niedziela, 13 grudnia 2009

South Island

Coś ten drugi maluch, który nam się szykuje do przyjścia na świat mocno wpłynął na moją płodność „literacką” :) Nie mam specjalnie weny i jakoś nie chce mi się za często uzupełniać wpisów na blogu. Ogólnie odrzuca mnie też od komputera, a na siłę przecież nic się nie da. Wybaczcie mi to lenistwo, winę zrzucam na Braciszka.
Tak, już od kilku dobrych tygodni wiadomo, będzie drugi chłopak! Wygląda na to, że będę sama na babskim froncie w naszej małej rodzinie i jeśli kolejny synek tak mocno wda się w Tatę (Tymon to dokładna kopia Tatusia w masie cech i zachowań i cały czas zauważam nowe), to będę na trochę przegranej pozycji :) Nie mamy jeszcze kompletnie pomysłu na imię. Jak na razie nowy synek funkcjonuje w naszych rozmowach jako Braciszek lub raczej Ciszek, jak to wymawia Tymon. Dobrze, że mamy trochę czasu na myślenie, teraz pomału powstaje krótka lista.

Urlopowaliśmy sobie ostatnio na South Island. Generalnie wyjazd bardzo udany, ale trochę nam nie dopisała pogoda. Mieliśmy tylko tydzień (no prawie 9 dni, bo z 2 weekendami). Jak na tyle niesamowitych miejsc do zwiedzenia jest to raczej mało, ale trochę południowo nowozelandzkich klimatów ”liznęliśmy”. Widoczki piękne wszędzie były, chociaż w pierwszej części naszego wyjazdu często przesłonięte przez szare chmury :( Nic tylko jechać jeszcze raz, wiemy, że jest co oglądać. Tak dla zdania relacji i po to żeby samemu mieć pamiątkę opiszę jak wyglądała nasza trasa i co robiliśmy. Tak więc:

Dzień 1- sobota: wylot bardzo wcześnie rano z Auckland, na lotnisko pojechaliśmy naszym gruchotem Subaru i zostawiliśmy go na parkingu (super rozwiązanie, tanio, wszystko dobrze zorganizowane, dowożą i odbierają z lotniska itp.), lot Air NZ bardzo fajny, bo nawet dają przekąskę. W Cristchurch zastał nas deszcz i temperatura co najmniej 8st niższa niż w Auckland. Odebraliśmy samochód z wypożyczalni (jak się ma tylko tydzień i chce się odwiedzić kilka miejsc, to samochód jest musowy) i w tym chłodzie i deszczu zaliczyliśmy pierwszy rzut oka na Cristchurch (chociaż niewiele było widać). Potem wycieczka na piękny półwysep Akaora, pochmurnie, więc widoki ograniczone. Dzień leniwy, ale w efekcie bardzo fajny. Nocleg w hostelu w Cristchurch.



Dzień 2 – niedziela: poranny spacer po Cristchurch i wyjazd na zachodnie wybrzeże (Westland). Trasa przez północną część Alp, Arthur’s Pass. Wokół wysokie góry, ale trasa całkiem przyjemna (nie przesadnie kręta) i widokowa. Na jednym z postojów udało nam się spotkać papugę Kea, charakterystyczny ptak południowej wyspy, duży, zielonawo-brązowy z pięknymi czerwonymi skrzydłami, ale tylko od spodniej, niewidocznej gdy nie leci strony. Po południu zajeżdżamy do krainy lodowców. Nocujemy we Franz Josef w klimatycznym backpackersie ze starymi zdjęciami lodowców i wypraw na nie, małym spa w postaci dużej wanny z bąbelkami dostępnej dla wszystkich i codziennie serwowaną za darmo gorącą zupą. Wieczorem moczymy się w Glacier Hot Pools otoczeni piękną roślinnością lasów deszczowych i nieustającym nawet w deszczu śpiewem ptaków. Wyjście do knajpy na jedzenie i miłe zaskoczenie – rewelacyjne dania, knajpa, która wchodzi na listę moich miejsc gdzie jeszcze chciałabym wrócić na jakąś kolację kiedyś.

Dzień 3 – poniedziałek: pospaliśmy sobie porządnie po tych kąpielach i obżarstwie. Rano deszczowo, nie spieszymy się z wyjściem. Jednak pomimo chmur trzeba rozciągnąć kości po tym długim siedzeniu w samochodzie w poprzednie dni, wybieramy się więc na wycieczkę pod Franz Josef Glacier i potem pod Fox Glacier. To co jest bardzo popularne w tym rejonie (ogólnie na całej płd. wyspie), to loty helikopterem na lodowiec. Można też zaliczyć sobie combo połaczone z Mt Cook, czy też z lotem nad fiordami. Ofert co nie miara, my jednak poprzestaliśmy na łażeniu, chociaż na koniec wyjazdu stwierdziłam, że może i warto byłoby kiedyś pooglądać sobie to wszystko z innej perspektywy, góry z lotu ptaka, czy fiordy, to musi być niesamowite wrażenie. Następnym razem :) Lodowce Franz Josef i Fox to najbardziej dostępne na świecie lodowce, każdy tam może dojść pokonując krótką trasę po morenach (kamienie, kamienie i jeszcze raz kamienie). Charakterystyczne i jedyne w swoim rodzaju dla tych lodowców jest to, że nie znajdują się one wysoko w górach i są otoczone lasem deszczowym. Są to bardzo surowe, kamieniste miejsca, czoło lodowca w obu przypadkach jest całkiem aktywne i może przesunąć się o kilka metrów w ciągu kilku lat, a jednak niedaleko nich śpiewają ptaki, rosną wielkie paprocie itp. Dzień bardzo ciekawy.



Dzień 4 – wtorek: opuszczamy Westland i jedziemy w Alpy nad jeziora Wanaka i Hawea. W okolicach południa udaje nam się uciec przed chmurami i do końca dnia mamy niebieskie niebo i jest ciepło. Zaliczamy spacer po miejscowości Wanaka i po zameldowaniu się w hostelu ruszamy na 2 godzinną wycieczkę na pobliską Mt Iron. Żadne to ekstremalne chodzenie po górach, ale trochę wspinania było i widoki były i jak dla mnie to tak właśnie ma być na wakacjach :



Dzień 5 – środa: znów w chmurach opuszczamy Wanaka i jedziemy w stronę Mt Cook i niesamowicie błękitnych jezior Pukaki i Tekapo. Pomimo deszczu nastrój początkowo dopisuje, bo przecież za 300 km pogoda może być całkowicie inna i nie powinno padać. No ale niestety pada. Dojechaliśmy do jeziora Pukaki, w deszczu rzuciliśmy okiem na błękitną wodę bez widoku na ośnieżone szczyty Mt Cook (w punkcie info wisiało tylko piękne zdjęcie z podpisem, że tak to wygląda w ładną pogodę) i zdecydowaliśmy, że wracamy na południe w stronę Queenstown (tam wg prognozy miało być słońce). Tak więc spędziliśmy cały dzień w samochodzie, masa kilometrów i pogoda cały czas pochmurna. Z ładnych rzeczy jakie sobie pooglądaliśmy to masy łubinu rosnące przy drogach i różnych ciekach wodnych (później okazało się, że już do końca wyjazdu łubin towarzyszył nam cały czas, nawet we fiordlandzie) i piękne brązowe wzgórza Lindis Pass. Wieczorkiem zaliczyliśmy spacerek po miasteczku poszukiwaczy złota Arrowtown i zajechaliśmy do Queenstown.



Dzień 6 – czwartek: nocowaliśmy znów w hostelu. Rano na śniadaniu spotykamy 2 Polaków, podróżujących całkowicie niezależnie. Jest to fakt warty odnotowania, bo na rodaków raczej rzadko się tu trafia, dominują Niemcy, Brytyjczycy, Amerykanie i Skandynawowie. Śniadanie rozciągnęło nam się przy miłej pogawędce aż do południa :) Przespacerowaliśmy się po Queenstown, które jest głównym centrum turystycznym Nowej Zelandii (fajne miasteczko, pięknie położone nad jeziorem Wakatipu, zatłoczone wg Kiwi norm, ale wg jakichkolwiek jakie my znamy z Europy, to raczej spokojne i idealne na wakacje) i ruszyliśmy połazić po okolicznych górkach. Trasa została wybrana na oślep, miało być około 3 godzin porządnego łażenia no i było. Jak dla mnie bardzo satysfakcjonujące było to, że radzę sobie z chodzeniem i wysiłkiem, brzuch mnie jeszcze totalnie nie ogranicza i poczułam, że mam siły i z porodem powinno być dobrze :) Późnym popołudniem ruszamy do Te Anau, gdzie zarezerwowaliśmy już nocleg w kolejnym hostelu. Na miejscu szok – warunki jak dobrym hotelu, pokój z widokiem na góry, wielki kominek i klimatyczny wystrój w części głównej, obok farma jeleni (tak, ktoś ściągnął kiedyś z Europy do NZ jelenie i je teraz hodują, podobno na mięso) i ogólnie rewelacja. Aha, niebo calutki dzień było bez ani jednej chmurki, kolejny dzień wygląda tak samo.



Dzień 7 – piątek: najbardziej aktywny dzień naszego urlopu. Wstajemy wcześnie i jedziemy do Milford. Oczywiście trochę za długo rano się grzebaliśmy z wyjściem, więc grzejemy szybko chcąc zdążyć na pierwszy statek we fiordzie i nie zatrzymujemy się i nie robimy zdjęć pięknych widoków o świcie – góry, podnosząca się powoli poranna mgła, łubiny, tajemniczo i niesamowicie spokojnie. Wycieczka po fiordzie stateczkiem udana, ale ja mam kilka refleksji: przede wszystkim fiordy są dużo bardziej specjalnym przeżyciem, gdy wpływa się do nich z morza, z otwartej, niczym nieograniczonej przestrzeni, z fal bujających łódkę i nagle woda robi się spokojna i po obu stronach pojawiają się kolosalne ściany gór. Ponadto szkoda, że stateczek którym się zwiedza jest motorowy. Silnik był za głośny, za bardzo mącił wodę, która powinna być gładziutka i przejrzysta no i zakłócał to co najważniejsze w takim miejscu – ciszę. Mogę się tak mądrować, bo już raz miałam okazję zwiedzać fiord w Norwegii. Wtedy wpływaliśmy jachtem, raniutko i było to dużo bardziej prywatne i niezapomniane przeżycie. Wracając z fiordu spotykamy znów papugi Kea, które na stałe rezydują sobie na jednym z parkingów i nawet przewodniki opisują, że one tam są. Potem wyruszamy na wycieczkę w góry. Dzień piękny, gorąco, ale większość trasy przez las, czyli dało się. Wspinaczka była ostra, w kilku miejscach już prawie zwątpiłam, ale udało się. Dotarliśmy do jeziorka Lake Marian - jak w Alpach, góry są na całym świecie podobne :), krótki odpoczynek, przekąska i w dół. Ja całkowicie usatysfakcjonowana, pochodziłam sobie po górach, co mnie napełniło bardzo pozytywną energią. Wracamy do Te Anau i nocleg w tym samym rewelacyjnym miejscu.



Dzień 8 – sobota: ostatni dzień, ja już nie cisnę na łażenie i góry, bo swoje zaliczyłam. Mamy dwie opcje: pokręcić się w okolicach Wakatipu i Queenstown lub ponowna wyprawa nad Tekapo, którego nie zdążyliśmy zobaczyć. Decydujemy się na tą drugą opcję. Robimy w ciągu całego dnia ponad 600 km. Długa trasa, wiele zmieniających się krajobrazów. Jedziemy przez tereny rolnicze, podziwiamy kolosalne urządzenia do nawadniania pastwisk, dużo winnic, sady. No i ostatniego dnia błękitne jeziora zaliczone :) Późnym popołudniem w Tekapo zafundowaliśmy sobie jeszcze małe polowanie na wielkie szyszki (z odręcznie rysowaną mapką, jak prawdziwi poszukiwacze skarbów). Udało się jedną znaleźć i przywieź, ale było ciężko :) Nocleg w Queenstown i to byłoby na tyle.



Z takich moich ogólnych obserwacji, to wspomnę jeszcze o backpackersach. Są one w NZ naprawdę świetnie zorganizowane. Warunki bardzo dobre, ale najważniejsze jest to, że panuje w nich fajny klimat, wieczorkiem może wpaść ci w ucho „Stairway to Heaven” grane za oknem na gitarze lub jakieś reagge z bębenkami. Ludzie przeróżni, dużo prawdziwych backpackerów podróżujących po świecie, nie spieszących się, atmosfera bardzo sprzyjająca nawiązywaniu znajomości. Trochę im pozazdrościłam, my już nie na tym etapie życia, ale wszystkim, którym gdzieś po głowie krąży ruszyć samemu z plecakiem w świat mam jedno do powiedzenia – ruszajcie!

sobota, 31 października 2009

Northland

W pierwszy wyjazdowy weekend uderzyliśmy do Northland. Patrząc na mapę, jest to raczej niewielki kawałek NZ na północ od Auckland. No właśnie, niby niewielki, a na jago zwiedzenie dobrze byłoby mieć tak gdzieś z 5 dni. I tak jest tutaj wszędzie, każdy rejon ma tyle do zaoferowania, że nigdy nie jest człowiek w stanie „zaliczyć” wszystkich atrakcji. Ponadto, NZ nie jest aż tak małym krajem i robi się tutaj całkiem spore przebiegi samochodem (dla ilustracji: podczas tego 2-dniowego wypadu zrobiliśmy 1100 km).
Zobaczyliśmy czym jest jeden z popularniejszych tutaj rejonów wakacyjnych - Bay of Islands (nocowaliśmy w fajnym holiday parku w Paihia). Tak naprawdę, tylko rzuciliśmy okiem na tą zatokę wysp, bo jest to region, który ma najwięcej zaoferowania, gdy się jest na łódce i z wody podziwia się setki wysepek, zatoczek, można spotkać delfiny itp. Może kiedyś zaliczymy jakieś żeglowanie tam...
Kluczowym punktem, który odwiedza się w tym rejonie jest jednak najbardziej wysunięty na północ Nowej Zelandii Cape Reinga i długa plaża nad Morzem Tasmańskim - Ninety Mile Beach (nie ma ona wcale aż 90 mil, ma chyba jakieś 54, ale ktoś ją tak nazwał i tak zostało). I to był nasz główny cel. Jechaliśmy i jechaliśmy, synek miał różne kaprysy i miał już dość samochodu. Po drodze pięknie, ludzi i miast prawie wcale, zielone pagórki, owce, krowy, tu jakaś rzeczka, tam, jakiś stawek, zatoczki i plaże. Robiliśmy niewiele postojów, ale w ciągu całego weekendu udało nam się kilka miejsc perełek spotkać...



No i w końcu zajechaliśmy na tą północ północy. I co? Nie zobaczyliśmy nic a nic, bo na przylądek (dosłownie na jego końcówkę, tak na gdzieś 3-5 km) naszła wielka chmura i zastaliśmy tak wielką mgłę, że nie było nic widać na odległość 2 m, nie mówiąc o dojrzeniu stykających się wód Pacyfiku i Morza Tasmańskiego (która to granica jest podobno zauważalna w normalnych warunkach). Nie widzieliśmy nawet czy stoimy blisko morza, nie widzieliśmy latarni, nie dało się zrobić żadnego spaceru. No więc pokręciliśmy się tam 10 minut i się zwinęliśmy. Ze zdjęć w przewodnikach wiemy, ze jest to piękne miejsce, można tam zrobić sobie widokowy spacer, no ale to nam tym razem nie było dane. Cape Reinga to miejsce, z którego, wg wierzeń Maori, dusze zmarłych udają się w swoją ostatnią podróż do pradawnej wyspy Hawaiki, z której przodkowie Maori przybyli kiedyś na wielorybach. No i chyba jedyny pozytyw jaki mogę wyciągnąć z tej mgły, to że nadała ona takiej trochę mistycznej atmosfery i nawet można było poczuć, że jest to miejsce, mające coś wspólnego z zaświatami i duchami.
Nie poddaliśmy się jednak i pomimo pochmurnej pogody podjechaliśmy na niedalekie wydmy, które też należą do głównych atrakcji rejonu. I to był strzał w dziesiątkę. Jedzie się wyboistą drogą otoczoną pastwiskami i nagle ni stąd ni zowąd pojawia się kolosalna hałda piachu, która wygląda jak pustynia. Rewelacja. Spędziliśmy na wydmie około 1,5 h, byliśmy prawie sami (zaleta gorszej pogody), wspięliśmy się na górę i potem zaliczyliśmy super zejście po stromym, piaskowym zboczu – wielka frajda :) Tymon ożył i wyruszył ze swoim nowo nabytym wiaderkiem i łopatką na podbój tego piachu. I wszystkim nam się bardzo, bardzo podobało.



A na zakończenie dnia, wygłodzeni zatrzymaliśmy się w jedynej na tym odludziu knajpie prowadzonej przez maoryską rodzinkę (głową interesu zdawała się być około dziesięcioletnia dziewczynka, która obsługiwała kasę, przyjmowała zamówienia itp.). Miejsce w klimacie klubokawiarni z lat 80-tych, jedzenie, które zaległo nam wszystkim ciężko na żołądkach do co najmniej połowy następnego dnia, ale klimat luzu i podejścia do życia typu mañana mieliśmy okazję poczuć :) (kultura i nastawienie Maori i ogólnie różnych mieszkańców wysp Pacyfiku nie należą raczej do bardzo zdyscyplinowanych i ukierunkowanych na biznes, zysk itp.).
Podczas wycieczki do Northland przyjrzeliśmy się też trochę bliżej charakterystycznej dla NZ roślinności. Spacerując nieopodal wodospadu Haruru dopatrzyliśmy się wreszcie koru, będącego obok kiwi i liścia paproci symbolem NZ. Koru to rozwijająca się gałąź paproci i chyba dlatego jak dotychczas się na nie nią natknęliśmy, bo trzeba było poczekać na odpowiednią porę roku. Nie myślcie jednak, że mówię tutaj o paprociach w stylu tych naszych z doniczek na parapetach. Tutaj w kraju kiwi stałym elementem krajobrazu są wysokie drzewa paprocie rodem z parku jurajskiego. Poza znalezieniem koru wiemy też już jak majestatyczne i niesamowite są drzewa kauri (też można je znaleźć tylko w NZ). Odwiedziliśmy jeden z ostatnich, tak gęsto porośniętych tymi starożytnymi drzewami las Waiopoua, znajdujący się na górzystym terenie na zachodzie Northland. Las jest powiązany z wieloma legendami maoryskimi, a spacer pomiędzy tak starymi i ogromnymi drzewami, w akompaniamencie śpiewu masy ptaków był bardzo ciekawym doświadczeniem i miłym akcentem na zakończenie naszego weekendowego wypadu.

Wiosenne wypady poza Auckland

Wreszcie ruszmy się poza region Auckland. Już po zimie i pogoda trochę lepsza, ale nie jest jeszcze bardzo ciepło, trzeba mieć ze sobą zawsze cieplejsze ciuchy, a o plażowaniu jak na razie można tylko pomarzyć. Ja już naprawdę czekam z utęsknieniem na wygrzewanie się na słońcu, ale wszystko wskazuje na to, że jak przystało na klimat z prawdziwymi czterema porami roku, najpierw czas na 3-miesięczną wiosnę i potem (tak gdzieś w grudniu) przyjdzie ciepłe lato. Chyba się jakoś doczekam :) Pomimo pogody w kratkę zaliczyliśmy już 2 wyjazdowe weekendy. Tak naprawdę, to ta pogoda nie tak bardzo przeszkadza, bo specyfika Nowej Zelandii jest taka, że w ciągu 2-3 dni zalicza człowiek ulewę, wiatry, mgły, piękne, grzejące słońce i błękitne niebo i jeszcze więcej. No taki tu mamy kapryśny klimat i trzeba z tym żyć, a ja nawet stwierdzę, że ma to jakiś swój urok.
Wspomnę, że podróżujemy teraz bardzo komfortowo, bo Michał zrobił nam niezłą niespodziankę i wyposażył naszą powiększającą się rodzinę w nowy samochód, taki prawdziwie rodzinny z 3 rzędami siedzeń itd. (Honda Odyssey). Czyli rozbijamy się teraz niezłą bryką, którą na co dzień dysponuję ja i bardzo sobie chwalę ten fakt :) Pozostając przy temacie samochodów, dodam jeszcze, że znalazło się nasze skradzione Subaru (!!!) Stało sobie przez dwa miesiące zaparkowane na jakiejś ulicy w North Shore (nota bene niedaleko naszego obecnego miejsca zamieszkania) i po pewnym czasie jakiś zatroskany obywatel zainteresował się tym faktem i zgłosił na policję, że to trochę dziwne, że do tego samochodu tak długo nikt nie zagląda i go nie rusza. Auto było zgłoszone na policji, że było skradzione no to zadzwonili, że się znalazło. Cała historia kończy się jednak tak, że nie będziemy już mieli tego samochodu (i dobrze, bo by za dużo tego było), ponieważ firma ubezpieczeniowa stwierdziła szkodę całkowitą i nie będą go naprawiać, tylko oddadzą nam kasę.
Wracając do naszych wyjazdów... Wypad dalej niż 200 km od Auckland wiąże się z tym, że raczej trzeba mieć zaplanowany nocleg, jeśli chce się coś zobaczyć i nie spędzić całego czasu w samochodzie. No to uczymy się jak to wszystko jest tutaj zorganizowane. Oczywiście odpadają nam hostele i różne formy noclegu dla backpackerów (których tutaj jest całkiem sporo), bo z naszym ostatnio trochę rozkapryszonym, marudnym i drącym się szkrabem lepiej nie pchać się w takie miejsca. Najtańszą i najfajniejszą opcją są więc dla nas tzw. holiday parks, które są czymś w rodzaju naszych campingów, z tym że zawsze oferują, poza miejscami na namioty i przyczepy, także domki campingowe. Cenowo w grę wchodzą jeszcze motele i to tyle, bo reszta jest już raczej droga (chociaż raz na jakiś czas może warto sobie na coś bardziej luksusowego pozwolić). W holiday parkach trzeba mieć zazwyczaj swoją pościel i ręczniki (jeśli nie chce się dodatkowo za to płacić), trzeba się też liczyć z tym, że w tańszych opcjach może nie być łazienki w pokoju. Położenie tych miejsc jest zazwyczaj atrakcyjne – nad zatoczką, przy lesie, nad jeziorkiem, z widoczkiem itp. dzięki czemu nocleg w holiday parku ma swój wakacyjny urok. Zapewnione też są zawsze jakieś warunki do gotowania (lepsze lub gorsze, ale akceptowalne) i jak już się przekonaliśmy warto z tego korzystać i samemu sobie coś upichcić wieczorkiem, a to z takiej przyczyny, że w tym zdominowanym przez anglosaską kulturę kraju nie ma miejsc, w których można coś przyzwoitego zjeść. Fish & chips czy hamburgera znajdzie się zawsze, ale jak dla mnie jest to jedzenie akceptowalne tylko raz na jakiś czas i w ciągu 3-dniowego wyjazdu pojawia się zagadnienie co i gdzie zjeść. W bardziej cywilizowanych miejscach (miasteczka liczące więcej niż kilkuset mieszkańców, które tutaj nie są aż tak częste) można znaleźć zazwyczaj jakąś alternatywę, ale że jest to najczęściej restauracja, do której wychodzi się na wyjście wieczorem, ceny dają mocno po kieszeni. Tak więc najlepszą opcją jest być samowystarczalnym pod tym względem i nie być zdanym na łaskę frytek, hamburgerów, czy odgrzewanej pizzy. A najlepiej to być wyposażonym piknikowo i usmażyć sobie kawał mięcha na grillu, które są dostępne na każdym campingu, czy nawet w miejscach postojowych przy drodze.

piątek, 23 października 2009

Po powrocie z Polski

Cześć wszystkim! Jesteśmy z powrotem w NZ! Przylecieliśmy wycieńczeni tą niesamowicie długą podróżą (na liście minusów Nowej Zelandii będę zawsze podawać, że to po prostu nieprzyzwoicie daleko), ale też już mocno stęsknieni za Michałem i naszym życiem tutaj – spacery nad morzem itp.
Dzięki wszystkim, z kim udało mi się spotkać podczas pobytu w ojczyźnie i pozdrowienia dla wszystkich czytających te moje wynurzenia blogowe i czekających z niecierpliwością na dalsze wpisy. Przesyłam Wam uściski z tego niesamowicie dalekiego kraju i do zobaczenia podczas naszych kolejnych odwiedzin. Oczywiście kto ma ochotę na wypad wakacyjny do kiwi kraju, niech tylko daje znać – my zapraszamy.
Polska zaprezentowała nam się bardzo fajnie podczas tego 1,5 miesięcznego pobytu. Jak się przyjeżdża do kraju tylko raz na jakiś czas, to patrzy się na wszystko trochę innym okiem, tak trochę z perspektywy turysty, nie jest człowiek zniechęcony tymi codziennymi, zwyczajnymi utrudnieniami. No i jakie są moje wrażenia? Ogólnie rzecz biorąc mocno pozytywne. Pogoda potrafi być przyjazna (wrzesień był piękny i po nowozelandzkiej zimie miło było poczuć trochę ciepełka słonecznego), jest mniej zielono niż tutaj, ale wrześniowy zapach lasu, łąk i pól poza miastem jest naprawdę niesamowity i napełnił mnie kilka razy miłą nostalgią. Przestrzeń miejska się zmienia. I nie dotyczy to tylko dużych miast, ale także tych mniejszych. Uwierzcie mi, te wszystkie uciążliwe i wiecznie ciągnące się remonty przynoszą efekty i do czegoś prowadzą. Wrocław wygląda totalnie inaczej niż te 10 lat temu, kiedy zaczęłam poznawać to miasto. Nawet jazda samochodem po mieście nie pozostawiła u mnie żadnych przykrych wrażeń, bo było dużo mniej wyboisto niż pamiętam i całkiem przejezdnie (przyznaję, jeździłam poza godzinami szczytu). No a wizyta na Rynku wrocławskim, to po prostu rewelacja. W NZ nie ma takich miejsc, nigdzie poza Europą, nie ma takich miejsc i to jest to czego mi w tym pozaeuropejskim świecie bardzo, bardzo brakuje. Te knajpki, restauracje, kafejki, przyjemny tłum i gwar, piękne żółte oświetlenie (byłam wieczorem), kwiaty na Solnym, masy studentów (ludzi w tym wieku) na piwie, spacerujące pary i to coś w powietrzu, co jest nie do opisania, coś co chyba można nazwać atmosferą danego miejsca. Nawdychałam się tej atmosfery podczas krótkiego spaceru i kolacji „Pod Papugami” i mocno mi się zatęskniło do tych fajnych czasów, kiedy to spotykało się pod Pręgierzem lub pod Fredrą i szło się na piwo. Spróbujcie sobie czasami spojrzeć w ten sposób na to przysłonięte tą codzienną bieganiną miasto i też to poczujecie :) Ale jak pisałam, nie tylko Wrocław robi pozytywne wrażenie. Mniejsze miasta też odnowione, lepsze drogi, wyremontowane szkoły, tak jakby przyjaźniej i ładniej. No i jest nawet gdzie wyjść na kawę, czy przekąskę. Ogólnie jest dobrze.
Najadłam się też sporo naszego jedzenia (twaróg, kasze, ogórki małosolne, pyszne wędliny i suche kiełbasy…), które tutaj jest po prostu niedostępne, synek podpasł się ładnie cierpliwie karmiony przez dziadków (niestety już to stracił w trudach podróży), napił się świeżych soczków marchwiowo-jabłkowych i kompotów i ogólnie pobyt w Polsce był jak najbardziej udany. Mieliśmy nieciekawe przeżycia typu pierwsza w życiu choroba Tymona i pierwszy antybiotyk, a ja podczas całego pobytu nie czułam się tak jakbym sobie tego życzyła – ta druga ciąża jest kompletnie inna od poprzedniej, jestem dużo bardziej zmęczona i mam mniej energii, ale te minusy jakoś się szybko zacierają i w pamięci pozostają raczej pozytywne wrażenia. I dobrze, tak ma przecież być :)
Przylecieliśmy do Auckland już ponad tydzień temu. Już jesteśmy po jednej wycieczce na północ (Northland), teraz nadchodzi długi weekend (Labour Day) i wybieramy się w rejon Taupo i do osławionych Glow Worm Caves (jaskiń ze świecącymi robalami). Niestety musieliśmy zrezygnować z planowanego urlopu i wyjazdu na Wyspę Południową, bo Tymon ostatnio jest w raczej nieciekawej kondycji (zmęczenie podróżą, częste ostatnio zmienianie miejsc i domów, jakieś przeziębienia, chyba idą mu ząbki itd.). Rodzice Michała, którzy przylecieli z nami, pojadą sami, a my wybierzemy się tam jakoś później. No ale nie za późno, bo jednak brzuch mi się powiększa, kondycja na długie spacery po pagórkach już inna niż normalnie no i do marca będzie tylko gorzej :) Jakoś to sobie zaplanujemy

piątek, 28 sierpnia 2009

Na kilka godzin przed wylotem

Ostatni miesiąc był jednym z dziwniejszych w moim życiu. Ciężki i obfity w wydarzenia. I kończy się też ogromnym wysiłkiem, który mam nadzieję będzie też przygodą. Za 12 godzin wylatuję do Polski. Michał nie leci, jeszcze nie może pozwolić sobie na taki urlop, my za to będziemy w Polsce ponad 6 tygodni. Teraz uwaga: czeka mnie podróż 50-godzinna (jeśli zdążę w Londynie na samolot do Polski, bo inaczej to zrobi się z tego z 70 godzin). Ale będzie ciekawie – mamy nocleg w Seulu, więc doświadczeń będzie co nie miara. Tymon będzie pierwszy raz w życiu w hotelu ze śniadaniem :) Jestem już spakowana, nastawiona psychicznie i będziemy ruszać.
Rodzina już czeka niecierpliwie. Głównie na Tymona oczywiście. Nie widzieli już go od dawna i narzekają, że nawet ostatnio zdjęć nie ma żadnych nowych. Zamieszczam więc najważniejsze zdjęcia z ostatniego miesiąca, wokół których wszystko się kręciło:



No to trzymajcie za naszą podróżującą trójkę kciuki i do zobaczenia w Polsce.

środa, 29 lipca 2009

Jak na wakacjach

No i jesteśmy po przeprowadzce. Ledwo żyję, ostatni weekend znowu spędzony na pakowaniu, sprzątaniu, przewożeniu itp. Jakoś się pomału zbieramy do normalnego funkcjonowania, ale nie było nawet okazji odsapnąć, bo w poniedziałek Michał do roboty, a ja cały dzień z synkiem, który nie uważa przeprowadzki za wydarzenie, które miałoby w jakikolwiek sposób męczyć. Ale wszystko jest znowu tak inne, że znów mam wrażenie jakbyśmy wyjechali na jakieś wakacje (z tą różnicą od 100% wakacji, że Michał codziennie wstaje wcześnie do pracy i nie ma go przez część dnia).
Nasz nowy dom jest mocno wakacyjny dzięki bliskości morza oraz przez to, że jego standard jest na poziomie znanych dobrze wszystkim rodakom polskich domków letniskowych. Jest to bardzo rozpowszechniony w Kiwi kraju standard, ale nam bardzo trudno jest pozbyć się wrażenia, że są to takie niby-domki, i cały czas łapię się na tym, że dziwię się, że w czymś takim da się mieszkać na stałe. Nasz nowy dom ma ścianki działowe z płyty, sufit podbity płytami pilśniowymi, łazienka nie ma kafelków, tylko jest wyłożona jakimś dziwnym materiałem, a jej wentylacja polega na tym, że przy prysznicu jest okienko, które należy mieć otwarte podczas kąpieli (czyż nie kojarzy wam się to z wczasami?) :) Mamy też super „termozasłony”, których styl wygląda jak sprzed co najmniej dwóch dekad, chociaż są one prawie nowe (styl Kiwi nie raz pozostawia wiele do życzenia). Nie ma oczywiście centralnego ogrzewania (oni tutaj o czymś takim nie słyszeli), a w związku z tym, że mieszkanie nie było używane przez co najmniej miesiąc, zapach też przywodzi mi na myśl domek letniskowy na początku sezonu. No i ten basen też jakoś tak się kojarzy z wakacjami… Dobrze, że kończy się zima, a lato w tych warunkach zapowiada się naprawdę dobrze, ale możliwe, że na kolejną zimę będziemy musieli pomyśleć o czymś innym. Nie będę teraz jednak o tym myśleć, nastawiam się na kilka miesięcy super wakacyjnych klimatów.
Jak na razie pierwsze dni spędziłam z Tymonkiem na długich spacerach krajoznawczych (no może lepiej byłoby powiedzieć „okolicoznawczych”). Piękne widoki na zatokę Hauraki i Rangitoto. Cztery plaże (w zatoczkach) w zasięgu dłuższego, bądź krótszego spaceru. Teren mocno pofałdowany, przejście z zatoczki do zatoczki wiąże się ze sporym wspinaniem się pod górkę i potem zejściem na dół. Poznajemy okolicę, a jest co poznawać, odkryjemy tu na pewno sporo super miejsc. Gotujemy sobie też po wakacyjnemu, przy użyciu ograniczonej liczby naczyń, garnków itp. (w końcu jesteśmy na dorobku). Przez ostatnie dni jadamy też trochę kupnych dań i próbujemy różnych specjałów - jak to na wakacjach :) (bardzo blisko domu mamy hinduską, chińska, turecką, tajską i brytyjską knajpę). Przez kilka tych pierwszych dni nie mamy też specjalnie Internetu (już zamówiony, ma być chyba pojutrze, na razie korzystamy z internetu przez komórkę) i siłą rzeczy nie pracuję teraz za dużo. Jeszcze kilka dni i się będziemy tu zadomawiać, i będzie coraz normalniej, ale jak na razie przesyłamy wszystkim pozdrowienia z wakacji w East Coast Bays :)

sobota, 18 lipca 2009

W wirze załatwiania przeróżnych spraw

Całe te niemiłe doświadczenia z samochodem miały miejsce w wybitnie niekorzystnym dla nas czasie. Tyle załatwiania i spraw na głowie to jeszcze tutaj nie mieliśmy. Ale to tak zawsze chyba jest, że jak się coś zaczyna dziać, to wszystko na raz.
Niedługo znów zmieniamy mieszkanie. No tak ten czas leci, że ledwo się gdzieś wprowadzamy i już trzeba rozglądać się za czymś następnym :) Tym razem będzie jednak już na dłużej, teraz wynajmujemy normalnie, nie krótkoterminowo. Mieszkania zaczęliśmy szukać jakoś w pierwszym tygodniu lipca. Ostatnią „wycieczką” naszym Subaru był właśnie wypad do North Shore (zdecydowaliśmy, że jednak tam chcemy mieszkać) w celu obejrzenia kilku domków jakie sobie upatrzyliśmy w sieci (oczywiście na TradeMe). Obejrzeliśmy wtedy w North Shore kilka super domów (widok na morze, ogródek z lasem sosnowym itp.), na dwa to byliśmy już w 100% zdecydowani, że bierzemy i nie zdążyliśmy. W obu przypadkach skontaktowaliśmy się z agentem właśnie w momencie, kiedy była podpisywana umowa. Wróciliśmy do domu i znów kilka godzin w sieci i przeglądanie ofert. Następnego dnia wychodzimy z domu uzbrojeni w pokaźną listę interesujących ofert, stajemy na ulicy i … nie mamy w co wsiadać. No i wtedy się zaczęło. Telefony na policję ze zgłoszeniem kradzieży, telefony do ubezpieczalni, telefony do ludzi, z którymi byliśmy poumawiani na oglądanie mieszkań… dużo telefonów i ogólnie zastanawianie się jak to teraz wszystko sobie zorganizujemy. Następnego dnia żeby się trochę zrelaksować poszliśmy na całodniową wycieczkę do zoo. Zrelaksowaliśmy się, pogoda była śliczna, a spacer do zoo i z powrotem też dobrze nam zrobił.
Jak pisałam wcześniej, nie zostaliśmy całkowicie bez samochodu i bardzo szybko mogliśmy normalnie funkcjonować – pożyczyliśmy auto od Markusa, ono i tak stoi nieużywane jak go nie ma i to, że my się kilka razy nim przejedziemy nic mu nie zaszkodzi. No ale Markus nie ma przecież fotelika dla dziecka. No to do kompa i kupowanie. Udało się w miarę sprawnie, nie trzeba było w efekcie nawet po ten fotelik jechać, bo pani sama go nam podwiozła. Pomimo tej głupiej kradzieży, nie zaprzestaliśmy szukania mieszkania, bo takie odkładanie o kilka dni mogłoby wszystko sporo wydłużyć i w efekcie moglibyśmy zostać na końcu lipca bez dachu nad głową. Znów mieliśmy kilka domów upatrzonych i znów zaplanowaliśmy wyprawę do North Shore. Żeby nie było za łatwo, nie mogliśmy po prostu wsiąść do samochodu Markusa i sobie pojechać, bo samochód nie chciał ruszyć – za długo stał i rozładował mu się akumulator. Nie było sąsiadów, kabli nie mieliśmy, więc trzeba było dzwonić po AA żeby przyjechali i odpalili nam auto (mają taką usługę). Przyjechali spóźnieni, ale dotarli i mogliśmy ruszać. Zajechaliśmy pod kilka domów, auto trzeba było zostawiać na chodzie i się nie zapomnieć żeby nie wyłączyć silnika, bo całkowicie rozładowany akumulator tak szybko się nie ładuje. Domki różne, jedne w rewelacyjnej lokalizacji, ale stare i zapuszczone, inne całkiem zadbane, ale nie w takim miejscu jakbyśmy chcieli, jeszcze inne rewelacyjne pod każdym względem, ale poza naszym zasięgiem cenowym itd. Dużo ofert, było z czego wybierać, ale przekonałam się, że taki wybór jest dużo trudniejszy jak już człowiek wie czego się może spodziewać, wie czego by chciał. Jak tu przyjechaliśmy, to wszystko było dobre, bo i tak kompletnie nie wiedzieliśmy czego oczekiwać. No i łatwiej było coś wybrać, a przecież super trafiliśmy. Ale koniec końców jeden z domów na liście przypadł nam do gustu, był bez pośrednictwa agencji (co też jest jakąś oszczędnością), położony blisko morza i miał dodatkowy bajer w postaci basenu do naszej dyspozycji. No to się zdecydowaliśmy. Właściciele bardzo fajni, małżeństwo, chyba młodsi odrobinę od nas, bez dzieci, mieszkają w tym samym domu na górze. Zdecydowaliśmy się od razu, zaklepaliśmy i na drugi dzień mieliśmy już podpisaną umowę wynajmu. W efekcie szukanie mieszkania poszło nam ekspresowo (biorąc pod uwagę niesprzyjające okoliczności).
Kolejna sprawa popchnięta, nadszedł czas na zakupy meblowe. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam – mieszkania na normalny długoterminowy wynajem nie są umeblowane. No może się raz na jakiś czas trafić mieszkanie z meblami, ale to raczej rzadkość. To co jest zawsze, to kuchnia (kuchenka, piekarnik, szafki, czasami lodówka) i łazienka. Reszta do wyposażenia w twoim zakresie. Oczywiście żeby ograniczyć koszty kupujemy raczej używane rzeczy. Trade Me w użyciu non stop, skrzynka mailowa Michała opanowana w 100% przez korespondencję ze sprzedającymi, przez przypomnienia z systemu itp. Kilkadziesiąt maili dziennie, dzwonienie, sms-owanie, istne szaleństwo. Jeszcze to wszystko trzeba odbierać, przewozić, organizować transport… Mózgiem operacyjnym jest Michał i jest w tym całym załatwianu naprawdę rewelacyjny. Jest już takim weteranem, że nie wyobrażam sobie sprwy, której nie byłby w stanie załatwić :)
Idzie nam nieźle, bazę już mamy, będzie na czym spać i na czym zjeść, a to już dobry początek. Właściciele mieszkania mają też ileś gratów, które nam pożyczą (np. łóżeczko dla Tymonka). Dobry sposób na takie zakupy, to przeglądanie aukcji ludzi, którzy wysprzedają cały swój dobytek, bo wyprowadzają się stąd (jadą do innego kraju, wracają do rodzinnego itp.). Okazuje się być takich sporo i rynek używanych rzeczy do domu jest mocno dynamiczny, dzięki czemu trafiają się całkiem niezłe okazje. Szukając chyba kanapy u kogoś wyjeżdżającego „overseas” natknęliśmy się przez przypadek na aukcję samochodu. Bez ceny minimalnej, stan bardzo dobry. Wyznaczyliśmy sobie naprawdę niską cenę do jakiej będziemy licytować, decyzja bardzo szybka, nawet bez oglądania auta, bo nie było już czasu, aukcja kończyła się niedługo. I po iluś tam kliknięciach, tak po prostu staliśmy się właścicielami kolejnego Subaru Legacy, tym razem w naprawdę niskiej cenie, aż nieprzyzwoitej. Samochód wczoraj odebrany, formalności do załatwiania zero, poza 2 minutową wizytą na poczcie z poprzednim właścicielem. Już przejażdżkę za kierownicą zaliczyłam, fajny. Ludzie, od których go kupiliśmy wylatują do Argentyny (on Amerykanin, ona Argentynka), naprawdę pozbywają się wszystkiego, obiecali nam, że w ostatni dzień przed wyjazdem dadzą nam wszystko co im zostało, czego nie sprzedali lub nie dali znajomym. Jako, że my naprawdę nie mamy nic, weźmiemy wszystko z przyjemnością, każdy drobiazg będzie przydatny (garnek, zmiotka, przyprawy, śrubokręt, sztućce itp.). Jesteśmy umówieni z nimi jutro, zobaczymy z jakimi zdobyczami wrócimy :)
Te wszystkie zakupy, to nie jedyne sprawy do załatwiania ostatnio. W międzyczasie toczy się sprawa z immigration. Wizę do pracy przyznali ekspresowo, Michał może zacząć pracę tak, jak ma w kontrakcie. Odezwał się też Londyn, że już mamy rezydenta… prawie, bo brakuje małego szczegółu – musimy udowodnić jakoś że jesteśmy w prawdziwym związku. Opiszę to w następnym wpisie, bo jest co opisywać, a teraz już mi palce spuchły od stukania w klawiaturę. Wspomnę tylko, że cały ten urząd imigracyjny już mnie naprawdę wnerwia i cofam dobre słowa, jakie pisałam na ich temat.

czwartek, 9 lipca 2009

Za dobrze być nie może

Ukradli nam samochód. Wczoraj w nocy. Stał zaparkowany jak zawsze na ulicy pod domem. Brak mi słów i nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Poradzimy sobie, już nam właściciele/sąsiedzi zaproponowali pomoc, możemy też używać samochodu Markusa dopóki on nie wróci. Wiadomo, gorsze rzeczy mogą człowieka w życiu spotkać, ale zawsze to bardzo wkurzające, jak się coś takiego zdarza…

niedziela, 5 lipca 2009

Socjalnie vs. rynkowo - moje refleksje przy okazji umowy o pracę

Juhuuu!!! Ogłaszam oficjalnie, że umowa o pracę wreszcie podpisana! Ostatnie dwa tygodnie to już nie były rozmowy kwalifikacyjne i czekanie na decyzje pracodawców czy chcą Michała zatrudnić. Piłeczka była teraz po stronie Michała, który dostał aż trzy oferty pracy i musiał coś wybrać, negocjować warunki itd. Decyzje bardzo ciężkie z naszej strony (piszę „naszej”, bo ja też mocno w tym wszystkim uczestniczę), dużo rozmów, analizowania różnych możliwości, rozpatrywania za i przeciw, zastanawiania się czego tak naprawdę oczekujesz i po co tu jesteś, szukania informacji o takich rozwiązaniach, jak raczej egzotyczne dla nas opcje na akcje, przygotowania się do negocjacji itd. Każda z trzech firm miała coś ciekawego do zaoferowania i każda miała minusy. Michał okazał się być świetnym negocjatorem (oczywiście pomógł mu fakt 3 ofert w jednym czasie i świadomość, że jest w czym wybierać i jak się nie uda w jednej firmie to inna jest w zapasie), udało mu się podbić oferowane wynagrodzenie, decyzje zostały podjęte i… niedługo zostanę sama w domu z dzieckiem na głowie :) Kiedy? – Jak tylko jakiś urzędas w immigration weźmie wspaniałomyślnie do ręki nasze wnioski i przyzna potrzebne uprawnienia (wiza do pracy, rezydent, cokolwiek..). Pracodawca czeka cierpliwie, ale oczywiście chciałby mieć pracownika jak najszybciej, a nam kasa przecież też się przyda.
Te wszystkie doświadczenia przez te miesiące szukania pracy, rozmowy z różnymi firmami, różne oferty i różne proponowane warunki pokazały nam trochę jak to jest z pracą w Nowej Zelandii. Podstawowy mój wniosek jest taki, że jest tutaj raczej inaczej niż w naszej poczciwej, mocno socjalnej Europie. Jest to rynek dużo bardziej liberalny, podobny chyba trochę do amerykańskiego. Co mam na myśli? Ano to, że np. masz tutaj prawo tylko do 20 dni płatnego urlopu wypoczynkowego + kilka dni świąt, których jest tutaj jak na lekarstwo, już na pewno w porównaniu do płd. Niemiec. Podpisujesz umowę na wynagrodzenie całoroczne, masz określony czas pracy, ale raczej nikt nie słyszał tutaj o płatnych nadgodzinach (w Europie przecież ściśle uregulowane prawnie), o jakiś specjalnych dodatkach delegacyjnych itp. Dla nas dziwnie i trochę nieciekawie wygląda też zapis w umowie, że specjalnym dodatkiem jakiego możesz się tutaj spodziewać od pracodawcy jest 5 dni płatnego urlopu chorobowego i to dopiero po pół roku przepracowanym w firmie!. Jest to całkowity standard tutaj, ale dla nas to raczej szokująca myśl, że nie możesz tak sobie chorować, bo nie dostaniesz wynagrodzenia (no dają ci możliwość tych 5 dni słabości, ale potem radź sobie człowieku sam). Nie ma tutaj żadnych obowiązkowych składek typu ZUS, jeśli chcesz sobie odkładać na gorsze dni, proszę bardzo, jest masa rozbudowanych rynkowych produktów, są też specjalne programy wspomagane rządowo, ale wszystko jest dobrowolne. Nie wiem jeszcze jak działa tutaj cały system emerytalny, jak radzą sobie z członkami społeczeństwa, którym się nie powiodło, którzy mają problemy itd., ale ogólnie wygląda to inaczej niż w Europie. Tutaj panuje rynkowa zasada: pracujesz, jesteś silny i zdrowy – odnosisz sukces i masz pieniądze; nie pracujesz, coś ci się w życiu nie udało, spotkało cię nieszczęście – nie za bardzo możesz liczyć na pomoc państwa, wszystko w twoich rękach i masz to, na co zasłużyłeś w życiu. Przekoloryzowałam trochę, żeby pokazać o czym mówię, z pewnością mają tutaj różne systemy pomocy socjalnej (nie natykamy się tutaj na wyraźną biedę itp.), ale jedno jest pewne: nie jest tutaj aż tak socjalnie jak w Europie. My sobie tego nawet nie uświadamiamy i jest dla nas w Polsce oczywistością prawo do chorobowego, do płatnego urlopu macierzyńskiego, do renty itp., a nie wszędzie na świecie tak jest!
Ten liberalizm jednak nie tylko objawia się w postaci mniej rozwiniętych praw pracowniczych itd., z drugiej strony czuć tutaj dużo bardziej rynkowe nastawienie i większą wolność działania. Mniej biurokracji, każdy biznes ma szanse powodzenia, jeśli tylko jest na niego zapotrzebowanie rynkowe. Masz też możliwość spotkania się z mocno zaawansowanymi rynkowo konstrukcjami, jak pakiety akcji, czy opcje na akcje (rozwiązania bardzo popularne w USA, w branży IT przede wszystkim, w Europie rzadkość). Twój wybór - możesz zarabiać początkowo mniej, poświęcać więcej pracy w rozkręcającej się dopiero firmie (start-up), grasz jakby trochę na giełdzie i jeśli firma się wybije, zarobisz krocie, jeśli firmie się nie uda, żałujesz, że nie wybrałeś pracy w firmie bez takich rozwiązań. Ogólnie im bardziej rynkowy system, jest tak jakby więcej możliwości, masz wrażenie, że sporo od ciebie zależy i że robisz to, co zdecydowałeś, a nie to, co system i przepisy prawne zaplanowały. Może to i naiwne z mojej strony, takie myślenie, ale opieram się na swoich wrażeniach i bieżących refleksjach, które będą mi się najprawdopodobniej jeszcze wiele razy zmieniać.
Podsumowując: Co jest lepsze – rozwiązania bardziej socjalne, czy bardziej rynkowe? Trudno mi jeszcze powiedzieć, wiem jednak, że fajnie mieć szansę spróbowania różnych systemów i podejść…

niedziela, 28 czerwca 2009

Weekendy

Siedzimy oboje w domu z synkiem i wydawałoby się, że nie ma przyczyny żeby weekend był inny od tygodnia, ale jednak (na szczęście!) jest. W weekend mam mniej pracy (nie mogę sobie pozwolić na całkowitą labę, ale mam zauważalnie mniej maili w skrzynce itd.), a Michał nie musi wyczekiwać na telefony, nie dostaje setek maili w sprawie pracy, nie musi ustalać żadnych warunków zatrudnienia (tak :), jest wreszcie na etapie negocjacji warunków i to w 3 firmach na raz) i ogólnie weekendy są dla nas naprawdę wypoczynkiem.
W ramach wypoczynku ruszamy w plener, jeśli tylko pogoda temu sprzyja. W ubiegłym tygodniu sprzyjała niesamowicie i dzięki temu byliśmy na dwóch pięknych wycieczkach i znowu naładowałam się pozytywnym nastawieniem do tego kraju. Widoki, spokój i przestrzeń nie do pobicia…



Ten weekend natomiast deszczowy, ale udało nam się naprawdę super go zagospodarować. Wczoraj (sobota) zrobiliśmy sobie spacer do centrum. Nawet ileś padało, ale to żaden problem, kiedy spacerujesz pod daszkami :) W mieście pokręciliśmy się po różnych sklepach (ogromny sklep z używanymi płytami CD, DVD itp., Borders – taki tutejszy Empik), zaopatrzyłam się w książkę do czytania (Half of a Yellow Sun o Nigerii - wiem, że będzie super, bo ten rodzaj książek – fabularne, dziejące się w „innym” świecie np. Afryka, Indie itp. zawsze mi bardzo pasuje) i na koniec pyszna kawa. Kilka komentarzy: nie jest tutaj niestety tak ja w Niemczech, gdzie wszędzie, dosłownie wszędzie dostaniesz się z wózkiem. Tutaj chodniki równe, nie ma problemu wysokich krawężników, ale żeby dostać się w wiele miejsc musisz pokonać schody, albo w środku nie ma miejsca na łażenie z wózkiem itp. Jeżeli są gdzieś windy, to często bardzo trudno je znaleźć, trzeba daleko do nich iść, przez jakieś parkingi i ogólnie nie jest wcale łatwo. Autobusy miejskie też nie są żadną rewelacją, większość nie ma miejsca na wózek, nie mówiąc o zaniżanych podłogach itp. Nie jest tak źle jak w Polsce, ale mogłoby być lepiej w tym zakresie. Efekt jest taki, że nie widać specjalnie ludzi na wózkach, nie widać aż tyle starszych ludzi chodzących z tymi specjalnymi wózkami-chodzikami (w Niemczech było ich mnóstwo), a w autobusach osoba z dzieckiem w wózku jest rzadkością. To takie uwagi, które nasuwają się w związku z tym, że Tymon jest przecież wszędzie z nami, ale ogólnie centrum Auckland bardzo mi się podoba. No i poczułam trochę, że mieszkamy jednak w sporym mieście, które nie jest wcale martwe kulturalnie – masę koncertów, wystaw, przedstawień i przeróżnych wydarzeń, na każdym kroku jakiś plakat, ulotka, czy gazetka o tym co się dzieje w mieście. Musimy zacząć z tego korzystać. W lipcu będzie w Auckland zapowiadający się naprawdę świetnie międzynarodowy festiwal filmowy. Wg programu, kino z całego świata, już znalazłam kilka filmów, które bezwzględnie chcę zobaczyć, wybierzemy się na pewno, a kwestię Tymona jakoś się rozwiąże (i tak musimy w końcu jakoś przećwiczyć tutejszy system babysitter).
A dzisiaj byliśmy w Auckland Museum. Rewelacyjne miejsce. Nie należy w żadnym wypadku kojarzyć słowa muzeum z nudnym i nieciekawym miejscem, gdzie człowiek idzie z wycieczką szkolną. Jak się przekonaliśmy, muzeum to świetne miejsce na spędzenie pochmurnego dnia, dziecko wybiegało się jak na plaży (a przeszliśmy tylko część), dowiedzieliśmy się trochę o wulkanach, faunie i florze Nowej Zelandii (Tymon rozpoznaje już ptaka kiwi bezbłędnie) i byliśmy na tym osławionym przedstawieniu Maori. Show polecam każdemu - muzyka i taniec, kilka słów o zwyczajach Maorysów, wszystko bardzo miłe dla oka i ucha. Tymonowi też bardzo się podobało, obawiałam się tylko, że przestraszy się tańca haka (taniec wojowników), wykonywanego na finiszu, ale oczywiście okazało się, że żadne tam krzyki i groźne miny maoryskich wojowników mu nie straszne. Całe przedstawienie można sobie filmować, można robić zdjęcia, a na koniec można za darmo zrobić sobie zdjęcie z śliczną Maoryską lub groźnym Maori z wywalonym językiem. Nie mamy jednak żadnych zdjęć, bo wysiadły nam baterie. Ale przecież nie o zdjęcia w takim przedstawieniu chodzi. Jest to atrakcja na żywo. Wyobrażam sobie, że byłoby jeszcze fajniej gdybyśmy siedzieli na dworze, przy ognisku, otoczeni naturalną roślinnością itp. Takie „wioski” Maoryskie dla turystów też tutaj są (np. w okolicach Rotorua) i teraz wiem, że jak ma się trochę kasy do wydania, lubi się etniczną muzykę i chce się poczuć kulturę Maorysów, warto tam się wybrać.


Poza show maoryskim ciekawą atrakcją w muzeum jest możliwość „przeżycia” wybuchu wulkanu. Wchodzi się do takiego specjalnego domku i siada się w salonie (urządzony jak w normalnym mieszkaniu). Salon ma ogromne okno (sztuczne – wyświetlony film) z widokiem na zatokę Hauraki i Rangitoto (z powodzeniem mogłoby to być w jakimś domku w North Shore). Włącza się telewizor i oglądasz wiadomości, w których mówią o bardzo prawdopodobnym wybuchu wulkanu w Auckland, o wstrząsach i aktywności tektonicznej, pokazują ewakuację mieszkańców, którą władze już zarządziły itp. Przez okno widzisz, że nad zatoką, w jednym miejscu zaczyna unosić się para. Nagle w wiadomościach mówią, że wulkan „ruszył” i pokazują ten sam widok, co masz w oknie, ty słyszysz dziwny, coraz głośniejszy „pomruk”, pani w studiu się ekscytuje, mówi, że zaraz będzie erupcja i program się urywa. Ty jednak widzisz w oknie jak nad wodą pojawia się dym, jak woda zaczyna tryskać, jak pojawia się szary popiół, słyszysz huk i czujesz ogromny wstrząs, widzisz jak zaczyna iść ku brzegowi wielka fala wody, a potem czarnej lawy, jak wszystko zbliża się do twojego domu, potem czarny popiół uderza w twoje okno i robi się ciemno i cicho… Na zakończenie, po kilku minutach po ciemku i w ciszy pokazują jeszcze widok za oknem po wybuchu – szaro, wszystko pod kolosalną warstwą popiołu. Na mnie zrobiło to ogromne wrażenie i w jakiś sposób uświadomiłam sobie, że to jest naprawdę bardzo aktywny geologicznie teren. Oni tutaj dobrze o tym wiedzą i nie chodzi o to żeby się bać wybuchu wulkanu i nie chcieć tu mieszkać z tego powodu, ale warto mieć świadomość takiej ewentualności. Władze mają przygotowane plany działania w przypadku zagrożenia wybuchem, geologowie wszystko na bieżąco monitorują... a wulkany tymczasem nadają niesamowitego i niepowtarzalnego charakteru temu miastu.
Podsumowując – muzeum ma do zaoferowania wiele atrakcji, jest to miejsce, gdzie można bardzo ciekawie spędzić czas, wszystko za darmo! (poza show maoryskim) i na pewno jeszcze tam się wybierzemy w jakiś pochmurny dzień.

niedziela, 21 czerwca 2009

Osiągi Tymona

Dzisiaj krótko, ale chcę na bieżąco pochwalić się wyczynem mojego synka. Byliśmy dzisiaj na plaży Anawhata w Waitakere. To kolejna z plaż po zachodniej stronie, podobna do Piha, Karekare czy Muriwai. To co ją wyróżnia, to że nie podjeżdża się tam blisko samochodem, na poziom plaży, tylko parkuje się na górze (tak gdzieś 150m n.p.m.) i robi się ładny spacerek, jak w górach. Bierzemy cały czas ze sobą na każdą wycieczkę plecak-nosidło, ale okazuje się on być ostatnio całkowicie zbędny. Dzisiaj jednak, gdy zobaczyłam jak wygląda nasza trasa (mocno stroma górka, zalesiona, wąska ścieżka) byłam przekonana, że kawałek i synek idzie na plecy. I tu mnie skarbek zaskoczył. Zeszliśmy calutką drogę, do samej plaży, trzymając tylko Tymonka za rękę, żeby się nie za bardzo rozpędził.
Na plaży byliśmy tak gdzieś z godzinkę, cały czas w ruchu, Tymon zrobił oczywiście 3 razy taką trasę jak my, bo on biega tam i z powrotem i wokół nas itd. Nie rozsiadywaliśmy się tam, bo chociaż świeciło piękne słońce, to silny, zimny wiatr od morza dał nam mocno do wiwatu. Droga powrotna do samochodu tą samą trasą, tym razem pod górkę. Ja już się zabieram do pakowania synka do plecaka, ale Michał stwierdził, że niech kawałek jeszcze idzie, zmęczy się i będzie ładnie spał w samochodzie. No to idziemy. No i synek doszedł sam, na swoich maleńkich nóżkach na samą górę!!! Powtarzam – trasa górska, całkiem strome podejście, a ten szkrab tak po prostu… Bez zadyszki, bez marudzenia, trochę wolniej niż my, ale konsekwentnie i do końca. Jeszcze cały czas nie wierzę, że to zrobił, nigdy nie myślałam, że półtoraroczne dziecko jest w stanie zrobić taką trasę. A tu się okazuje, że nie tylko jest w stanie, ale jeszcze potraktował to jak normalny, codzienny spacer – dłuższy (cała wycieczka 3 godziny), ale po prostu spacer. No to za rok będziemy mogli chyba uderzać na tutejsze górskie trasy…
I jeszcze jedna rzecz z nowości - synek chodzi na wycieczki już ze swoim plecaczkiem. Takim bardziej w stylu miejskim niż turystyczno-sportowym (sami zobaczcie), ale swoje najpotrzebniejsze rzeczy do przetrwania (przekąska) już sobie sam nosi. Niezależność w 100% :)

wtorek, 16 czerwca 2009

Na co dzień

Wiedziemy ostatnio całkiem pospolite życie, niewiele się ruszamy w teren ze względu na pogodę (wilgotno, deszczowo) i zmagamy się z całkiem pospolitymi zagadnieniami. Po kolei…
Popaduje sobie ostatnio całkiem często, jest ciepło, ale wilgotno. Porównałabym obecne, zimowe warunki klimatyczne do naszej wczesnej wiosny. Kiedy na dworze jest wilgotno, a w mieszkaniu nie ma porządnego ogrzewania, zaczyna człowiek zauważać ile w codziennym funkcjonowaniu „produkuje” wilgoci i musi sobie jakoś radzić z jej usuwaniem. W łazience zauważyliśmy ostatnio zaczątki jakiejś bardzo rozpowszechnionej tutaj odmiany mikrogrzyba, który uwielbia parne łazienkowe warunki i powolutku wrasta sobie we wszelkie łazienkowe powierzchnie. Głównym sposobem walki z tym wrednym czymś jest osuszanie. No to osuszamy. Podczas brania prysznica działa cały czas grzejniczek-dmuchawa, a okno jest otwarte. Wyczytaliśmy na jakiejś stronie internetowej poświęconej walce z wilgocią w domach (oni takich poradników mają tutaj pełno), że podczas jednej kąpieli wydostaje się do pomieszczenia 1-2 litrów wody! I tej wody trzeba się jakoś pozbyć, jeśli nie chce się doprowadzić łazienki do ruiny. Tak więc po prysznicu należy porządnie przewietrzyć pomieszczenie, a najlepiej wytrzeć wszystko co się da. Nie ma mowy o zostawieniu ręcznika w łazience, który po pierwsze i tak nie wyschnie, a po drugie jest kolejnym źródłem wilgoci. No i tak sobie na co dzień zmagamy się z wilgocią :). Jest ona też jakimś zagadnieniem podczas gotowania, no i jak chce człowiek coś wysuszyć (ręcznik, pranie) to też nie jest łatwo. Ale Kiwi mają to oczywiście opracowane i zazwyczaj każdy dom jest wyposażony w zadaszone miejsce w ogródku do suszenia. My też takie mamy :)
Kolejnym „żywiołem”, z którym walczymy są mrówki. One też pojawiają się, jak jest przez kilka dni wilgotno. To są takie malutkie mróweczki, inne od tych naszych, całkowicie nieszkodliwe, poza tym, że opanowują w niesamowitym tempie wszelkie miejsca, gdzie jest jakieś jedzenie (kuchnia). Jest to oczywiście całkowicie pospolite zagadnienie tutaj i w każdym sklepie można kupić taniutki spray, który skutecznie te stwory wyniszcza. My już się w taki spray wyposażyliśmy i niech tylko jakaś mrówka się pojawi… Mieliśmy też popsuty prysznic (leciała tylko gorąca woda), był hydraulik i wszystko załatwione. Ogólnie mamy na co dzień masę drobiazgów, z którymi się człowiek użera, tak jak wszędzie, w jakimkolwiek miejscu na świecie (żebyście nie myśleli, że aż taki raj tutaj).
Czujemy już też pomału, że czas na zmianę sytuacji, że już wystarczy nam wspólnego siedzenia w domu. No musi ten mój mąż iść do pracy i już! Obecnie jest kilka firm na horyzoncie, w których Michał jest już naprawdę daleko w procesie rekrutacyjnym. Ponarzekam sobie znowu tutaj, że oni naprawdę mają te procesy powolne. No nikomu się nie spieszy. Kolejny „dziwactwem” z jakim się tu spotykamy, to że wszyscy tutaj chcą sprawdzać referencje. To taki oczywisty element rekrutacji tutaj. No i kontaktują się z Europą, zawracają kompletnie niepotrzebnie głowę ludziom z innych firm, tak jakby tamci nie mieli nic innego do roboty, tylko opisywanie swojego dawnego pracownika. Nie wiem po co im to, przecież wiadomo, że nie podasz kontaktu do kogoś, kto będzie źle o tobie mówił, czyli z góry wiadomo czego się dowiesz z tych referencji (słowa klucze: flexible, team player, efficient, creative… bla, bla, bla…). A najlepsza była ostatnio jedna firma (idzie Michał tam na kolejną rozmowę, czyli są mocno nim zainteresowani), która wstrzymała cały proces rekrutacyjny na prawie 2 tygodnie, bo bardzo im Michał przypadł do gustu jako kandydat i mocno odstawał od innych osób, od jakich dostali CV i stwierdzili, że właśnie dlatego, że on się tak dobrze zaprezentował, nie mogą za szybko podjąć decyzji i muszą poczekać na więcej przyzwoitych kandydatów. No i bądź tu mądry. Normalnie człowiek może się cieszyć, że nie ma konkurencji, ale nie tutaj, bez konkurencji też nie dobrze. No i znowu mogę tylko stwierdzić, że mają tutaj swoje udziwnione zwyczaje i nic nie da się zrobić tylko je akceptować i cierpliwie czekać. W końcu nikt nas nie zmuszał żebyśmy tu przyjeżdżali.
Na co dzień jest całkowicie zwyczajnie. Wypożyczamy teraz filmy (mamy całkiem fajną, ogromną wypożyczalnię pod domem) i oglądamy sobie różności. Mają naprawdę masę filmów, przeróżnych, z całego świata, hollywoodzkich i offowych, różnych ciekawostek festiwalowych, czyli jest w czym wybierać. Będzie co robić w zimowe wieczory. Chociaż na brak zajęć wieczorem nie narzekam, bo mam sporo pracy i to właśnie głównie wieczorami (jakkolwiek chciałabym to sobie zorganizować, nie przeskoczę faktu tej 10-godzinnej różnicy czasu w stosunku do Europy, a sporo moich zadań wymaga kontaktu, czy feedbacku od ludzi w Europie i codziennie wieczorem zaczyna się dużo dziać w pracy). Zaleta jest taka, że mam trochę luzu w ciągu dnia, kiedy wy tam sobie słodko śpicie i udaje mi się nawet znaleźć chwilę na poczytanie. Ostatnio zabrałam się za „Perfume” (akurat jest na wyposażeniu mieszkania), i zdziwiłam się, że w oryginale ta książka jest po niemiecku (a nie po francusku jak myślałam, przecież akcja dzieje się w Paryżu), a ja jeszcze w Ulm zastanawiałam się co oryginalnie niemieckiego sobie przeczytać. Dobra literatura, polecam.
Wspomnę jeszcze tylko o moim ostatnim wielkim postanowieniu, w którym planuję wytrwać. Zaczęłam biegać! Piszę to tu oficjalnie żeby mieć motywację i nie wycofać się za szybko. Nie jest to może na razie takie fachowe bieganie, raczej coś w formie marszo-biegu. No, ale może z czasem uda mi się rozwinąć swoją kondycję (która obecnie leży całkowicie, no ale czego tu oczekiwać od kogoś, kto ostatni raz w życiu biegał w czasach liceum) i wypełnić całą 20-30 minutową sesję biegiem. Nasz park do joggingu nadaje się idealnie, rano pogoda zazwyczaj piękna, nic tylko wykorzystywać to. No to postanowiłam korzystać i trzymajcie kciuki żebym za szybko się nie poddała.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Visitor permit

W ubiegłym tygodniu zawisła nad nami groźba deportacji. No trochę wyolbrzymiam, nie było aż tak drastycznie, ale mieliśmy trochę nerwów. Głównie z naszej winy, bo za bardzo ociągaliśmy się załatwieniem przedłużenia naszej wizy turystycznej (dostaliśmy już pod koniec kwietnia info na maila o tym, że trzeba przedłużyć) i ostatnio okazało się, że mamy już tylko kilka dni na załatwienie tego, a tutejsze immigration daje sobie do miesiąca na całą procedurę. Od razu napiszę, że już wszystko jest ok, mamy przedłużone wszystkie pozwolenia na pobyt (załatwili to w ciągu 2 dni) i nikt nas nie będzie deportował :)
Przy wjeździe do Nowej Zelandii otrzymuje się 3-miesięczną wizę turystyczną. Jest to króciutka rozmowa z immigration officer i masz wizę wbitą w paszporcie. Według oficjalnych zasad powinni sprawdzać bilet powrotny, sprawdzać czy masz odpowiednią ilość kasy na przetrwanie itp., ale nikt tego nie robi. Myśleliśmy, że przedłużenie wizy wygląda tak samo – idziesz, prosisz o przedłużenie, podajesz paszport, wbijają ci wizę i tyle. Ale okazało się, że nie. Nie da się tego załatwić tak po prostu na miejscu, rozmawiając z urzędnikiem. Musisz wysłać specjalny wniosek wraz z całą potrzebną dokumentacją. Wysłanie to odbywa się bardzo prosto, nie musi to być pocztą, wystarczy, że wrzucisz dokumenty do specjalnej skrzynki w urzędzie imigracyjnym, ale nie na wysłaniu trudność polegała. Przez to, że nie ma żadnej rozmowy z człowiekiem, twoja aplikacja musi być kompletna i zawierać wszystkie możliwe potrzebne dokumenty, zaświadczenia itp. Czyli tym razem musieliśmy przedstawić bilet powrotny i udokumentować jakoś, że mamy kasę na pobyt tutaj. No i było z tym trochę zachodu.
Najpierw wizyta w biurze Korean Air w celu otrzymania dowodu na to, że mamy wykupiony bilet powrotny. Takiego dowodu nie da się dostać bez ustalonej daty lotu więc musieliśmy zamknąć swój bilet (który dzięki jakiemuś zamieszaniu w Korean Air w kwietniu mieliśmy w opcji open) i zdecydować się na jakiś termin wylotu stąd. No to zaplanowaliśmy sobie wyjazd do Polski na koniec sierpnia :) Potem do Immigration Office, żeby wziąć te wnioski do wypełnienia i wszystkiego się dowiedzieć. Na szczęście tutejsze city nie należy do ogromnych, wszystkie większe firmy, urzędy itp. mają swoje biura w kilku wieżowcach, przy kilku głównych ulicach i tak naprawdę można wszystko załatwić prawie na miejscu bez potrzeby wsiadania w samochód, czy autobus. W urzędzie całkiem przyjaźnie, bez specjalnych kolejek, ale nie było też pusto (jest tu na tyle dużo imigrantów, że możliwe, że jest to jeden z najciężej pracujących urzędów). Pani na informacji potwierdziła nam jak wygląda cała procedura, wyjaśniła jakie dokumenty mamy złożyć i pocieszyła, że jeśli złożymy teraz wniosek, to powinniśmy się wyrobić w czasie, pomimo że oni mają na rozpatrzenie tego 30 dni. Potrzebne znowu były nasze zdjęcia (dobrze, że wzięliśmy sobie ich większy zapas i nie trzeba było za tym biegać), ten bilet lotniczy i zaświadczenie naszych zasobów pieniężnych. Żeby zapewnić sobie jak najszybsze popchnięcie sprawy, chcieliśmy dać im jak najwięcej zaświadczeń, żeby już się niczego nie czepiali, nie musieli kontaktować z nami itd. Dlatego oprócz kopii karty kredytowej daliśmy im też wyciągi z naszych kont i oświadczenia ile mamy kasy w gotówce. Wszystko super, ale te nieszczęsne wyciągi trzeba było przeliczyć na dolary NZ. No i oczywiście nie wystarczy zwyczajne twoje przeliczenie kursu, ale musi być jakoś poświadczone, najlepiej przez bank. No to do banku. Banków od groma i ciut ciut w centrum, ale pojawiła się inna idiotyczna przeszkoda – nigdzie nie mieli oficjalnego kursu naszej szacownej złotówki! (Jak fajnie byłoby gdybyśmy mieli po prostu euro w Polsce.) Byliśmy w kilku bankach i nic, byliby oczywiście w stanie sprawdzić sobie ten kurs gdzieś w sieci, ale nie mieli go w swoich systemach bankowych i nie byli w stanie dać nam żadnego zaświadczenia tego kursu (a o te głupie zaświadczenia w całej tej papierologii chodzi!). W końcu znaleźliśmy kantor z bardzo miłą panią obsługującą, której chciało się chwilę poszukać kursu złotówki i okazało się, że go mają. Wydrukowała nam przeliczenie kwot i mieliśmy co załączyć do wniosku, który udało nam się złożyć jeszcze tego samego dnia.
Tak ogólnie, to uważam, że całe to sprawdzanie czy masz kasę na pobyt tutaj jest bardzo głupie, przecież to mocno poufna informacja, a poza tym to da się bez problemu zakombinować, żeby wykazać więcej pieniędzy na koncie. Powinno im wystarczyć nasze prywatne oświadczenie i możliwe, że wystarczyłoby, ale woleliśmy już nie ryzykować. Ogólne żyje się tu całkowicie bez biurokracji, wszystko załatwia się bez prawie żadnych papierów, poza sprawami imigracyjnymi… :( Ale załatwione, status wniosku można sprawdzać sobie w sieci i po dwóch dniach mieliśmy już info, że wizy mamy przedłużone.

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Grey Lynn / Ponsonby

Zainteresowani mogą sobie zobaczyć na mapie gdzie teraz mieszkamy. Na mapie widać, że jest to bardzo blisko ścisłego centrum, co nam objawia się tym, że Sky Tower widać stąd jak na wyciągnięcie ręki, a do miasta autobusem jedzie się niecałe 10 min (na piechotę podobno około 30 min, jeszcze nie próbowaliśmy).
Pierwsze wrażenia z nowej okolicy: jest to jakby totalnie inne miasto od tego, w którym mieszkaliśmy dotychczas. Wygląda to inaczej, funkcjonuje się tu inaczej i ogólnie jest inaczej. Tak jak chcieliśmy, próbujemy teraz życia w mieście, a nie na „suburbiach”. Tak całkowicie na świeżo stwierdzam, że chyba wolę te tutejsze suburbia z plażami co kawałek itd., bo są one dla nas czymś całkowicie innym, czymś czego nie ma w Europie, a tutaj jest fajnie (nadal utrzymuję, że jest to jedno z lepszych miast do życia), ale jest to po prostu miasto i nie jest już to tak „egzotyczne” jak mieszkanie blisko plaży. Jest to jednak świeże stwierdzenie, po tygodniu spędzonym tutaj i bardzo możliwe, że jeszcze wiele razy zmienię zdanie :)
Ponsonby i Grey Lynn to bardzo stare dzielnice Auckland, chyba jedne z najstarszych, co widać tutaj na każdym kroku. Wszystko tutaj jest stare, nie aż zabytkowe, ale widać, że okolica ta ma co najmniej 100 lat. Wzdłuż niektórych ulic rosną duże, stare drzewa, większość domów też prezentuje się wiekowo. Są to domy w stylu wiktoriańskim (to taki, który my znamy chyba przede wszystkim z amerykańskich filmów pokazujących jakieś bardziej południowe stany), drewniane, zazwyczaj białe (chociaż szary i błękitny też wchodzi w grę), z krużgankiem, drewnianymi kolumnami i ażurowymi zdobieniami. Załączam parę fotek, żeby było wiadomo o czym mówię.



Wzdłuż głównych ulic natomiast, ciągnie się niska zabudowa, jest to coś, co można chyba po naszemu nazwać kamieniczkami. Budynki te są też raczej stare, w wielu przypadkach z poodpryskiwaną farbą, trochę zaniedbane, ale wszystko ma swój charakter. To moje wrażenie zaniedbania i starości ma chyba dwie przyczyny: 1. Kiwi mają raczej trochę inne normy estetyczne niż my – tutaj rzeczy mają przede wszystkim spełniać swoją funkcję, a nie wyglądać, jeżeli coś jest stare, ale cały czas działa, to nie wymienia się tego na nowszy, lepszy model tylko dlatego, że taki nowszy model istnieje i wygląda ładniej; 2. Jest to dzielnica o trochę artystycznym, designerskim charakterze (galerie, sklepy z akcesoriami do malowania, sklepy z antykami i starymi rzeczami, dużo sklepów z designerskimi ciuchami, ale nie takich eleganckich od markowych projektantów tylko takich wyglądających na sklepy miejscowych projektantów itd.) i cały ten wygląd „vintage” jest jakby trochę zamierzony. Mieszka tu więcej studentów, ludzi typu lekkoduch, ludzi, którzy wynajmują mieszkania, pokoje itp. i nie wprowadzają się tutaj z zamiarem dbania o dom i ogródek, remontowania i odnawiania, bo tacy co się osiedlają i wiją sobie sobie swoje śliczne gniazdko, wybierają raczej inne miejsca (np. Epsom, czy chociażby takie North Shore, w którym mieszkaliśmy).



Teraz nie chodzimy już na spacery na plażę, tylko do parku i na rundę po kafejkach. To co jest tu rewelacyjne, to że na każdym kroku jest jakaś knajpka, barek, piekarenka itp. Te zdrobnienia nie są przypadkowe, bo zazwyczaj są to małe lokale, takie na kilka stolików, często prowadzone przez właściciela (to też ma swój urok). No i możesz sobie iść na francuskie ciastko, włoską kawę, meksykańskie burrito, japońskie sushi, hinduskie curry, tajskie, malezyjskie, chińskie, wietnamskie i tak naprawdę prawie wszystkie, jakie sobie wymyślisz specjały. No nie natknęłam się jeszcze na polskie pierogi, ale może z czasem się coś znajdzie :) Idąc ulicą czujesz zapach kawy, dobrych wypieków, smakowitych dań, ludzie siedzą sobie przy stoliczkach, czytają gazety, gadają i ogólnie jest naprawdę miło. Rewelacyjnym „wynalazkiem” są też tutaj te ich zadaszone chodniki. Zadaszenie to, to nie bynajmniej jakaś publiczna inicjatywa, to całkowicie prywatne daszki, markizy, przedłużenia lokali itp., które wyrastają z każdego budynku. Znów można stwierdzić, że nie wygląda to jakoś super estetycznie, często jest to jakaś blacha falista albo coś takiego, ale jakie to praktyczne. Zimą osłania od deszczu, latem osłania od słońca i ogólnie jeśli prawie każdy coś takiego wybuduje, to można sobie spacerować po ulicy nie zwracając uwagi na pogodę. Jedynym minusem jaki dotychczas zauważyłam jest fakt niedostosowania wielu miejsc do wózka – brak podjazdów, schodki itp.
Nie mamy teraz plaż, ale parki są i to kilka. Duże, z super wypasionymi placami zabaw. W parkach chyba najbardziej widać to, że zrobiła się już zima. Jak pojedziesz w teren, np. do Waitakere, to tej zimy tak nie widać, bo otacza cię bujny las deszczowy, w parkach miejskich jest jednak w większości roślinność charakterystyczna dla parków miejskich i brązowe liście nie należą do rzadkości. Nasze wyjścia z domu z Tymonem polegają teraz na wyjściach do parku. Po drodze kupno kawki i przekąski i na zjeżdżalnie :) Na szczęście ma synek przestrzeń do wyszalenia się, ja natomiast dzięki niemu odrobinę fitnessu, bo teren tutaj jest, jak wszędzie, mocno pagórkowaty i łażenie z wózkiem (który teraz znów jest intensywnie używany, bo tutaj już nie wsiada się do samochodu jak tylko wychodzi się z domu) jest nie lada ćwiczeniem kardio.