wtorek, 9 sierpnia 2011

Gdy dziecko wsiąka w lego świat

Ostatnimi czasy możliwe stały się chwile (przy sprzyjających warunkach mogące trwać nawet ok 2 godz) całkowitego, błogiego spokoju w domu, pomimo obecności w nim dzieci. Kiedy młodszy odbywa drzemkę popołudniowa a starszy rozkłada swój lego warsztat można zrelaksować się nawet w domu :)
Zaangażowanie i koncentracja synka są niesamowite i całkowicie bez pomocy dorosłych powstają mega skomplikowane konstrukcje wymagające przejścia ok 60 kroków i złożenia ok 300 części...


sobota, 6 sierpnia 2011

Suszenie prania zimą

Co chwilę pada deszcz, ale kiedyś przestanie. Wtedy wyschnie.



czwartek, 7 października 2010

Pozdrowienia z wakacji

Dzisiaj bedzie bez polskich znakow (poradzicie sobie mam nadzieje). Siedze sobie wlasnie przu kieliszku rewelacyjnego chilijskiego wina w Mleczarni na krakowskim Kazimierzu, gra cicho muzyczka, jestesmy po spacerze po Wawelu i nad Wisla i dzieki przenosnym zdobyczom techniki komputerowej (moj maz gadzeciaz przez miesiac wyrzekl sie jedzenia kupnych lunchow, sprzedal tez kilka innych nieuzywanych swoich gadzetow i kupil to cacko marki Apple) moge wreszcie skrobnac kilka slow.
Jestemy na wakacjach! W Polsce! I wiecie co... jestem zachwycona, olsniona, oczarowana... odpoczywam i chlone. Musimy nazbierac jak najwiecej tych polskich/europejskich klimatow i zabrac ze soba do tej naszej totalnie innej (tak innej, ze az teraz wydaje mi sie nierzeczywistej) Nowej Zelandii. Przyjazd do Krakowa byl strzalem w dziesiatke. To czego oczekiwalismy od naszych tegorocznych wakacji to:
1. Kilka dni bez dzieci - szkraby zadwolone zostaly pod opieka babci i dziadka. Emil juz uniezalezniony ode mnie pije kilka razy dziennie mleko z butelki (poszlo zadziwiajaco gladko).
2. Przyzwoity nocleg z wygodnym lozkiem - nocujemy w swiecacych nowoscia hostelach, tych wysoko ocenianych i polecanych. Lepiej byc nie moglo - wysoki standard, fajne wnetrza, swietni ludzie na kazdym kroku. Gdziekolwiek sie wybieracie, planujac nocleg polecam zajrzec na www.hostelworld.com
3. Jakies wydarzenia kulturalne, aby porobic troche rzeczy, ktorych w ostatnich czasach robimy duzo mniej niz by sie chcialo - dzisiaj wieczorem bedzie teatr, bylo juz kino studyjne (film obowiazkowo nie angielskojezyczny), byl juz koncert w jazzclubie, jeszcze moze raz kino, jakas wystawa, koncert... Na wybor w ciagu tych 3 dni jakie mamy dla siebie nie narzekamy.
4. No i w koncu knajpki z klimatem i pyszne jedzenie - od wczoraj snujemy sie od knajpki do knajpki, od restauracji do restauracji, co jedna to fajniejsza, kazde miejsce ma to COS w sobie. A my tu kawka, tam deser, jeszcze gdzies indziej piwo, wino, przekaska w koncu wieczorem obiad no i co tu duzo mowic - jest rewelacyjnie!
A ponad to wszystko mamy jeszcze piekna, sloneczna pogode, ktora jest przemilym gratisem :)
Pozdrawiamy Was wszystkich serdecznie, przesylamy troche tego naszego wakacyjnego klimatu i jak bedziecie planowac sobie nastepnym razem krotki wyjazd urlopowy, rozwazcie Krakow :)
P.S. Jeszcze nam troche urlopu zostalo, wiec jak bede w nastroju, to cos jeszcze napisze.




sobota, 10 lipca 2010

Wydawanie, decydowanie, załatwianie...

Ciężkie dni za nami. Jeszcze się nie skończyły, ale już idzie ku lepszemu. Przez ostatni tydzień byliśmy oboje z Michałem chorzy. No niby nic takiego, klasyczne objawy przeziębienia, żadnych ekstremów, ale jest to dla mnie najgorsze przeziębienie w życiu, jakie sobie przypominam. Bo dwójka dzieci nie robi sobie nic z tego, że boli cię głowa, że nie masz siły, że potrzebujesz się odrobinę wyspać, aby zwalczyć zarazki i ta dwójka dzieci funkcjonuje sobie całkowicie normalnie krzycząc, skacząc, marudząc, budząc cię w nocy na karmienie i kończąc nocny wypoczynek około 6 rano, kiedy w domu strasznie zimno, a na dworze totalna ciemnica. Walka z chorobą i regeneracja sił w takich warunkach jest bardzo utrudniona, a momentami wydawało mi się, że totalnie niemożliwa, i że już do końca zimy będziemy tacy zombie. Tego jakoś natura nie obmyśliła do końca i możliwy jest scenariusz, że oboje opiekunów ledwo żyje, a dzieci ze swoją super odpornością i magicznymi zdolnościami zwalczania chorób w ciągu kilku godzin hasają cały dzień i wymagają twojego funkcjonowania na 100% wydajności. Jednak na szczęście ta nasza wydajność powoli wraca i mam nadzieję, że już drugi raz nas tak nic nie rozłoży w tym sezonie chorobowym.
Takie dni, kiedy więcej siedzi się w domu, bo zwyczajnie nie ma się siły na wyjście na spacer, a pogoda trochę w kratkę i nic nie ułatwia, mocno uświadamiają jak Nowa Zelandia uzależnia od przebywania na zewnątrz. Normalnie nie wiadomo co ze sobą począć siedząc w domu (czytanie czy film odpadają ze względu na warunki opisane powyżej). No ale mamy teraz piękny, słoneczny weekend wg prognoz (zazwyczaj trafnych), więc trzeba będzie gdzieś uderzyć i się trochę doładować energią.
To nasze chorowanie to z takich najbardziej bieżących spraw. Ale z takich większych wydarzeń ostatnich tygodni, to mogę wreszcie oficjalnie ogłosić, że lecimy we wrześniu do Polski! Był to dla nas niesamowicie długi i trudny proces decyzyjny. Głównie z uwagi na cenę biletów, o czym już wspominałam kiedyś, ale także za względu na przemyślenie tego organizacyjnie (długość urlopu, możliwość pracy zdalnej itp.) oraz zdecydowanie się co tak naprawdę wolimy zrobić z naszym urlopem i kasą jaką na ten cel mamy. Byliśmy już mocno po stronie wyjazdu urlopowego na wyspy. Piękne katalogi ze zdjęciami rajskich plaż, błękitnych lagun, uśmiechniętych i opalonych par wylegujących się w cieniu palm, gościnnych i kwieciście barwnych tubylców, luksusowych domków na wodzie itp. zostały przestudiowane i z łatwością wywołały u mnie uczucie typu „chcę tam jechać i tego spróbować”. Mieliśmy już kilka ofert z biura podróży. Zachwalali nam zacięcie super popularne, wysoko oceniane rodzinne resorty z plażami, basenami, palmami itd. Wszystko pięknie, ale nam coś nie do końca pasowało. Bo my jesteśmy z tych, co to nigdy nie byli jeszcze na zorganizowanych przez biuro turystyczne wakacjach, resorty z basenami, w którym spędza się cały czas i można nawet poza nie nosa nie wyściubić to dla nas miejsca, które zawsze omijaliśmy szerokim łukiem preferując pola namiotowe i hostele i jakoś cała ta wizja kolorowych wakacji odbiegała od naszych wyobrażeń o spędzaniu urlopu. Dla mnie wypoczynek niekoniecznie polega na tym żeby było wygodnie i leniwie, wypoczynek to jest robienie czegoś innego niż na co dzień i dlatego słońce, woda, plaża, basen... nie są atrakcjami za które chciało nam się płacić grube pieniądze. To czego ja teraz potrzebuję od wakacji, to możliwość spędzenia kilku wieczorów bez dzieci, wyjścia sobie do fajnej knajpki itp. no i wygrał wyjazd do Polski :) Może za jakiś czas „dojrzejemy” do takich wakacji w resorcie, nic nie przekreślam, chcę tego spróbować, ale to za jakiś czas :)
Tak więc zrobiliśmy w końcu ten ruch i kupiliśmy te nieprzyzwoicie drogie bilety. Pierwszy raz w życiu korzystaliśmy z usług agenta i wiem teraz, że warto – oni mają dostęp do całkowicie innych cen i innych ofert i w efekcie mamy bilety na wysokiej klasy Asiana Airlines w takiej samej cenie jak najtańsza z ofert (Royal Brunei), gdy wyszukujesz lotów sam. Szykujcie się więc tam na nas, przyjeżdżamy spłukani, ale będziemy i chcemy się z wami wszystkimi zobaczyć.
Teraz skupiamy się na jak najszybszym odbiciu się finansowym i rozglądamy się za możliwościami zdobycia tych pieniędzy, które poszły na bilety. Jest szansa, że Michała bilet będzie pokryty przez firmę (będzie musiał jechać na delegację do Niemiec podczas naszych wakacji, ale to dzięki temu możemy pozwolić sobie na 6-tygodniowy pobyt), ja już pracuję i zbieram grosik do grosika (czy raczej cencik do cencika), więc coś z tego będzie, a poza tym orientujemy się czy coś się da wyciągnąć z jakiś zwrotów podatków, dofinansowań rządowych itp. Zwrot podatku już zdobyty. Rewelacyjny ten tutejszy urząd podatkowy (po ichniemu IRD) – 3 kliknięcia na stronie internetowej urzędu i po 4 dniach pieniądze wpłynęły na konto. No po prostu powalili nas tą swoją sprawnością na kolana. Dodam, że tutaj żadnych zeznań podatkowych się nie składa samemu, niczym się nie musisz zajmować, jeśli przysługuje ci jakiś zwrot podatku, to zgadzasz się na niego na przez internet i to byłoby na tyle. Poza tym okazuje się, że Kiwi mają też dofinansowania dla rodzin z dziećmi. My już mamy tą naszą dwójkę i jest jakaś szansa coś od nich tu wyciągnąć. Program nazywa się „Working for Families”, wszystko zależy od wysokości dochodu i od liczby dzieci. Żeby w ogóle zacząć całe procedury wszyscy członkowie rodziny (łącznie z dziećmi) muszą mieć wyrobiony numery podatkowe. I znowu miłe zakończenie urzędowymi procedurami – wszystko załatwia się na poczcie, sami nawet kserują ci dokumenty, nic oczywiście nie płacisz za pośrednictwo poczty i po krótkim czasie wszystko ci przysyłają. Mają też dopłaty do wynajmu mieszkań, nawet do przedszkoli, czyli jednak jest to kraj, który ma różne programy wsparcia socjalnego. Jeszcze się orientujemy co i jak, ale może coś z tego będzie.
Co do urzędów, to jeszcze krótko o paszporcie. No bo Emilek na tą wielką podróż musi mieć swój własny. Zdjęcie zrobiliśmy sami. Zobaczcie sobie jaki nasz synek jest słodki w wydaniu x6 :)


Paszport NZ też wyrabia się zdalnie, do żadnego urzędu nie trzeba się wybierać. Wniosek łatwy do wypełnienia, jedynym „zabiegiem” jaki trzeba zrobić, to konieczny jest podpis świadka poświadczający tożsamość osoby ubiegającej się o paszport. My oczywiście myślimy od razu o jakiś notariuszach, urzędnikach itp., ale tutaj poświadczyć może każdy, kto jest obywatelem NZ. A nawet nie musi być obywatelem, jeśli jest księdzem, pracownikiem medycznym, nauczycielem lub przedstawicielem jeszcze kilku innych profesji zaufania społecznego. Osoba ta podpisuje zdjęcie osobnika i już. Wniosek wysłany i na dniach emilkowy paszport powinien być w skrzynce. Och jakie to proste :) Pochwalę się jak paszport będzie.
W związku ze sprawami paszportowymi, to mieliśmy trochę nerwów, kilka dni poszukiwania informacji w sieci i zastanawiania się jak przebrnąć przez procedury urzędnicze. Dotyczyło to jednak naszego szacownego polskiego paszportu. Zaczęliśmy mianowicie zastanawiać się czy aby na 100% możliwe jest wjechanie do Polski, kiedy my wszyscy mamy polskie paszporty, a Emilek jakiś odstający kiwi paszport. Żadnej jasnej informacji na oficjalnych polskich stronach rządowych oczywiście nie ma. Znaleźliśmy już jakieś straszne opisy na blogach jak to nie wpuszczają do Polski polskich dzieci urodzonych za granicą (niby polski obywatel, a Emilek takim jest z założenia, może wjechać do kraju i z niego wyjechać tylko na polskim paszporcie). Już nam się krew gotowała w żyłach na samą myśl załatwiania tego wszystkiego (już próbkę mieliśmy przecież przy Tymonie) – tłumaczenia poświadczane notarialnie, pesele, zaświadczenia, błędne koła i urzędnicy, którzy po prostu stwierdzają, że się nie da i tyle. Stanęło jednak na tym, że nie będziemy przez to szaleństwo przechodzić. Napisałam do ambasady polskiej w NZ z prośbą o informację jak to wygląda i otrzymałam zapewnienie (od konsula osobiście – taka to kameralna jest ambasada PL w Nowej Zelandii), że Emilkowi wystarczy paszport NZ. Nie będziemy już sprawy roztrząsać, w ostateczności niemile się rozczarujemy na polskiej granicy i naprawdę mocno zrazimy się do naszego rodzinnego kraju. Ale zakładamy, że taki scenariusz nie wchodzi w grę.

niedziela, 6 czerwca 2010

Wrastamy i obrastamy...

Miałam niedawno przecudny wypad na plażę. Błękitne niebo bez ani jednej chmurki, niebieska woda, pięknie kontrastująca z soczyście zieloną trawą, która po deszczach wreszcie nabrała koloru, niesamowita widoczność (Rangitoto jak na wyciągnięcie ręki, dalej super wyraźne Great Barrier i Coromandel, a w drodze powrotnej do domu ładny widoczek na city i wyjątkowo dobrze widoczne rozciągające się za nim Waitakere Ranges). Zaliczyłam pyszną kawkę w ulubionej cafe w Mairangi, którą popijałam sobie czytając i wygrzewając się na słoneczku (obecnie czytam drugą część „Twilight” sagi, ale trochę mniej mnie wciąga, bo niestety super piękny i romantyczny wampir Edward postanowił opuścić Bellę), był spacer po plaży i wzdłuż klifów, szum fal, pachnące świeżością powietrze, łódeczki pływające sobie w oddali, cieplutkie słońce, uśmiechający się ludzie, zagadujący nas (mnie z Emilkiem) o tym jaki to piękny dzień no i ogólnie cudnie :) Nie chciało mi się za szybko wracać do domu, no ale przecież nic mnie nie poganiało, bo tego mojego małego skarba można nakarmić gdzie się ma ochotę, więc usiedliśmy sobie w zacisznym miejscu na plaży i synek podjadł sobie w tej pięknej scenerii... relaks, spokój i uśmiech na twarzy, który po prostu sam się pojawia w takich warunkach. Wiem, że takie opisy już tu na blogu były, ale jakoś nie mogę się opanować i mam potrzebę podzielenia się tymi moimi chwilami zachwytu nad nowozelandzkim otoczeniem.
W tych momentach zachwytu nie raz stwierdzam sobie, że Nowa Zelandia to jest właśnie to miejsce na ziemi, w którym chciałabym być na stałe, osiedlić się tutaj, mieć dom... Od takich decyzji jeszcze jesteśmy daleko (to do rodziców – nie przerażajcie się, Europa też ma sporo plusów), ale gdzieś tam w głowie różne myśli sobie kiełkują... To, że człowiek coraz bardziej widzi siebie tutaj na stałe wiąże się chyba też z tym, że z czasem samoistnie buduje się to codzienne życie (na które nie narzekam), rozrasta się też krąg otaczających cię ludzi i jakoś tak jesteś coraz bardziej i bardziej u siebie. To zajmuje czas, nie dzieje się w ciągu miesiąca (to już nie czasy studenckie, kiedy to wystarczało kilka imprez i otaczała człowieka masa znajomych), ale po tym czasie, jaki jesteśmy w NZ, mam już z kim wyjść do kina (ostatnio byłam na „The Blind Side” z oskarową rolą Sandry Bullock – polecam), jest z kim umówić się na kawę, czy na weekendowy wypad, a Michał coś mi znika ostatnio na jakieś wieczory filmowe lub sesje gier komputerowych w towarzystwie kolegów geeków. Zataczamy już nawet tutaj kręgi i trafiamy na ludzi, na których już wcześniej się natknęliśmy – wybrałam się ostatnio na coffee group i prowadzącą okazała się być Helene (od niej i Kurta wynajmowaliśmy nasze pierwsze mieszkanie tutaj). Ogólnie rzecz biorąc nie jesteśmy już tutaj w żadnym wypadku sami i bardzo dobrze się z tym czuję :)
Każdy, kto kiedyś wyjechał w nowe miejsce wie, że nawiązywanie znajomości jest procesem, w którym bardzo sprzyjającym elementem jest posiadanie wspólnych cech, zainteresowań itp., coś musi cię łączyć z innymi. Kiedy jest się poza krajem rodzinnym, w szczególności w miejscu tak odległym od stron rodzinnych, okazuje się, że taką wspólną cechą może być po prostu bycie Polakiem. I nie chodzi wcale o to, że zamykasz się na kontakty z innymi narodowościami, że nie chcesz integrować się z tubylcami itp., ale po prostu łatwiej i szybciej jest „złapać wspólny język” i po spotkaniu wymienić się numerami telefonów ze „swoimi” :), co przecież i tak nie wyklucza kontaktów z innymi ludźmi. A ponadto jak to bywa na emigracji, każdy Polak prędzej czy później tęskni (chociaż odrobinę) za kapustą kiszoną, ogórkami kiszonymi, dobrym chlebem, czy twarogiem i rodacy przydają się jako cenne źródło informacji o miejscach gdzie takie rarytasy można zdobyć ;) (chociaż z doświadczenia wiem, że pod tym względem pomocni są też Rosjanie).
Tak więc grono naszych znajomych to w sporej części Polacy, choć oczywiście nie wyłącznie (w Niemczech też tak było). Jak już wspominałam w poprzednich wpisach, ostatnio przekonujemy się, że jest tu nas nie tak mało jak wcześniej mi się wydawało. Jak gdziekolwiek na świecie, miejscem gdzie najlepiej się udać w poszukiwaniu Polaków jest kościół. Tutaj w Auckland są polskie msze co niedzielę i kościół podobno nie świeci pustkami. Może dlatego tyle czasu zajęło nam natknięcie się na Polaków, bo działo się to innymi drogami, nie za pośrednictwem kościoła... W żadnym wypadku nie znamy jakiejś szerszej społeczności Polaków w Auckland, ale mam kilka swoich obserwacji i przemyśleń (całkowicie prywatnych i nie popartych żadnymi badaniami itp., ale może trafnych) na temat tych, co tu trafiają.
Nowa Zelandia nie jest jakimś niesamowicie popularnym miejscem emigracji Polaków, chociaż mam wrażenie, że wśród ludzi naszego pokroju (nasza grupa wiekowa, podobne zawody) zaistniała trochę bardziej w ostatnich latach. Z moich obserwacji wynika, że jest ileś cech wspólnych Polaków, którzy tu przyjeżdżają. Przede wszystkim nie jest to emigracja stricte zarobkowa (są lepsze i łatwiejsze miejsca do wyjechania w celu zarobienia kasy), ale z drugiej strony nie jest tak, że chwytamy się tutaj każdej, nawet mało płatnej pracy, bo jednak emigracja ostatnich lat to raczej wykwalifikowani specjaliści, którzy już mieli szansę pracować za konkretne pieniądze, nawet w Polsce. Polacy tutaj (ci z nowszych fal), to ludzie, którzy niekoniecznie uciekli z Polski w poszukiwaniu jakiegoś lepszego świata, bo w kraju totalnie nie dało się żyć, ale też swoje zastrzeżenia co do Polski mają. Wybierając Nową Zelandię (bo zazwyczaj jest to świadomy wybór, ludzi nie rzuca tutaj czysty przypadek, no poza motywami sercowymi) jako miejsce emigracji, kierujemy się chyba przede wszystkim chęcią zdobycia nowych i ciekawych doświadczeń i ogólnie panuje nastawienie typu „czemu nie spróbować, jakby co można zawsze wrócić”. Znamy język, nie potrzebujemy pomocy w stawianiu swoich pierwszych kroków u Kiwi. Oczywiście, jak każdy imigrant w Nowej Zelandii (jakiegokolwiek pochodzenia), przyjeżdżamy tutaj początkowo tylko na jakiś czas, potem różnie się to kończy :) Polacy, którzy trafiają do NZ, to też w sporej części ludzie, którzy „zaliczyli” już jakąś emigrację (mogła to być Wielka Brytania albo Australia) i mają już jakieś doświadczenia z osiedlaniem się w nowym miejscu, szukaniem pracy itd., lub ludzie z globalnych firm, podróżujący sporo po świecie, przez co łatwiej jest się im zdecydować na taki dziwny ruch, jak wyjazd na koniec świata. Ponadto gdzieś się trzeba było o tej NZ dowiedzieć :)
Jak teraz to czytam, to widzę, że w sporej mierze opisałam siebie, ale chyba też trochę tacy są inni tutejsi „emigranci z wyboru” :)
Ja od jutra wracam już tak trochę do pracy, znaleźli dla mnie w firmie jakieś nowe zadania i nie wiem jak to teraz będzie z tym moim blogowaniem, bo jednak czas, jaki dziennie mogę przeznaczyć na siedzenie przy kompie, jest mocno ograniczony. Ale wszystkim, którzy regularnie czytają te moje przydługawe wpisy obiecuję, że będę się starać raz na jakiś czas coś skrobnąć. Tak więc do następnego :)

wtorek, 1 czerwca 2010

O feijoa

Dzisiaj mamy z Emilkiem miły i bardzo jesienny kiwi-klimat. Za oknem pada, w domu natomiast intensywnie pachnie owocami feijoa, które bulgocząc sobie w garnku powolutku zmieniają się w pyszną konfiturę. Nie będzie dzisiaj tych pyszności za dużo, ale na poranne tosty będzie przez kilka dni jak znalazł no i jakieś ciasto może też uda mi się zrobić. Może jeszcze przed końcem feijoa sezonu kupię tego trochę więcej i kilka słoiczków się zaprawi, bo potem nie ma wiele w tym smaku w sklepach poza feijoa napojem w formie smoothie, który i tak nie zawsze można dostać.
Zapach i smak feijoa będzie mi się już na zawsze miło kojarzył z jesienną Nową Zelandią. Szkoda, że przez internet nie da się przekazać zapachu i smaku :), jedyne czym mogę się z wami podzielić, to zdjęcie:


Smak natomiast mogę tylko opisać: trochę kwaskowaty, słodki, ale nie jakoś bardzo, delikatnie cierpki. Generalnie smak bardzo specyficzny, nie da się go porównać do niczego, co znamy z naszych rejonów. Owoce te początkowo mnie wcale nie zachwyciły (w zeszłym roku mieliśmy tego dużo na ogródku przy domku, w którym mieszkaliśmy), ale po jakimś czasie bardzo je polubiliśmy i feijoa jest teraz dla nas jesiennym rarytasem :)
Feijoa to drzewko, które rośnie sobie w niektórych ogródkach tutaj, często w formie żywopłotu. Owocuje ono raz w roku - jesienią, najsmaczniejsze okazy owoców są późną jesienią. Oryginalnie roślina ta pochodzi z Brazylii, jednak ktoś to kiedyś tu przywlókł i okazało się, że NZ ma idealne warunki, w których drzewko to rodzi duże i smaczne owoce. No i Kiwi to prawie jedyny na świecie naród, który się tym zajada. Poza NZ feijoa można spotkać jeszcze w Kalifornii i w niektórych miejscach w Ameryce Płd. (tak wyczytałam w sieci, gdzie, jak się okazuje, większość stron o tej roślinie jest z NZ). Z ciekawostek, to podobno jednym z częściej wyszukiwanych haseł w google.co.nz. w miesiącach jesiennych jest „feijoa recipes”.
Jak dla mnie feijoa mogłoby być spokojnie takim samym symbolem NZ, jakim jest owoc kiwi (którym nota bene teraz też się zajadamy). Różnica jest taka, że smak kiwi znacie (chociaż tutejsze smakuje trochę lepiej niż to co mamy w Europie), a feijoa to coś, co można sobie posmakować tylko tutaj na miejscu i to tylko przez 2 miesiące w roku.

piątek, 28 maja 2010

Wilgotno, mokro, deszczowo...

Wielka woda już chyba przechodzi w Polsce. Miejmy przynajmniej taką nadzieję i życzę Wam wszystkim tam żeby jak najszybciej przyszło ciepłe i suche lato. Jakieś dziwne czasy się porobiły – katastrofy, wulkany, powodzie, trzęsienia, tsunami... To już drugi raz w ostatnich miesiącach kiedy można było usłyszeć w NZ o Polsce, niestety w kontekście samych złych wydarzeń – najpierw katastrofa, potem we wiadomościach pojawiły się kilka razy zdjęcia z zalanej południowej Polski.
U nas też mokro się zrobiło i biorąc pod uwagę, że zbliża się zima jeszcze trochę wilgoci zażyjemy w najbliższych miesiącach. Mieliśmy ostatnio (cała NZ) bardzo ciężkie ulewy, są i zniszczone drogi, mosty, i zalane farmy, ale wszystko to nie na taką dużą skalę, w końcu Nowa Zelandia to niezbyt gęsto zaludniony kraj i na terenach, które najbardziej ucierpiały nie ma miast itp. A teraz na płd. wyspie pojawił się nawet śnieg! (wcześnie jak na NZ). U nas w Auckland chyba już te wielkie deszcze przeszły, ale cały czas sporo pada i codziennie kilka razy można przemoczyć się do suchej nitki, a o wywieszeniu prania na dwór nie ma co marzyć. Na szczęście jest całkiem ciepło (w dzień 16-18 st.), słoneczko codziennie raz na jakiś czas wygląda, zdarzają się też całkowicie słoneczne dni z błękitnym niebem, tak więc nie jest źle.
To już nie pierwsza nasza pora jesienno zimowa i wiem, że czeka nas teraz permanentna walka z wilgocią (już się zaczęła, siedzę sobie teraz w towarzystwie szumu odwilżacza, który chodzi non stop), ręczniki, które nigdy nie są ostatecznie suche, jakieś mrówki, które wyłażą jak tylko trochę popada, ciepłe piżamy, dzieci ubrane w kilka warstw ciepłych ciuchów do spania i produkowanie elektrycznymi grzejnikami ciepła, które bardzo szybko ucieka z tych nieszczelnych kiwi domków. Wiem też z zeszłorocznych doświadczeń, że najlepszym sposobem na rozgrzanie się jest wyjście z domu i ruch na powietrzu, to też zaczęłam ostatnio z tego korzystać – jeśli tylko nie pada, rano, przed wyjściem chłopaków funduję sobie półgodzinną przebieżkę – jeśli tylko się przełamiesz, wyjdziesz z łóżka, to zastrzyk energii i dobre samopoczucie gwarantowane na cały dzień :) Ponadto jak jesteś na dworze, jak tylko się przejaśnia, to wybacza człowiek wszystko temu krajowi, bo powietrze świeże, zieleń, zapachy, kwitnące kwiaty (co z tego, że idzie zima, roślinki się i tak zielenią) no i często można się załapać na piękne, ogromne tęcze (jedna taka ostatnio wyrosła z drzewa jakieś 20 m ode mnie, nigdy jeszcze czegoś takiego nie widziałam – piękna sprawa).



Jeśli chodzi o nasze dzieciowe tematy, to zaczęliśmy wreszcie na całego tymonowy toilet training. Pierwsze próby pozbycia się pieluch były już podejmowane ponad pół roku temu (nawet z małymi sukcesami), ale nie byliśmy wystarczająco konsekwentni i do teraz synek korzystał sobie z dobrodziejstw pieluch. No ale już wystarczy, od prawie 2 tygodni pielucha to tylko luksus na czas spania. Przedszkole nas wspiera, zmieniają mu tam kilka razy dziennie przemoczone ciuchy no i walczymy :) Ciężki z niego przypadek, nikomu życia nie ułatwia, ale jakoś przez to przejdziemy, już jakieś postępy są. Dobrze, że przedszkole nie robi z tego problemu i też chce uczestniczyć w całym tym zamieszaniu. Z takich ciekawostek przedszkolnych, to otrzymaliśmy od nich ostatnio bardzo ciekawy „dokument”:


Sytuacja wyglądała następująco: synek podczas zabawy uderzył się mocno w głowę - biegł i walnął w drzwi. Nic nadzwyczajnego, zdarza się. Zasady jakie mają nakazują im jednak napisanie raportu, który mówi co się dokładnie wydarzyło, kiedy i jakie środki zostały przedsięwzięte w celu załagodzenia sytuacji (w tym przypadku przytulanie, głaskanie, okłady z lodu i jakiś kremik). No i rodzic/opiekun ma to podpisać i zaświadczyć, że został poinformowany co się wydarzyło. Podpisane i cała sprawa już nie istnieje (z pewnością dla Tymona), ale raport z wypadku na pamiątkę mamy :)
Ja natomiast ostatnio zakochałam się już tak totalnie w tym naszym drugim maluchu. Emilek jest cudownym maleństwem, zadowolonym, uśmiechniętym i nieziemsko spokojnym i cierpliwym. Zazwyczaj grzecznie i spokojnie jakimś jęknięciem daje znać, że czas karmienia, przewijania itp. i cichutko sobie czeka aż ja np. skończę jeść, aż skończymy zajmować się Tymonem, aż wypiję kawę... Znosi też ze stoickim spokojem wszelkie zaczepiania Tymona, jego krzyki, nieustające gadanie i cały ten zgiełk jaki ten jego szalony starszy brat produkuje. Oczywiście zdarza mu się popłakiwać, ma jakieś tam bóle brzuszka czasami, ale znosi to wszystko bardzo dzielnie i ogólnie nie ma z nim żadnego specjalnego zachodu. No i tyle ile się człowiek ma okazję naprzytulać do takiego małego skarba, to już się potem nie zdarza. Z Tymonem możliwe, że było tak samo, ale jakoś tego wtedy nie zauważałam, no bo nie miałam porównania jak to jest ze starszym dzieckiem. A może Emilek to jest po prostu taki wyluzowany i zrelaksowany okaz Kiwi... :)
Dzięki temu, że mamy już jakoś opanowaną tą naszą małą dzieciarnię i zostawienie ich na kilka godzin u znajomych jest możliwe, oraz że są znajomi chętni do wyświadczania takich przysług :), udało się nam nawet wyjść w ostatni weekend do teatru. Byliśmy na świetnym musicalu rodem z Broadway’u. Super rozrywka, rewelacyjnie zaśpiewane i z pomysłem (tytuł "Avenue Q"). W przedstawieniu, obok aktorów, występowały kukiełki podobne do tych, które wszyscy znamy z ulicy sezamkowej. Nie było to jednak w żadnym wypadku przedstawienie dla dzieci – dorosła tematyka, dorosły język i nawet sceny łóżkowe :) Trochę zapomniałam już jak to jest fajnie się trochę czasami ukulturalnić. Na takie rzeczy nigdy nie należy żałować kasy i my obiecujemy sobie, że jak tylko nadarzy się kolejna okazja, to na coś ciekawego się znowu wybierzemy.
I jeszcze jedna ciekawostka – zaroiło się coś ostatnio wokół nas od Polaków, spotykamy ich nagle na każdym kroku (dzisiaj np. w biurze turystycznym obsługiwała nas Polka). Nie wiem o co chodzi, przez cały ubiegły rok spotkaliśmy tylko jedną osobę z Polski, a teraz nagle tłumy. Może powiększa się tutejsza Polonia? No ale o tym to już w jakimś kolejnym wpisie.