czwartek, 26 marca 2009

Pierwsza doba - gdzieś pomiędzy strefami czasowymi

Mieszkanie mieliśmy już zarezerwowane. Wynajęliśmy mały domek w North Shore (północne wybrzeże, po drugiej stronie Harbour Bridge patrząc od ścisłego centrum), w dzielnicy Forrest Hill. Właściciel już na nas czekał kiedy zajechaliśmy. Fajny facet, mniej więcej w naszym wieku. Wynajmuje dom na 2,5 miesiąca, bo jego żona z dziećmi wyjeżdża do Dani do rodziny (jest Dunką), a on podczas jej nieobecności nie chce mieszkać sam i przeprowadza się do swojej rodziny (on jest tubylcem). Przekazał nam mieszkanie, pogadaliśmy chwilę i umówiliśmy się na za 3 dni na ostateczne podpisanie umowy, jak już będziemy pewni co do tego na jak długo chcemy wynająć (początkowo mieliśmy rezerwację tylko na miesiąc).
Domek jest super. Jest to tzw. 3-bedroom house, mamy salon z jadalnią (jest krzesełko do karmienia Tymona), w pełni wyposażoną kuchnię, sypialnię, pokój "komputerowy" i śliczny, malutki pokoik dziecięcy z łóżeczkiem, przewijakiem, komódką itp. No i oczywiście jest też łazienka. Wszystko na jednym poziomie. Poza tym mamy garaż i podwóreczko, gdzie Tymonek może sobie hasać do woli. Na podwórku jest huśtawka, basenik i masa zabawek. Ogólnie wszędzie jest masa super zabawek (owca na kółkach, klocki duplo, książeczki, samochodziki, misie ....) i synek cały czas sobie coś ciekawego wynajduje. Załączam kilka zdjęć domu.




Trafiło nam się rewelacyjnie, że wynajmujemy dom od rodziny z dziećmi. Jest po prostu wszystko, a nawet więcej. Płacimy tyle ile płaci się za wynajem w tej okolicy i mieszkamy od samego początku tak jak tutejsi. Wszystko załatwiliśmy przez internet, z zaliczką było odrobinę trudniej, bo z polskiego konta musiało to być przeliczane przez dolary australijskie, ale udało nam się wszystko umówić i przyjechaliśmy na gotowe.
Właściciel pojechał sobie, a my nie mogliśmy o niczym innym myśleć jak o prysznicu i położeniu się wreszcie na łóżku. Wszyscy się wykąpaliśmy i położyliśmy się razem. Okna pootwierane, zacienione roletami, na dworze około 22 st C, w domu przyjemna temperatura i masa dźwięków z zewnątrz (ptaki, świerszcze itp.). W takich warunkach było prawie jak byśmy zasypiali sobie w miłe popołudnie pod namiotem. Synek przez chwilę bardzo podekscytowany próbował naśladować ptaszki jakie słyszał za oknem, ale tak samo zmęczony jak my zasnął po kilku minutach. Było około 14:30 tutejszego czasu, ale dla nas to był środek nocy wg naszego, jeszcze nie przestawionego zegara.
Myślałam, że będzie to taka 3 godzinna drzemka i że sobie potem wstaniemy i zjemy jakąś miłą kolacyjkę (od śniadania w samolocie nie mieliśmy nic w ustach). A tutaj mała niespodzianka - kiedy się obudziliśmy na dworze było już ciemno. W domu nie mieliśmy totalnie nic do jedzenia poza jakimś jogurcikiem przemyconym z samolotu i kilkoma jabłkami zostawionymi na stole. Było już za późno, żeby szukać jakiegoś sklepu. Na szczęście mieliśmy zapasy dla synka, który zjadł jakąś szybką przekąskę. My byliśmy głodni, ale jeszcze bardziej to byliśmy zmęczeni, dlatego pokręciliśmy się chwilkę po domu, zadzwoniliśmy na Skype do jednych rodziców (internet mamy) i poszliśmy dalej spać. Potem obudziliśmy się znowu o 3 w nocy. Napiliśmy się trochę wody, Tymon znowu coś zjadł, zadzwoniliśmy do drugich rodziców (w Polsce był środek dnia) i musieliśmy jakoś przetrwać do rana. Nie był to problem, bo znowu się zdrzemnęliśmy (synek mocno zmęczony podróżą miał identyczny cykl jak my) i wstaliśmy całkiem wypoczęci około 7:30 rano.
Teraz to już musieliśmy coś zjeść. Na szczęście 200 m od domu jest mały kompleksik sklepów (powiedział nam o tym właściciel) z piekarnią, liquor store, fryzjerem, jakąś szkołą koreańską i małym sklepem z jakimiś figurkami i badziewiem. Michał skoczył więc po bułki (wrócił zachwycony zapachami i zielenią), a ja wyszukałam w domu jakiś dżemo-miód i herbatę i mieliśmy całkiem pyszne śniadanko. Czuliśmy się już całkiem normalnie i byliśmy przekonani, że już całkowicie przestawiliśmy się na nowy czas. Potem okazało się jednak, że całe przestawianie się zajmuje około 2-3 dób, a w naszym przypadku objawiało się ono głównie tym, że wieczorem już po ósmej padaliśmy jak muchy i szliśmy spać. Mogliśmy sobie jednak na to pozwolić, przecież nic nas nie goniło i nic nie musieliśmy ...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz