wtorek, 31 marca 2009

Pierwsze wycieczki wokół Auckland

Jako, że jesteśmy jakby na wakacjach i mamy teraz czas (ja na urlopie, a Michał bezrobotny chwilowo) zwiedzamy sobie trochę tą osławioną Nową Zelandię. Nie spieszy nam się, bo przecież planujemy tu trochę czasu zostać. Jak na razie zapuszczamy się tak max 1h drogi w teren i poznajemy Auckland, ale i tak jest tego tak dużo i nawet w pobliżu są takie niesamowite miejsca, że mamy co robić. Poza tym nasze codzienne życie tutaj jest mocno wakacyjne i wszystko jest na tyle nowe, że nasze potrzeby eksploracji nieznanego są całkowicie zaspokojone.
Pierwszą naszą krótką wycieczką był wypad do Devonport, na Mt Victoria. Można sobie stamtąd obejrzeć dokładnie panoramę Auckland ze Skytower, zatoką i łódeczkami. Jest też widok na Rangitoto i inne wysepki i można sobie łatwo umiejscowić swoje miejsce zamieszkania. Z Devonport można też popłynąć statkiem do city, na Waiheke island, na Rangitoto i w kilka innych miejsc. Na razie z tego nie skorzystaliśmy. Pogoda była piękna, na szczycie zielona trawka, prawie pusto, czyli dzień idealny. Tymonek pobiegał sobie, nauczył się chodzić pod górkę, pogonił trochę jakieś ptaszysko, wsunął bananka i pojechaliśmy do małego centrum Devonport. Jest tam plaża z parczkiem, kilka knajpek i kawiarni i wszystko wygląda jak kurort wakacyjny. Posiedzieliśmy na plaży z widoczkiem na city i tak nam się skończył pierwszy wypad.



Następnego dnia wybraliśmy się do największego parku krajobrazowego w okolicy – Waitakere Ranges. Hektary pagórków pochodzenia wulkanicznego, porośnięte najprawdziwszym lasem deszczowym. Egzotycznie i pięknie. Jest to tak naprawdę cały czas rejon Auckland. Ale jest to totalna dzicz i nie ma nic wspólnego z dużym miastem leżącym obok :) Idealne miejsce na jakiekolwiek krótkie wypady z miasta. Takich parków jest tu w okolicy 25, Waitakere jest największy, najbardziej znany i to w nim znajduje się kilka najbardziej charakterystycznych miejsc regionu, takich jak Piha, gdzie to właśnie pojechaliśmy. W Piha jest ogromna plaża z czarnym wulkanicznym piaskiem, który jest cały czas dla nas swego rodzaju atrakcją. Na plaży jest też ogromna skała Lion Rock, która nadaje charakter temu miejscu i powoduje większe fale i idealne warunki do surfowania. O tej porze roku nie było jednak żadnych surferów i w ogóle nie było ludzi. Cała kolosalna plaża tylko dla nas! Łaziliśmy cały dzień. Tymonek chyba jeszcze nigdy nie miał tyle przestrzeni do biegania, potaplał się też trochę w coraz bardziej podmywającej plażę wodzie (ale cały czas ostrożnie, nie podchodził jeszcze sam do fal). Było ciepło, niebo trochę zachmurzone (popołudniu się rozjaśniło), od wody wiał przyjemny wiatr. Mieliśmy naprawdę udany wycieczkowy dzień.



Kolejne dwa dni spędziliśmy na wizytach w centrum Auckland. Byliśmy w parku Auckland Domain na spacerku i kawie. Na terenie tego parku znajduje się Auckland Museum, w którym można obejrzeć bardzo ciekawy show maoryski. Samo muzeum jest podobno też bardzo ciekawe i bez problemu można tam iśc z takim maluchem jak nasz, bo są też tam atrakcje dla najmłodszych. Na razie jednak nie zwiedziliśmy tego muzeum, zostawiamy sobie je na gorszą pogodę. Podobnie z ogrodem zimowym, który też znajduje się w Domain. Wybraliśmy się też do innego parku – Cornwall Park, gdzie wspięliśmy się na sławne wzgórze One Tree Hill. Całe wzgórze jest wulkanem, z widocznymi wyraźnie kraterami i trawersami. Było to miejsce kultu dla Maorysów żyjących tu przed wiekami. Teraz na szczycie postawiony jest obelisk i właśnie … powinno też być pojedyncze drzewo, którego niestety nie znaleźliśmy. Na wikipedii wyczytaliśmy, że w 2000 r jakiś szalony Maorys wykonał zamach terrorystyczny piłą łańcuchową na to drzewo (które było tam zasadzone sztucznie przez kolonialistów i nie pochodziło nawet z NZ) i niestety nie udało się tego drzewa odratować (a próbowali) i zostało ścięte. Może posadzą tam nowe drzewo, ale tym razem już jakieś oryginalne, pochodzące stąd. Jak na razie jest to, jak niektórzy mówią (N)one Tree Hill.



W centrum Auckland zaliczyliśmy też już spacer po Viaduct Harbour i Waterfront. Trafiliśmy akurat na doroczną imprezę Wigs on the Waterfront. Było dużo przebierańców transwestytów, muzyka, można było potańczyć (Tymon skorzystał z okazji) i ogólnie miły festynowy nastrój.

A najpiękniejszym miejscem, do którego jak dotychczas dotarliśmy, jest Whatipu. 45 min drogi samochodem, część po krętej drodze bez nawierzchni przez rainforest. Szeroka plaża na cypelku, piękne wydmy porośnięte ciekawą roślinnością, skały w przedziwnych kształtach, przestrzeń, błękitne niebo, idealna temperatura … Cudowny dzień :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz