czwartek, 26 marca 2009

Podróż

Podróż jakoś przeżyliśmy. Teraz wrażenia już się trochę zatarły, jesteśmy już po jet-lag i funkcjonujemy już całkowicie normalnie na tych antypodach. Cała nasza podróż trwała 40h. Długo, ale okazuje się, że da się to zrobić nawet z dzieckiem.
Tak naprawdę to dziecko jest po części ułatwieniem w takiej podróży, ponieważ wszędzie ma się pierwszeństwo, nie czeka się w żadnych kolejkach, wchodzi się do samolotu wejściem business class itp. Lecąc z dzieckiem rezerwuje się miejsca w pierwszych rzędach, gdzie jest więcej miejsca na nogi i na ściance można zawiesić takie specjalne łóżeczko (basinet). My na wszystkich odcinkach podróży mieliśmy cały rząd siedzeń dla siebie i wokół nas (po bokach i za nami) nikogo nie było. Czyli mieliśmy spory kawałek przestrzeni tylko dla siebie. Wygląda na to, że specjalnie nie sadzają innych za blisko dziecka żeby nie musieli znosić ewentualnych płaczów, krzyków itp. Biorąc pod uwagę, że za infant dopłaca się tylko 10% cały interes się bardzo opłaca.
Tymon w samolocie zachowywał się całkiem normalnie, a pod koniec lotu to chyba czuł się totalnie jak u siebie w domu. Spał na siedzeniach, trochę w tym basinet no i u nas na rękach. Zabawek mu nie brakowało - tyle guziczków, pasów, śrubek itp. to chyba jeszcze nigdy nie miał w zasięgu. W samolocie jest też do woli kocyków, poduszek, małych naczynek, buteleczek itp. Dodatkowo dostał od bardzo ładnej pani stewardesy azjatyckiej urody książeczkę z naklejkami takimi co można wiele razy naklejać i odklejać (super rzecz) i ogólnie ani jedna zabawka, które wzięliśmy ze sobą w podróż nawet nie została wyjęta. Najtrudniejsze momenty z maluchem to chyba start i lądowanie i to nie z powodu konieczności przełykania i wyrównywania ciśnienia, ale dlatego, że przez spory czas (30-45 min) trzeba siedzieć w miejscu i być zapiętym w pasy. Jakoś udawało się synka przytrzymać, ale wolałby oczywiście chodzić sobie.
Niektórzy współpasażerowie nie zauważyli chyba nawet, że leci z nimi taki maluch. Tymon dał tylko raz o sobie znać krótkim płaczem na trasie Londyn-Seul, kiedy obudził go wyżynający się ząbek (akurat teraz idzie mu kilka nowych ząbków). Poza tym bawił się sobie grzecznie, jadł, spał i funkcjonował sobie normalnie. Miał też możliwość wybiegania się do woli po terminalach. W Londynie zrobił chyba z 2-3 km biegając tam i z powrotem na trasie do bramek. W Seulu też zaliczył niezły maraton po terminalu. Dzięki temu długodystansowemu bieganiu przez część tych 12-godzinnych lotów synek po prostu spał :).



Dla nas podróż z Tymonem była męcząca i długo się ciągnąca głównie dlatego, że podróżując z dzieckiem człowiek nie może zdrzemnąć się kiedy ma ochotę, tylko musi mieć oko na mocno aktywnego szkraba, nie może obejrzeć sobie filmu (a były całkiem fajne nowości kinowe w programie), czy też sobie poczytać. No ale przecież jak się chce to wszystko jest możliwe do zrobienia :) Jeżeli chodzi o wózek, to oddaje się go przy wejściu do samolotu, pięknie go pakowali w folię, żeby czasami się nie uszkodził czy pobrudził. Podczas przesiadki w Seulu dostaliśmy go i mogliśmy używać go na terminalu, a potem znowu oddaliśmy przy wejściu do samolotu i szczęśliwie zaleciał z nami do Auckland.
Korean Air ogólnie polecamy, jedzonko w porcelanowych miseczkach, można popróbować azjatyckich specjałów, a stewardesy wyglądają naprawdę jak wyselekcjonowane najładniejsze koreańskie dziewczyny, młodziutkie, szczuplutkie, uśmiechnięte i bardzo pomocne. Warto spróbować :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz