sobota, 28 marca 2009

Zakupy

Naszą pierwszą wyprawą w okolicę był wypad na zakupy. Mamy małe centrum handlowe ze wszystkimi potrzebnymi sklepami całkiem blisko domu, 3 min jazdy samochodem, spacer około 20 min. Zrobiliśmy pierwsze podstawowe zakupy (jedzenie, pieluchy) i wyszliśmy trochę oszołomieni – rachunek okazał się być całkiem wysoki. Ceny są tutaj trochę wyższe niż się spodziewaliśmy. Najdrożej w porównaniu do Europy wychodzą warzywa i owoce (szczególnie te pochodzące z NZ, wygląda na to, że siła robocza jest tu droga i nawet produkty rolnicze wychodzą taniej przywiezione z Chin) i ogólnie jedzenie jest droższe. Inne rzeczy (kosmetyki, akcesoria do dziecka itp.) nie wychodzą drożej. Obok supermarketu jest sklep z różnym badziewiem chińskim, prowadzony przez Chińczyka i tam można kupić wszystko i nic (ja dorobiłam się klapek i kapelusza) za naprawdę niskie pieniądze. Już na następny dzień nauczyliśmy się, że warzywa i owoce trzeba kupować nie w supermarkecie, ale w warzywniakach – Fruits & Vegs – gdzie ceny są o połowę niższe. Sklepy te, jak wszystkie małe biznesy, prowadzone są zazwyczaj przez jakichś Azjatów lub Hindusów i ogólnie przekonaliśmy się, że warto zaglądać i robić zakupy we wszelkich sklepikach imigrantów – jest taniej.
Co nas bardzo ucieszyło, to to, że handluje się tutaj 7 dni w tygodniu i do 22:00 nie ma raczej problemów ze zrobieniem zakupów spożywczych. W porównaniu do Niemiec, gdzie w sobotę trzeba było zaplanować duże zakupy łącznie z pieczywem i produktami na obiad niedzielny, jest to miła odmiana :)
Odwiedziliśmy też już największe centrum handlowe, które jest teraz rozbudowywane i ma być podobno największym mallem na południowej półkuli. Ogólnie dużo rzeczy w NZ jest reklamowanych jako naj na całej południowej półkuli. No ale jak się zastanowić, to nie jest to aż tak trudne być naj, kiedy jednak większość świata i cywilizacji jest na północnej półkuli. Byliśmy w sklepie z butami i kupiliśmy za grosze (5 tutejszych $) super sandałki dla synka. Jest chyba tak jak w USA – ciuchy, buty itp. są tanie jak barszcz.
Zaopatrzyliśmy się już też w drobne gadżety takie jak GPS (pierwsze dni mieliśmy z wypożyczalni, ale to było przepłacanie), czy router bezprzewodowy (jesteśmy już tacy wygodniccy, że siedzenie w specjalnym pokoju z internetem bardzo nam przeszkadzało i musimy mieć bezprzewodowy internet w całym domu). Takie zakupy robimy przez internet na tutejszym serwisie aukcyjnym TradeMe. Nie ma tutaj całkowicie ebaya, nie przyjął się, bo mają swój serwis (trochę jak nasze Allegro). Wszystko kupujemy z odbiorem osobistym, bo przecież większość aukcji jest z Auckland. I tutaj napotyka człowiek ciekawą przeszkodę, mianowicie kiedy już coś kupisz, musisz mieć kontakt do sprzedawcy i adres, pod jakim możesz odebrać swój zakup. Piszesz więc maila do sprzedawcy, żeby ci ten adres podał, ale nie, dostajesz tylko odpowiedź z nr telefonu, albo proszą ciebie o podanie twojego telefonu (najlepiej stacjonarny), żeby mogli oni zadzwonić. Panuje tutaj dziwna reguła, że nie podaje się swojego adresu przez internet. Dopiero jak ktoś usłyszy twój głos to niby ma więcej zaufania. Głupota, ale tak to działa. Ogólnie żeby cokolwiek załatwić, gdziekolwiek zarejestrować się w sieci itp., trzeba podać zawsze nr telefonu. I komórka nie wchodzi w grę. Czyli jak człowiek nie ma nr telefonu stacjonarnego, to nie istnieje tutaj. Poza tym wszystko załatwia się bez problemu, adres nie jest ważny, nie ma żadnych zameldowań, zbędnej dokumentacji itd. Tylko ten telefon … No cóż, co kraj to obyczaj.
Aha, zapomniałabym, staliśmy się już dumnymi posiadaczami samochodu (wypożyczanie było ekstremalnie nieopłacalne w porównaniu do tutejszych cen samochodów), ale o tym jak go kupiliśmy napiszę gdzieś później.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz