niedziela, 29 marca 2009

Nasza okolica - Forrest Hill, North Shore

Mieszkamy, z tego co się zdążyliśmy zorientować, w klasycznej dzielnicy w jakiej mieszka się w rejonie Auckland. W naszej okolicy mamy 3 zatoki z plażami i parczkami: Mairangi Bay, Castor Bay i Campbells Bay. Można iść na plażę na nogach, ale jest to spory spacer (ok. 40 min) i lepiej jechać samochodem. Tutaj w ogóle najlepiej poruszać się samochodem, wszędzie są duże parkingi, nie ma dużego ruchu i wszystko zorganizowane jest z założeniem, że jesteś samochodem. Oprócz plaż w zasięgu spacerowym mamy park Centennial z egzotyczną (jak dla nas) roślinnością, ogromne pole golfowe i boisko do rugby, czy krykieta. Teren jest pagórkowaty, co czuć w nogach już po krótkiej przechadzce z wózkiem, i jest bardzo zielono. Z faktu, że jesteśmy na górce możemy sobie podziwiać panoramę Auckland kilka kroków od domu. Z plaż widać wulkan Rangitoto, który jest już nieodłącznym tłem wielu naszych zdjęć.



Do city mamy około 15 min drogi samochodem, jeśli nie ma korków (na żadne jeszcze nie trafiliśmy). Okolica jest bardzo zadbana, jest czysto i ładnie. Domy są różne, ale nie widać tu żadnego przesadnego bogactwa, ani też i biedy. Z tego co na razie widzę, lepiej postawieni finansowo mają częściej murowane domy i mieszkają bliżej plaży, ale nie rzucają się w oczy jakieś szczególne różnice w statusie społecznym.
Chodząc po okolicy my czujemy się cały czas trochę jak w kurorcie wakacyjnym – roślinność, temperatura, bliskość morza, tempo życia itp. Zobaczymy jak długo będzie utrzymywało się to wrażenie, ale oby jak najdłużej. Popołudniami sporo ludzi tutaj chodzi na spacery (często z psami, bo w przeciwieństwie do Niemiec sporo ludzi ma tu psy), gra w piłkę, biega lub uprawia jakiś inny sport. No i oczywiście chodzi się na plażę posiedzieć, połazić, popływać kajakiem itd. No a kiedy ma się dziecko, to codzienna wizyta na plaży obowiązkowa :) No ale dobrze jest tak dać się maluchowi wyhasać, bo potem chętniej je, ładniej zasypia i w ogóle jest fajniejszy. Wszędzie są chodniki (co przecież nie jest takie oczywiste, kiedy zna się trochę USA lub UK), czyli na szczęście nie trzeba chodzić ulicą. Krawężniki są też w wielu miejscach pozaniżane i spacer z wózkiem jast bezproblemowy pod tym względem. Jedyną trudnością jest brak wyznaczonych przejść dla pieszych. Jeśli idzie się bardziej ruchliwą ulicą, to czasami jest bardzo trudno wbić się z wózkiem i przejść na drugą stronę. Jedyne miejsca, gdzie są przejścia, to w pobliżu szkół, przystanek autobusowy już nie ma takiego przywileju, a byłoby to całkiem przydatne. Nie wiem w czym problem porobić pasy na jezdni, ale widocznie oni nie widzą takiej potrzeby i wolą przebiegać sobie pomiędzy samochodami.
Sąsiadów jeszcze nie poznaliśmy. Nie ma tutaj raczej jakiejś zasady, że jak się wprowadzasz to przychodzą cię przywitać z ciastem, czy coś takiego. Domy są wybudowane gęsto (działki są chyba drogie) i mamy w najbliższym zasięgu 3 sąsiadów. Jedna pani już do nas raz zajrzała, aby poinformować nas, że zostawiliśmy zapalone światła w samochodzie. Zachowywała się jakby chciała zamienić kilka słów, ale Michał (to on otworzył drzwi) trochę ją zbył, bo byliśmy akurat przy kolacji. No ale miłe, że podeszła. Myślę, że przez te 2 miesiące poznamy ludzi dookoła.
Jest tutaj trochę jak w małym miasteczku. Mają tutaj swoje community center, w którym można urządzać wszelkie spotkania, wydają mała gazetkę, organizują różne festyny, zabawy itd. Miałam okazję już się z jedną taką inicjatywą zapoznać. Od właścicielki mieszkania (odwiedzili nas całą rodzinką, kiedy podpisywaliśmy umowę) dowiedziałam się o poniedziałkowych spotkaniach Music for Babys. Wybraliśmy się z Tymonkiem rozejrzeć się, co i jak. Spotyka się tam ponad 20 mam z dzieciakami (sporo osób ma więcej niż jedną pociechę). Dzieci biegają, bawią się ze sobą, są zabawy przy muzyce i jest całkiem miło. Mamy natomiast mają okazję spotkać się, pogadać, wypić kawę itp.



Jeszcze nikogo bliżej nie zapoznałam, ale jest to na pewno miejsce, gdzie można trochę zintegrować się z tutejszą społecznością. Takich różnych inicjatyw i spotkań jest więcej. Już mi zareklamowali środowe playgroup dla maluchów, i piątkowe Cafe. Ja wyczytałam jeszcze, że można też dołączyć w każdy wtorek do grupy mam (już bez dzieciaków) i razem zadbać o swoją kondycję (chodzenie, jogging). No i wszystko to jest bez opłat lub za mały dobrowolny datek (około $2). Miło. Myślę, że skorzystam z części tych zajęć.
W okolicy mamy też dwa małe ośrodki Plunket. Jest to specjalna, ogólnokrajowa organizacja zajmująca się młodymi rodzinami, zdrowiem i rozwojem małych dzieci itp. Mamy tutaj przychodnię, są pielęgniarki, położne, dietetyk itp. Nie wiem jeszcze na jakich zasadach to działa, ile i jak się płaci itp., ale ogólnie dobrze wiedzieć, że jakby coś z Tymonkiem się działo, to jest gdzie uderzać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz