czwartek, 26 marca 2009

Pierwsze kroki w kiwi kraju

Po wylądowaniu czekała nas jeszcze odprawa celna. NZ ma bardzo restrykcyjną politykę dotyczącą tego, co tu można wwieźć. Ogólnie nie można wwozić jedzenia (owoców, warzyw, mięsa itp.), nasion, roślin, zwierząt itp. Związane jest to z tzw. biosecurity, które ma na celu ochronę ich naturalnego ekosystemu, który można bardzo łatwo zachwiać jakąś formą życia przywiezioną z zewnątrz. Już w samolocie wypełnialiśmy deklarację, w której musieliśmy zaznaczyć czy nie mamy ze sobą i w bagażu jakiegoś jedzenia, sprzętu turystycznego (namioty itp.), butów trekkingowych i czy nie byliśmy przypadkiem w ostatnich dniach w lesie. My zadeklarowaliśmy jedzenie Tymonkowe (wszystko zamknięte fabrycznie, żadnych owoców już nie mieliśmy) i buty trekkingowe.
Na lotnisku każda sztuka bagażu jest obwąchiwana przez miłego pieska (żaden tam owczarek tylko małych rozmiarów jamnikopodobne coś). Ten oto psiak jak tylko pojawiliśmy się na hali gdzie odbiera się bagaż doskoczył do nas i zaczął obwąchiwać bardzo dokładnie plecaczek z bagażu podręcznego. Pani "obsługująca" pieska podeszła szybko do mnie i zapytała co mamy z jedzenia w tym plecaku. Były tam 2 jogurty, biszkopty i zapakowana szynka z indyka. No i o tą szynkę się rozchodziło. Niestety żadnego mięsa nie można wwieźć, więc szyneczka musiała wylądować w koszu (wszystko podlega podobno jakiejś specjalnej utylizacji, żaden piesek niestety nie może sobie podjeść tych smakołyków). Poza tym wszystkie inne jedzenia, jakie mieliśmy, przeszły, powiedzieliśmy tylko, że mamy trochę zapakowanego fabrycznie babyfood i nikt o nic się nie dopytywał i nic nie sprawdzał (a słoiczki Tymonkowe też mają w sobie mięso).
Po odebraniu bagażu była kolej na rozmowę z immigration officer, który nas zapytał tylko, w jakim celu przylecieliśmy (turystycznym), jak długo chcemy zostać i czy mamy już jakiś adres. Powiedzieliśmy, że wynajęliśmy sobie dom w Forrest Hill, zdziwił się (albo raczej udawał zdziwienie) i zapytał jak się coś takiego robi. My mu na to, że jest masa takich ogłoszeń na Gumtree i tam sobie znaleźliśmy mieszkanie. Rozmowa była szybka i bezproblemowa i poszliśmy dalej wyznaczonym szlakiem do kontroli naszego głównego bagażu w związku z tymi butami. Musiałam otworzyć torbę i pokazać podeszwy butów. Wyjęłam tylko jedną parę, buty były dawno nieużywane, więc wszystko było ok. Kolejnej pary już nie pokazywałam, ale nikt o to nie prosił więc poszliśmy dalej. Jeszcze tylko przerzuciliśmy bagaż przez rentgen i byliśmy wolni :) Wszystko, łącznie z czekaniem na bagaż z samolotu trwało ok. 20 min, czyli tak naprawdę nie była to problemowa procedura.
Znaleźliśmy się na hali lotniska. Jest to międzynarodowe lotnisko obsługujące całkiem sporo lotów, ale muszę przyznać, że wygląda trochę zaściankowo. W Warszawie mamy większe i nowocześniejszy port lotniczy. Ale oczywiście w niczym to nie przeszkadza, że lotnisko jest małe, to chyba nawet zaleta, a wszystko co potrzebne tam jest. Tymon został przewinięty, Michał wypłacił pieniądze z bankomatu, żeby mieć trochę kiwi gotówki, zadzwonił z darmowego telefonu do wypożyczalni, w której mieliśmy zarezerwowane auto, że już jesteśmy i że mogą nas odebrać i wreszcie ruszyliśmy w stronę wyjścia z lotniska.
I tutaj pierwsze niesamowite wrażenie - jak tylko przekroczyliśmy drzwi uderzyło nas przyjemnie ciepłe i przyjemnie wilgotne niesamowicie PACHNĄCE! powietrze. To wrażenie zapachu było związane trochę z tym, że całe poprzednie 2 doby spędziliśmy w klimatyzowanych pomieszczeniach, ale tylko trochę. Powietrze o tej porze roku jest tutaj naprawdę orzeźwiające i naprawdę pachnie zielenią. No właśnie, drugie wrażenie, to bardzo zielony kolor zielony. Trawa, drzewa itd., których jest tu bardzo dużo są naprawdę soczyście zielone. W połączeniu z zapachem, błękitnym niebem i słońcem ma się wrażenie, że jest się prawie w raju :)
Pozdejmowaliśmy ciepłe ciuchy, Tymon zrzucił bluzę i skarpetki i załadowaliśmy się do busika z wypożyczalni, który podjechał po nas. Samochód wypożyczyliśmy bardzo szybko (mieliśmy rezerwację), nie było potrzebne międzynarodowe prawko, wystarczyło nasze polskie. Zamontowali nam fotelik dla Tymonka, wzięliśmy też GPS, żeby bez problemu dojechać na miejsce i ruszyliśmy. Tutaj wyrazy szacunku dla Michała - po tej długiej i męczącej podróży wsiadł do samochodu z kierownicą po prawej stronie i po prostu pojechał lewą stroną ulicy!. Gładziutko i bez żadnych przygód dowiózł nas pod próg naszego nowego domu. Dla tych co jeszcze nigdy nie próbowali jazdy po złej stronie drogi, mała rada - GPS bardzo pomaga i polecamy zawsze na początek. Ja miałam okazję troszeczkę popodziwiać już widoki, jechaliśmy przez most Auckland Harbour Bridge z piękną panoramą miasta, zaliczyłam też pierwszy rzut oka na tutejsze przedmieścia. Michał niestety nic nie widział poza jezdnią, a Tymonek zaliczył sobie małą drzemkę. No i zajechaliśmy pod dom.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz