wtorek, 31 marca 2009

Pierwsze wycieczki wokół Auckland

Jako, że jesteśmy jakby na wakacjach i mamy teraz czas (ja na urlopie, a Michał bezrobotny chwilowo) zwiedzamy sobie trochę tą osławioną Nową Zelandię. Nie spieszy nam się, bo przecież planujemy tu trochę czasu zostać. Jak na razie zapuszczamy się tak max 1h drogi w teren i poznajemy Auckland, ale i tak jest tego tak dużo i nawet w pobliżu są takie niesamowite miejsca, że mamy co robić. Poza tym nasze codzienne życie tutaj jest mocno wakacyjne i wszystko jest na tyle nowe, że nasze potrzeby eksploracji nieznanego są całkowicie zaspokojone.
Pierwszą naszą krótką wycieczką był wypad do Devonport, na Mt Victoria. Można sobie stamtąd obejrzeć dokładnie panoramę Auckland ze Skytower, zatoką i łódeczkami. Jest też widok na Rangitoto i inne wysepki i można sobie łatwo umiejscowić swoje miejsce zamieszkania. Z Devonport można też popłynąć statkiem do city, na Waiheke island, na Rangitoto i w kilka innych miejsc. Na razie z tego nie skorzystaliśmy. Pogoda była piękna, na szczycie zielona trawka, prawie pusto, czyli dzień idealny. Tymonek pobiegał sobie, nauczył się chodzić pod górkę, pogonił trochę jakieś ptaszysko, wsunął bananka i pojechaliśmy do małego centrum Devonport. Jest tam plaża z parczkiem, kilka knajpek i kawiarni i wszystko wygląda jak kurort wakacyjny. Posiedzieliśmy na plaży z widoczkiem na city i tak nam się skończył pierwszy wypad.



Następnego dnia wybraliśmy się do największego parku krajobrazowego w okolicy – Waitakere Ranges. Hektary pagórków pochodzenia wulkanicznego, porośnięte najprawdziwszym lasem deszczowym. Egzotycznie i pięknie. Jest to tak naprawdę cały czas rejon Auckland. Ale jest to totalna dzicz i nie ma nic wspólnego z dużym miastem leżącym obok :) Idealne miejsce na jakiekolwiek krótkie wypady z miasta. Takich parków jest tu w okolicy 25, Waitakere jest największy, najbardziej znany i to w nim znajduje się kilka najbardziej charakterystycznych miejsc regionu, takich jak Piha, gdzie to właśnie pojechaliśmy. W Piha jest ogromna plaża z czarnym wulkanicznym piaskiem, który jest cały czas dla nas swego rodzaju atrakcją. Na plaży jest też ogromna skała Lion Rock, która nadaje charakter temu miejscu i powoduje większe fale i idealne warunki do surfowania. O tej porze roku nie było jednak żadnych surferów i w ogóle nie było ludzi. Cała kolosalna plaża tylko dla nas! Łaziliśmy cały dzień. Tymonek chyba jeszcze nigdy nie miał tyle przestrzeni do biegania, potaplał się też trochę w coraz bardziej podmywającej plażę wodzie (ale cały czas ostrożnie, nie podchodził jeszcze sam do fal). Było ciepło, niebo trochę zachmurzone (popołudniu się rozjaśniło), od wody wiał przyjemny wiatr. Mieliśmy naprawdę udany wycieczkowy dzień.



Kolejne dwa dni spędziliśmy na wizytach w centrum Auckland. Byliśmy w parku Auckland Domain na spacerku i kawie. Na terenie tego parku znajduje się Auckland Museum, w którym można obejrzeć bardzo ciekawy show maoryski. Samo muzeum jest podobno też bardzo ciekawe i bez problemu można tam iśc z takim maluchem jak nasz, bo są też tam atrakcje dla najmłodszych. Na razie jednak nie zwiedziliśmy tego muzeum, zostawiamy sobie je na gorszą pogodę. Podobnie z ogrodem zimowym, który też znajduje się w Domain. Wybraliśmy się też do innego parku – Cornwall Park, gdzie wspięliśmy się na sławne wzgórze One Tree Hill. Całe wzgórze jest wulkanem, z widocznymi wyraźnie kraterami i trawersami. Było to miejsce kultu dla Maorysów żyjących tu przed wiekami. Teraz na szczycie postawiony jest obelisk i właśnie … powinno też być pojedyncze drzewo, którego niestety nie znaleźliśmy. Na wikipedii wyczytaliśmy, że w 2000 r jakiś szalony Maorys wykonał zamach terrorystyczny piłą łańcuchową na to drzewo (które było tam zasadzone sztucznie przez kolonialistów i nie pochodziło nawet z NZ) i niestety nie udało się tego drzewa odratować (a próbowali) i zostało ścięte. Może posadzą tam nowe drzewo, ale tym razem już jakieś oryginalne, pochodzące stąd. Jak na razie jest to, jak niektórzy mówią (N)one Tree Hill.



W centrum Auckland zaliczyliśmy też już spacer po Viaduct Harbour i Waterfront. Trafiliśmy akurat na doroczną imprezę Wigs on the Waterfront. Było dużo przebierańców transwestytów, muzyka, można było potańczyć (Tymon skorzystał z okazji) i ogólnie miły festynowy nastrój.

A najpiękniejszym miejscem, do którego jak dotychczas dotarliśmy, jest Whatipu. 45 min drogi samochodem, część po krętej drodze bez nawierzchni przez rainforest. Szeroka plaża na cypelku, piękne wydmy porośnięte ciekawą roślinnością, skały w przedziwnych kształtach, przestrzeń, błękitne niebo, idealna temperatura … Cudowny dzień :)

niedziela, 29 marca 2009

Nasza okolica - Forrest Hill, North Shore

Mieszkamy, z tego co się zdążyliśmy zorientować, w klasycznej dzielnicy w jakiej mieszka się w rejonie Auckland. W naszej okolicy mamy 3 zatoki z plażami i parczkami: Mairangi Bay, Castor Bay i Campbells Bay. Można iść na plażę na nogach, ale jest to spory spacer (ok. 40 min) i lepiej jechać samochodem. Tutaj w ogóle najlepiej poruszać się samochodem, wszędzie są duże parkingi, nie ma dużego ruchu i wszystko zorganizowane jest z założeniem, że jesteś samochodem. Oprócz plaż w zasięgu spacerowym mamy park Centennial z egzotyczną (jak dla nas) roślinnością, ogromne pole golfowe i boisko do rugby, czy krykieta. Teren jest pagórkowaty, co czuć w nogach już po krótkiej przechadzce z wózkiem, i jest bardzo zielono. Z faktu, że jesteśmy na górce możemy sobie podziwiać panoramę Auckland kilka kroków od domu. Z plaż widać wulkan Rangitoto, który jest już nieodłącznym tłem wielu naszych zdjęć.



Do city mamy około 15 min drogi samochodem, jeśli nie ma korków (na żadne jeszcze nie trafiliśmy). Okolica jest bardzo zadbana, jest czysto i ładnie. Domy są różne, ale nie widać tu żadnego przesadnego bogactwa, ani też i biedy. Z tego co na razie widzę, lepiej postawieni finansowo mają częściej murowane domy i mieszkają bliżej plaży, ale nie rzucają się w oczy jakieś szczególne różnice w statusie społecznym.
Chodząc po okolicy my czujemy się cały czas trochę jak w kurorcie wakacyjnym – roślinność, temperatura, bliskość morza, tempo życia itp. Zobaczymy jak długo będzie utrzymywało się to wrażenie, ale oby jak najdłużej. Popołudniami sporo ludzi tutaj chodzi na spacery (często z psami, bo w przeciwieństwie do Niemiec sporo ludzi ma tu psy), gra w piłkę, biega lub uprawia jakiś inny sport. No i oczywiście chodzi się na plażę posiedzieć, połazić, popływać kajakiem itd. No a kiedy ma się dziecko, to codzienna wizyta na plaży obowiązkowa :) No ale dobrze jest tak dać się maluchowi wyhasać, bo potem chętniej je, ładniej zasypia i w ogóle jest fajniejszy. Wszędzie są chodniki (co przecież nie jest takie oczywiste, kiedy zna się trochę USA lub UK), czyli na szczęście nie trzeba chodzić ulicą. Krawężniki są też w wielu miejscach pozaniżane i spacer z wózkiem jast bezproblemowy pod tym względem. Jedyną trudnością jest brak wyznaczonych przejść dla pieszych. Jeśli idzie się bardziej ruchliwą ulicą, to czasami jest bardzo trudno wbić się z wózkiem i przejść na drugą stronę. Jedyne miejsca, gdzie są przejścia, to w pobliżu szkół, przystanek autobusowy już nie ma takiego przywileju, a byłoby to całkiem przydatne. Nie wiem w czym problem porobić pasy na jezdni, ale widocznie oni nie widzą takiej potrzeby i wolą przebiegać sobie pomiędzy samochodami.
Sąsiadów jeszcze nie poznaliśmy. Nie ma tutaj raczej jakiejś zasady, że jak się wprowadzasz to przychodzą cię przywitać z ciastem, czy coś takiego. Domy są wybudowane gęsto (działki są chyba drogie) i mamy w najbliższym zasięgu 3 sąsiadów. Jedna pani już do nas raz zajrzała, aby poinformować nas, że zostawiliśmy zapalone światła w samochodzie. Zachowywała się jakby chciała zamienić kilka słów, ale Michał (to on otworzył drzwi) trochę ją zbył, bo byliśmy akurat przy kolacji. No ale miłe, że podeszła. Myślę, że przez te 2 miesiące poznamy ludzi dookoła.
Jest tutaj trochę jak w małym miasteczku. Mają tutaj swoje community center, w którym można urządzać wszelkie spotkania, wydają mała gazetkę, organizują różne festyny, zabawy itd. Miałam okazję już się z jedną taką inicjatywą zapoznać. Od właścicielki mieszkania (odwiedzili nas całą rodzinką, kiedy podpisywaliśmy umowę) dowiedziałam się o poniedziałkowych spotkaniach Music for Babys. Wybraliśmy się z Tymonkiem rozejrzeć się, co i jak. Spotyka się tam ponad 20 mam z dzieciakami (sporo osób ma więcej niż jedną pociechę). Dzieci biegają, bawią się ze sobą, są zabawy przy muzyce i jest całkiem miło. Mamy natomiast mają okazję spotkać się, pogadać, wypić kawę itp.



Jeszcze nikogo bliżej nie zapoznałam, ale jest to na pewno miejsce, gdzie można trochę zintegrować się z tutejszą społecznością. Takich różnych inicjatyw i spotkań jest więcej. Już mi zareklamowali środowe playgroup dla maluchów, i piątkowe Cafe. Ja wyczytałam jeszcze, że można też dołączyć w każdy wtorek do grupy mam (już bez dzieciaków) i razem zadbać o swoją kondycję (chodzenie, jogging). No i wszystko to jest bez opłat lub za mały dobrowolny datek (około $2). Miło. Myślę, że skorzystam z części tych zajęć.
W okolicy mamy też dwa małe ośrodki Plunket. Jest to specjalna, ogólnokrajowa organizacja zajmująca się młodymi rodzinami, zdrowiem i rozwojem małych dzieci itp. Mamy tutaj przychodnię, są pielęgniarki, położne, dietetyk itp. Nie wiem jeszcze na jakich zasadach to działa, ile i jak się płaci itp., ale ogólnie dobrze wiedzieć, że jakby coś z Tymonkiem się działo, to jest gdzie uderzać.

sobota, 28 marca 2009

Zakupy

Naszą pierwszą wyprawą w okolicę był wypad na zakupy. Mamy małe centrum handlowe ze wszystkimi potrzebnymi sklepami całkiem blisko domu, 3 min jazdy samochodem, spacer około 20 min. Zrobiliśmy pierwsze podstawowe zakupy (jedzenie, pieluchy) i wyszliśmy trochę oszołomieni – rachunek okazał się być całkiem wysoki. Ceny są tutaj trochę wyższe niż się spodziewaliśmy. Najdrożej w porównaniu do Europy wychodzą warzywa i owoce (szczególnie te pochodzące z NZ, wygląda na to, że siła robocza jest tu droga i nawet produkty rolnicze wychodzą taniej przywiezione z Chin) i ogólnie jedzenie jest droższe. Inne rzeczy (kosmetyki, akcesoria do dziecka itp.) nie wychodzą drożej. Obok supermarketu jest sklep z różnym badziewiem chińskim, prowadzony przez Chińczyka i tam można kupić wszystko i nic (ja dorobiłam się klapek i kapelusza) za naprawdę niskie pieniądze. Już na następny dzień nauczyliśmy się, że warzywa i owoce trzeba kupować nie w supermarkecie, ale w warzywniakach – Fruits & Vegs – gdzie ceny są o połowę niższe. Sklepy te, jak wszystkie małe biznesy, prowadzone są zazwyczaj przez jakichś Azjatów lub Hindusów i ogólnie przekonaliśmy się, że warto zaglądać i robić zakupy we wszelkich sklepikach imigrantów – jest taniej.
Co nas bardzo ucieszyło, to to, że handluje się tutaj 7 dni w tygodniu i do 22:00 nie ma raczej problemów ze zrobieniem zakupów spożywczych. W porównaniu do Niemiec, gdzie w sobotę trzeba było zaplanować duże zakupy łącznie z pieczywem i produktami na obiad niedzielny, jest to miła odmiana :)
Odwiedziliśmy też już największe centrum handlowe, które jest teraz rozbudowywane i ma być podobno największym mallem na południowej półkuli. Ogólnie dużo rzeczy w NZ jest reklamowanych jako naj na całej południowej półkuli. No ale jak się zastanowić, to nie jest to aż tak trudne być naj, kiedy jednak większość świata i cywilizacji jest na północnej półkuli. Byliśmy w sklepie z butami i kupiliśmy za grosze (5 tutejszych $) super sandałki dla synka. Jest chyba tak jak w USA – ciuchy, buty itp. są tanie jak barszcz.
Zaopatrzyliśmy się już też w drobne gadżety takie jak GPS (pierwsze dni mieliśmy z wypożyczalni, ale to było przepłacanie), czy router bezprzewodowy (jesteśmy już tacy wygodniccy, że siedzenie w specjalnym pokoju z internetem bardzo nam przeszkadzało i musimy mieć bezprzewodowy internet w całym domu). Takie zakupy robimy przez internet na tutejszym serwisie aukcyjnym TradeMe. Nie ma tutaj całkowicie ebaya, nie przyjął się, bo mają swój serwis (trochę jak nasze Allegro). Wszystko kupujemy z odbiorem osobistym, bo przecież większość aukcji jest z Auckland. I tutaj napotyka człowiek ciekawą przeszkodę, mianowicie kiedy już coś kupisz, musisz mieć kontakt do sprzedawcy i adres, pod jakim możesz odebrać swój zakup. Piszesz więc maila do sprzedawcy, żeby ci ten adres podał, ale nie, dostajesz tylko odpowiedź z nr telefonu, albo proszą ciebie o podanie twojego telefonu (najlepiej stacjonarny), żeby mogli oni zadzwonić. Panuje tutaj dziwna reguła, że nie podaje się swojego adresu przez internet. Dopiero jak ktoś usłyszy twój głos to niby ma więcej zaufania. Głupota, ale tak to działa. Ogólnie żeby cokolwiek załatwić, gdziekolwiek zarejestrować się w sieci itp., trzeba podać zawsze nr telefonu. I komórka nie wchodzi w grę. Czyli jak człowiek nie ma nr telefonu stacjonarnego, to nie istnieje tutaj. Poza tym wszystko załatwia się bez problemu, adres nie jest ważny, nie ma żadnych zameldowań, zbędnej dokumentacji itd. Tylko ten telefon … No cóż, co kraj to obyczaj.
Aha, zapomniałabym, staliśmy się już dumnymi posiadaczami samochodu (wypożyczanie było ekstremalnie nieopłacalne w porównaniu do tutejszych cen samochodów), ale o tym jak go kupiliśmy napiszę gdzieś później.

czwartek, 26 marca 2009

Pierwsza doba - gdzieś pomiędzy strefami czasowymi

Mieszkanie mieliśmy już zarezerwowane. Wynajęliśmy mały domek w North Shore (północne wybrzeże, po drugiej stronie Harbour Bridge patrząc od ścisłego centrum), w dzielnicy Forrest Hill. Właściciel już na nas czekał kiedy zajechaliśmy. Fajny facet, mniej więcej w naszym wieku. Wynajmuje dom na 2,5 miesiąca, bo jego żona z dziećmi wyjeżdża do Dani do rodziny (jest Dunką), a on podczas jej nieobecności nie chce mieszkać sam i przeprowadza się do swojej rodziny (on jest tubylcem). Przekazał nam mieszkanie, pogadaliśmy chwilę i umówiliśmy się na za 3 dni na ostateczne podpisanie umowy, jak już będziemy pewni co do tego na jak długo chcemy wynająć (początkowo mieliśmy rezerwację tylko na miesiąc).
Domek jest super. Jest to tzw. 3-bedroom house, mamy salon z jadalnią (jest krzesełko do karmienia Tymona), w pełni wyposażoną kuchnię, sypialnię, pokój "komputerowy" i śliczny, malutki pokoik dziecięcy z łóżeczkiem, przewijakiem, komódką itp. No i oczywiście jest też łazienka. Wszystko na jednym poziomie. Poza tym mamy garaż i podwóreczko, gdzie Tymonek może sobie hasać do woli. Na podwórku jest huśtawka, basenik i masa zabawek. Ogólnie wszędzie jest masa super zabawek (owca na kółkach, klocki duplo, książeczki, samochodziki, misie ....) i synek cały czas sobie coś ciekawego wynajduje. Załączam kilka zdjęć domu.




Trafiło nam się rewelacyjnie, że wynajmujemy dom od rodziny z dziećmi. Jest po prostu wszystko, a nawet więcej. Płacimy tyle ile płaci się za wynajem w tej okolicy i mieszkamy od samego początku tak jak tutejsi. Wszystko załatwiliśmy przez internet, z zaliczką było odrobinę trudniej, bo z polskiego konta musiało to być przeliczane przez dolary australijskie, ale udało nam się wszystko umówić i przyjechaliśmy na gotowe.
Właściciel pojechał sobie, a my nie mogliśmy o niczym innym myśleć jak o prysznicu i położeniu się wreszcie na łóżku. Wszyscy się wykąpaliśmy i położyliśmy się razem. Okna pootwierane, zacienione roletami, na dworze około 22 st C, w domu przyjemna temperatura i masa dźwięków z zewnątrz (ptaki, świerszcze itp.). W takich warunkach było prawie jak byśmy zasypiali sobie w miłe popołudnie pod namiotem. Synek przez chwilę bardzo podekscytowany próbował naśladować ptaszki jakie słyszał za oknem, ale tak samo zmęczony jak my zasnął po kilku minutach. Było około 14:30 tutejszego czasu, ale dla nas to był środek nocy wg naszego, jeszcze nie przestawionego zegara.
Myślałam, że będzie to taka 3 godzinna drzemka i że sobie potem wstaniemy i zjemy jakąś miłą kolacyjkę (od śniadania w samolocie nie mieliśmy nic w ustach). A tutaj mała niespodzianka - kiedy się obudziliśmy na dworze było już ciemno. W domu nie mieliśmy totalnie nic do jedzenia poza jakimś jogurcikiem przemyconym z samolotu i kilkoma jabłkami zostawionymi na stole. Było już za późno, żeby szukać jakiegoś sklepu. Na szczęście mieliśmy zapasy dla synka, który zjadł jakąś szybką przekąskę. My byliśmy głodni, ale jeszcze bardziej to byliśmy zmęczeni, dlatego pokręciliśmy się chwilkę po domu, zadzwoniliśmy na Skype do jednych rodziców (internet mamy) i poszliśmy dalej spać. Potem obudziliśmy się znowu o 3 w nocy. Napiliśmy się trochę wody, Tymon znowu coś zjadł, zadzwoniliśmy do drugich rodziców (w Polsce był środek dnia) i musieliśmy jakoś przetrwać do rana. Nie był to problem, bo znowu się zdrzemnęliśmy (synek mocno zmęczony podróżą miał identyczny cykl jak my) i wstaliśmy całkiem wypoczęci około 7:30 rano.
Teraz to już musieliśmy coś zjeść. Na szczęście 200 m od domu jest mały kompleksik sklepów (powiedział nam o tym właściciel) z piekarnią, liquor store, fryzjerem, jakąś szkołą koreańską i małym sklepem z jakimiś figurkami i badziewiem. Michał skoczył więc po bułki (wrócił zachwycony zapachami i zielenią), a ja wyszukałam w domu jakiś dżemo-miód i herbatę i mieliśmy całkiem pyszne śniadanko. Czuliśmy się już całkiem normalnie i byliśmy przekonani, że już całkowicie przestawiliśmy się na nowy czas. Potem okazało się jednak, że całe przestawianie się zajmuje około 2-3 dób, a w naszym przypadku objawiało się ono głównie tym, że wieczorem już po ósmej padaliśmy jak muchy i szliśmy spać. Mogliśmy sobie jednak na to pozwolić, przecież nic nas nie goniło i nic nie musieliśmy ...

Pierwsze kroki w kiwi kraju

Po wylądowaniu czekała nas jeszcze odprawa celna. NZ ma bardzo restrykcyjną politykę dotyczącą tego, co tu można wwieźć. Ogólnie nie można wwozić jedzenia (owoców, warzyw, mięsa itp.), nasion, roślin, zwierząt itp. Związane jest to z tzw. biosecurity, które ma na celu ochronę ich naturalnego ekosystemu, który można bardzo łatwo zachwiać jakąś formą życia przywiezioną z zewnątrz. Już w samolocie wypełnialiśmy deklarację, w której musieliśmy zaznaczyć czy nie mamy ze sobą i w bagażu jakiegoś jedzenia, sprzętu turystycznego (namioty itp.), butów trekkingowych i czy nie byliśmy przypadkiem w ostatnich dniach w lesie. My zadeklarowaliśmy jedzenie Tymonkowe (wszystko zamknięte fabrycznie, żadnych owoców już nie mieliśmy) i buty trekkingowe.
Na lotnisku każda sztuka bagażu jest obwąchiwana przez miłego pieska (żaden tam owczarek tylko małych rozmiarów jamnikopodobne coś). Ten oto psiak jak tylko pojawiliśmy się na hali gdzie odbiera się bagaż doskoczył do nas i zaczął obwąchiwać bardzo dokładnie plecaczek z bagażu podręcznego. Pani "obsługująca" pieska podeszła szybko do mnie i zapytała co mamy z jedzenia w tym plecaku. Były tam 2 jogurty, biszkopty i zapakowana szynka z indyka. No i o tą szynkę się rozchodziło. Niestety żadnego mięsa nie można wwieźć, więc szyneczka musiała wylądować w koszu (wszystko podlega podobno jakiejś specjalnej utylizacji, żaden piesek niestety nie może sobie podjeść tych smakołyków). Poza tym wszystkie inne jedzenia, jakie mieliśmy, przeszły, powiedzieliśmy tylko, że mamy trochę zapakowanego fabrycznie babyfood i nikt o nic się nie dopytywał i nic nie sprawdzał (a słoiczki Tymonkowe też mają w sobie mięso).
Po odebraniu bagażu była kolej na rozmowę z immigration officer, który nas zapytał tylko, w jakim celu przylecieliśmy (turystycznym), jak długo chcemy zostać i czy mamy już jakiś adres. Powiedzieliśmy, że wynajęliśmy sobie dom w Forrest Hill, zdziwił się (albo raczej udawał zdziwienie) i zapytał jak się coś takiego robi. My mu na to, że jest masa takich ogłoszeń na Gumtree i tam sobie znaleźliśmy mieszkanie. Rozmowa była szybka i bezproblemowa i poszliśmy dalej wyznaczonym szlakiem do kontroli naszego głównego bagażu w związku z tymi butami. Musiałam otworzyć torbę i pokazać podeszwy butów. Wyjęłam tylko jedną parę, buty były dawno nieużywane, więc wszystko było ok. Kolejnej pary już nie pokazywałam, ale nikt o to nie prosił więc poszliśmy dalej. Jeszcze tylko przerzuciliśmy bagaż przez rentgen i byliśmy wolni :) Wszystko, łącznie z czekaniem na bagaż z samolotu trwało ok. 20 min, czyli tak naprawdę nie była to problemowa procedura.
Znaleźliśmy się na hali lotniska. Jest to międzynarodowe lotnisko obsługujące całkiem sporo lotów, ale muszę przyznać, że wygląda trochę zaściankowo. W Warszawie mamy większe i nowocześniejszy port lotniczy. Ale oczywiście w niczym to nie przeszkadza, że lotnisko jest małe, to chyba nawet zaleta, a wszystko co potrzebne tam jest. Tymon został przewinięty, Michał wypłacił pieniądze z bankomatu, żeby mieć trochę kiwi gotówki, zadzwonił z darmowego telefonu do wypożyczalni, w której mieliśmy zarezerwowane auto, że już jesteśmy i że mogą nas odebrać i wreszcie ruszyliśmy w stronę wyjścia z lotniska.
I tutaj pierwsze niesamowite wrażenie - jak tylko przekroczyliśmy drzwi uderzyło nas przyjemnie ciepłe i przyjemnie wilgotne niesamowicie PACHNĄCE! powietrze. To wrażenie zapachu było związane trochę z tym, że całe poprzednie 2 doby spędziliśmy w klimatyzowanych pomieszczeniach, ale tylko trochę. Powietrze o tej porze roku jest tutaj naprawdę orzeźwiające i naprawdę pachnie zielenią. No właśnie, drugie wrażenie, to bardzo zielony kolor zielony. Trawa, drzewa itd., których jest tu bardzo dużo są naprawdę soczyście zielone. W połączeniu z zapachem, błękitnym niebem i słońcem ma się wrażenie, że jest się prawie w raju :)
Pozdejmowaliśmy ciepłe ciuchy, Tymon zrzucił bluzę i skarpetki i załadowaliśmy się do busika z wypożyczalni, który podjechał po nas. Samochód wypożyczyliśmy bardzo szybko (mieliśmy rezerwację), nie było potrzebne międzynarodowe prawko, wystarczyło nasze polskie. Zamontowali nam fotelik dla Tymonka, wzięliśmy też GPS, żeby bez problemu dojechać na miejsce i ruszyliśmy. Tutaj wyrazy szacunku dla Michała - po tej długiej i męczącej podróży wsiadł do samochodu z kierownicą po prawej stronie i po prostu pojechał lewą stroną ulicy!. Gładziutko i bez żadnych przygód dowiózł nas pod próg naszego nowego domu. Dla tych co jeszcze nigdy nie próbowali jazdy po złej stronie drogi, mała rada - GPS bardzo pomaga i polecamy zawsze na początek. Ja miałam okazję troszeczkę popodziwiać już widoki, jechaliśmy przez most Auckland Harbour Bridge z piękną panoramą miasta, zaliczyłam też pierwszy rzut oka na tutejsze przedmieścia. Michał niestety nic nie widział poza jezdnią, a Tymonek zaliczył sobie małą drzemkę. No i zajechaliśmy pod dom.

