porobić sobie ostateczne notatki i na spokojnie zastanowić się które samochody będą tak naprawdę licytować. My na swojej liście mieliśmy w końcu 6 samochodów, które wchodziły w grę. No i zaczęło się. Czułam się jak na jakimś przedstawieniu. Usiedliśmy sobie w pierwszym rzędzie, show niesamowity. Co minutę schodziło jedno auto, czyli wyobraźcie sobie tempo w jakim wszystko się dzieje!. Facet mówi z prędkością huraganu, reklamuje dany samochód, zachęca, rzuca ceny. Kilka osób mu pomaga obserwując licytujących. Na ekranie widać co się w danym momencie dzieje, o ile się podbija cenę itp. Nadszedł czas na pierwsze auto z naszej listy. Zaczęła się licytacja, kilka osób brało w niej udział. 30 sekund i mieliśmy samochód. Kiedy facet uderzył młotkiem i krzyknął „sold” aż podskoczyłam i krzyknęłam z radości i podekscytowania. Aukcje internetowe niech się schowają, gdzie ta adrenalina!
Wystawione auta mają określony przedział cenowy. Większość samochodów schodziła za cenę pośrodku przedziału. Nasz też. Od momentu kiedy uderzy młotek, jesteś posiadaczem samochodu. No to staliśmy się posiadaczami białego Subaru Legacy, kombi, napęd 4x4, automat, przyciemniane szyby, rocznik 1996. Michał chciał japońskie auto, ja kombi, czyli każdy jest zadowolony. Zaraz po uderzeniu młotka podbiega ktoś z obsługi, chwyta cię za rękę (żebyś czasami nie zwiał) i zaprasza cię do biura, aby wszystko sfinalizować. Jeśli masz kasę przy sobie, możesz od razu zapłacić i wyjechać nowym samochodem. Nie ma żadnych skomplikowanych formalności, rejestracji, biegania po urzędach itp. Wszystko załatwiasz na miejscu, łącznie z ubezpieczeniem, trwa to 10-15 min. I tyle. Czyli mamy auto.
Musieliśmy jeszcze dokupić fotelik dla Tymonka, to już na Trademe. Ja już też jeżdżę (w znaczeniu prowadzę). Ta lewa strona to pikuś. Wsiadłam i pojechałam, bez żadnych problemów. A automatyczna skrzynia biegów, to w ogóle super sprawa i nie rozumiem dlaczego u nas się trzeba męczyć z ręcznymi biegami.