Podróż

Podróż jakoś przeżyliśmy. Teraz wrażenia już się trochę zatarły, jesteśmy już po jet-lag i funkcjonujemy już całkowicie normalnie na tych antypodach. Cała nasza podróż trwała 40h. Długo, ale okazuje się, że da się to zrobić nawet z dzieckiem.
Tak naprawdę to dziecko jest po części ułatwieniem w takiej podróży, ponieważ wszędzie ma się pierwszeństwo, nie czeka się w żadnych kolejkach, wchodzi się do samolotu wejściem business class itp. Lecąc z dzieckiem rezerwuje się miejsca w pierwszych rzędach, gdzie jest więcej miejsca na nogi i na ściance można zawiesić takie specjalne łóżeczko (basinet). My na wszystkich odcinkach podróży mieliśmy cały rząd siedzeń dla siebie i wokół nas (po bokach i za nami) nikogo nie było. Czyli mieliśmy spory kawałek przestrzeni tylko dla siebie. Wygląda na to, że specjalnie nie sadzają innych za blisko dziecka żeby nie musieli znosić ewentualnych płaczów, krzyków itp. Biorąc pod uwagę, że za infant dopłaca się tylko 10% cały interes się bardzo opłaca.
Tymon w samolocie zachowywał się całkiem normalnie, a pod koniec lotu to chyba czuł się totalnie jak u siebie w domu. Spał na siedzeniach, trochę w tym basinet no i u nas na rękach. Zabawek mu nie brakowało - tyle guziczków, pasów, śrubek itp. to chyba jeszcze nigdy nie miał w zasięgu. W samolocie jest też do woli kocyków, poduszek, małych naczynek, buteleczek itp. Dodatkowo dostał od bardzo ładnej pani stewardesy azjatyckiej urody książeczkę z naklejkami takimi co można wiele razy naklejać i odklejać (super rzecz) i ogólnie ani jedna zabawka, które wzięliśmy ze sobą w podróż nawet nie została wyjęta. Najtrudniejsze momenty z maluchem to chyba start i lądowanie i to nie z powodu konieczności przełykania i wyrównywania ciśnienia, ale dlatego, że przez spory czas (30-45 min) trzeba siedzieć w miejscu i być zapiętym w pasy. Jakoś udawało się synka przytrzymać, ale wolałby oczywiście chodzić sobie.
Niektórzy współpasażerowie nie zauważyli chyba nawet, że leci z nimi taki maluch. Tymon dał tylko raz o sobie znać krótkim płaczem na trasie Londyn-Seul, kiedy obudził go wyżynający się ząbek (akurat teraz idzie mu kilka nowych ząbków). Poza tym bawił się sobie grzecznie, jadł, spał i funkcjonował sobie normalnie. Miał też możliwość wybiegania się do woli po terminalach. W Londynie zrobił chyba z 2-3 km biegając tam i z powrotem na trasie do bramek. W Seulu też zaliczył niezły maraton po terminalu. Dzięki temu długodystansowemu bieganiu przez część tych 12-godzinnych lotów synek po prostu spał :).



Dla nas podróż z Tymonem była męcząca i długo się ciągnąca głównie dlatego, że podróżując z dzieckiem człowiek nie może zdrzemnąć się kiedy ma ochotę, tylko musi mieć oko na mocno aktywnego szkraba, nie może obejrzeć sobie filmu (a były całkiem fajne nowości kinowe w programie), czy też sobie poczytać. No ale przecież jak się chce to wszystko jest możliwe do zrobienia :) Jeżeli chodzi o wózek, to oddaje się go przy wejściu do samolotu, pięknie go pakowali w folię, żeby czasami się nie uszkodził czy pobrudził. Podczas przesiadki w Seulu dostaliśmy go i mogliśmy używać go na terminalu, a potem znowu oddaliśmy przy wejściu do samolotu i szczęśliwie zaleciał z nami do Auckland.
Korean Air ogólnie polecamy, jedzonko w porcelanowych miseczkach, można popróbować azjatyckich specjałów, a stewardesy wyglądają naprawdę jak wyselekcjonowane najładniejsze koreańskie dziewczyny, młodziutkie, szczuplutkie, uśmiechnięte i bardzo pomocne. Warto spróbować :)

Nowy blog z NZ

No to jesteśmy od ponad tygodnia w NZ.

Zakładam nowego bloga, żeby jakoś wydzielić pobyt na drugiej półkuli. Plan jest taki żeby ten blog opisywał nasze wrażenia z NZ głównie pod kątem przyjazdu i pobytu tu z Tymonkiem.
Jak na razie jedno ogólne wrażenie: JEST SUPER!!!